Bojarski: Mam także poczucie, że mnie zdradzono. Zabawiono się mną, moim patriotyzmem, moim obywatelskim zaangażowaniem.

źródło: ShutterStockBojarski: Mam także poczucie, że mnie zdradzono. Zabawiono się mną, moim patriotyzmem, moim obywatelskim zaangażowaniem.

statystyki

Wybory prezydenckie. Musimy się przygotować na dalszą zabawę w kotka i myszkę [OPINIA]

Łukasz Bojarski12.05.2020, 09:47; Aktualizacja: 12.05.2020, 12:22

Politycy jeszcze z nami nie skończyli. Musimy się przygotować na dalszą zabawę w kotka i myszkę w sprawie wyborów prezydenta Rzeczypospolitej

U dział w wyborach był dla mnie zawsze świętem. Niezależnie od tego, czy miałem na kogo głosować, czy wybierałem „mniejsze zło”, jak zwykliśmy mówić o sytuacji, kiedy głosuje się nie za kimś, a raczej przeciw komuś. A teraz? W tych dniach cierpię po wielokroć. Jako obywatel państwa, którym się bawią politycy – i państwem, i obywatelem się bawią, człowiek zaangażowany emocjonalnie w sprawy publiczne. Jako ojciec, który stara się tłumaczyć te absurdy swoim dzieciom i coraz trudniej przychodzi mu wyjaśnianie, że warto się angażować w sprawy publiczne. Wreszcie jako prawnik, bo prawem, w tym wyborczym, się obecnie pomiata.

O wyborach zatem słów kilka, w tym garść wspomnień osobistych, które są przecież udziałem części mojego pokolenia obecnych 40–50-latków – pokolenia przełomu, osób, które dorastały w PRL-u, ale w życie dorosłe wchodziły już w demokratycznym państwie.

W latach 70. wiadomo było, że wybory to farsa, więc się nie brało udziału w tych do Sejmu. Ale że to było odnotowywane, to chyba w ramach kompromisu rodzice wzięli udział w wyborach do rad narodowych. Wspominam ojca (i mam nadzieję, że nie konfabuluję), który mi tłumaczył, że startują do nich lokalni działacze, w części zwykli, sensowni ludzie i że poprzeć ich to nie wstyd. Choć generalnie wspomnienia mam inne – w domu mówiło się, że w socjalizmie nie ma prawdziwych wyborów. W latach 80., do 1989 r., to już się w ogóle nie głosowało, bo to było po karnawale Solidarności i stanie wojennym.

Mało brakowało, a moje pierwsze wybory to byłby udział w referendum. W listopadzie 1987 r. od miesiąca miałem 18 lat. Był moment, że zapowiadane referendum było wstępnie popierane przez Solidarność i Wałęsę, a ja się cieszyłem, że pierwszy raz w życiu, zaraz po uzyskaniu pełnoletniości, będę mógł zagłosować. Pytania o „zaciskanie pasa”, jak to wtedy nazywano („Czy jesteś za realizacją programu radykalnego uzdrowienia gospodarki zmierzającego do wyraźnej poprawy warunków życia społeczeństwa, wiedząc, że wymaga to przejścia przez trudny dwu-, trzyletni okres szybkich zmian?”) i o rzekomą demokratyzację („Czy opowiadasz się za polskim modelem głębokiej demokratyzacji życia politycznego...”), były jednak sformułowane dość mgliście. Okazało się, że referendum zostało wymyślone wyłącznie po to, by uwiarygodnić komunistyczne władze, Solidarność wezwała do bojkotu, no i obszedłem się smakiem, nie zagłosowałem.


Pozostało jeszcze 76% treści
Aby zobaczyć cały artykuł, zaloguj się lub wykup dostęp
WYKUP DOSTĘP
Wyślij SMS o treści:

KD.ARTYKUL na numer:7255

Koszt SMS to 2zł + VAT

Jeżeli posiadasz darmowy kod dostępu, wprowadź go w oknie powyżej. Kod daje dostęp do wybranego artykułu.

więcej informacji »

Masz problem z dostępem lub potrzebujesz więcej informacji?
Skorzystaj z poniższych linków
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Prawnik: najnowsze