Protesty, listy otwarte. Przerzucanie się pretensjami. Groźby. Wojna trwa. Stawka jest niebagatelna – śmieci. To dziś nie tyle śmierdzący ból głowy, ile produkt, na którym się zarabia. I jeśli nawet wydziela nieco nieprzyjemnej woni, liczy się zasada „pecunia non olet”
Mogłoby się wydawać, że już jest pozamiatane, a drzwi do śmietnika zatrzaśnięte. Prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację ustawy o zamówieniach publicznych. To ważna nowelizacja. Znosi hipokryzję przetargów w sytuacjach, kiedy te są zbędne. Wywala w kosmos neoliberalnego bożka, czyli kryterium najniższej ceny, który w ostatnich latach zdemolował gospodarkę. Choćby firmy budowlane, które padały, zamiast rosnąć przy wielkich inwestycjach drogowych. W założeniach nowelizacja miała też dać większe szanse małym i średnim przedsiębiorstwom, aby załapały się na zlecenia, i ukrócić biurokrację. I zapewne wszyscy by zgodnie temu przyklaskiwali, gdyby nie jedna kwestia – zasada in house, dotycząca gospodarki odpadami. Chodzi w niej o to, aby gmina, która ma własną spółkę komunalną, mogła jej bez przetargu zlecić odbieranie śmieci od mieszkańców. Na pierwszy rzut ucha brzmi logicznie. Ale właśnie z tego śmieciowego in house’u wziął się wojenny dramat, który potrwa przynajmniej do następnej nowelizacji, aby po niej rozgorzeć na nowo. I potem znowu i znowu.
Bo nikt nie jest zadowolony. Samorządy, które od lat walczyły, żeby nie musieć organizować przetargów na zarządzanie gospodarką odpadami. A teraz wprawdzie dostały większość rynku w postaci obszarów zamieszkanych, ale poza ich zasięgiem zostały tereny niekomunalne, typu zaplecza biurowe czy osiedla domków letniskowych. Zębami zgrzytają prywatni przedsiębiorcy, którzy postawili na ten biznes. Jego wartość to 4 mld zł rocznie. Jest się więc o co bić. Zastępy żołnierzy zainteresowanych podziałem łupu są liczne. Jakieś 800 podmiotów, z czego 60 proc. to firmy prywatne, a 40 proc. samorządowe. Przy czym z tych prywatnych połowę stanowią polskie przedsiębiorstwa, reszta to koncerny zagraniczne.
Reklama
Ale to te maluchy najgłośniej krzyczą. Jak mówi jeden z właścicieli takiej niewielkiej firmy: woli paść w boju, niż zdechnąć z głodu. Bo z biznesem na śmieciach jest trochę inaczej niż z handlem. W tym sensie, że trudno się przebranżowić. Jak zainwestowałeś w śmieciarkę 1,5 mln zł, to nie przerobisz jej na autobus. Ani na dostawczaka, którym będziesz woził mrożonki z chłodni do sklepu. Więc siadasz i płaczesz. Albo piszesz.
„Czcigodny Panie Prezydencie. (...) Działając w imieniu prywatnych przedsiębiorców branży oczyszczania i gospodarki odpadami skupionych w reprezentatywnych organizacjach, występujemy do Pana Prezydenta o skierowanie do Trybunału Konstytucyjnego przepisów pozwalających na bezprzetargowe powierzanie przez zamawiających własnym, jednoosobowym spółkom, zleceń objętych dotychczas obowiązkiem przetargowania...” – tak się zaczyna list otwarty do Andrzeja Dudy, wystosowany przez dwie organizacje skupiające śmieciowe firmy działające na polskim rynku – Polską Izbę Gospodarki Odpadami oraz Związek Pracodawców Gospodarki Odpadami.

Reklama
Trochę tytułem historii
Sławomir Rudowicz, rocznik ’58, jest szefem Związku Pracodawców Gospodarki Odpadami. Miał niewiele ponad 20 lat, kiedy postanowił zostać prywaciarzem. Wcześniej miał warsztat samochodowy, sklep warzywny, robił wszystko, żeby być na swoim. Ten gen przedsiębiorczości nosi w sobie wielu rodaków, ale większość z nich szuka biznesu, który byłby nie tylko dochodowy, ale i miły. Spokojny, dobrze pachnący. Za te bardziej przyziemne interesy biorą się osoby lepiej zorientowane w realiach, stąpające twardo po ziemi. Szukają niszy, w której mogą się zagnieździć. I zarabiać.
Przepełnione, cuchnące zsypy w blokowiskach, śmieci walające się wokół kontenerów, pasące się na nich robactwo i szczury – dla osób urodzonych w ostatniej dekadzie XX w. ten opis brzmi niczym fragmenty powieści SF opowiadającej o czasach po wielkiej zagładzie. Dla starszych czytelników to fragment szczęśliwie minionej rzeczywistości. A dla Sławomira Rudowicza – był pomysł na biznes. – Bywałem za granicą i nie mogłem pojąć, jak bardzo różnią się te nasze światy. Tam profesjonalizm, kolorowe śmieciarki, zgrane zespoły w firmowych ubrankach, u nas duszący zapach zgnilizny – wspomina. Razem z bratem Jerzym postanowili na tym zarabiać. Czekaliśmy na godzinę zero, czyli uwolnienie składowisk.
Do 1991 r. prawo do wywożenia odpadów na wysypiska miały tylko przedsiębiorstwa usług komunalnych. Śmieciarki i ekipy braci Rudowiczów pojawiły się na ulicach Kalisza w 1992 roku, udało się dogadać z dwiema dużymi spółdzielniami mieszkaniowymi i podpisać kontakty. Byli konkurencyjni, silni, zwarci i gotowi. Mieli sprzęt, nie tylko ładniejszy, ale i efektywniejszy. Miejskie przedsiębiorstwo wywoziło niesprasowane śmieci w kontenerach wielkogabarytowych, na pace mieściło się wszystkiego ledwie pół tony. Oni 24 lata temu byli w stanie zmniejszyć objętość odpadów i wrzucić na śmieciarkę nawet siedem ton (dziś nawet 14). To, że nie wozili powietrza, sprawiło, że stali się bardziej konkurencyjni. Potem zdobywali ulicę po ulicy. – Ale to dzięki kontraktom ze spółdzielniami mieszkaniowymi byliśmy w stanie zbudować i rozwijać ten interes – przyznaje. Takie firmy jak jego w sposób naturalny wypychały zakłady komunalne, które nie miały ani środków, ani motywacji, aby brać udział w tej rewolucji.
– Wejście na rynek prywatnych firm zajmujących się odpadami to był szok kulturowy – poświadcza Dariusz Matlak, prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami. Wcześniej człowiek robiący w śmieciach kojarzony był z patologią i degrengoladą. Jak się do niczego nie nadawał, robił w komunałce. Taki przepity Zdzicho w arbajtach i beretce, ze szlugiem przylepionym do wargi. A potem Zdzicha zastępowali przebojowi biznesmeni. Witold Zińczuk, dziś właściciel jednej z największych polskich firm zajmujących się odpadami, wspomina, że szukał swojej drogi w biznesie i chciał, aby to było coś fundamentalnego. Nie łóżko polowe rozkładane na bazarze, ale jakiś konkret. Coś, co będzie na dłużej. Jako że ludzie z roku na rok wytwarzają coraz więcej odpadów, wejście w tę branżę wydawało się świetnym pomysłem. Zwłaszcza że w tym czasie wyobraźnię przedsiębiorczych Polaków zajmowała osoba Longina Frankowskiego, właściciela bodaj pierwszej prywatnej firmy zajmującej się wywózką śmieci w Warszawie – Long Frank. Ten były magazynier z dnia na dzień stał się celebrytą, gościem telewizji, bohaterem prasowych reportaży. Złamał monopol warszawskiego MPO, zarabiał krocie, sławił ekologię. Potem okazało się, iż był oszustem, ale i tak jego przykład był inspiracją dla wielu późniejszych królów śmieci.
– Miałem trochę oszczędności, które zainwestowałem w biznes, ale to były czasy, kiedy wystarczyło mieć pomysł, żeby banki same wpychały pieniądze do kieszeni – opowiada Witold Zińczuk. Jego Trans-Formers wszedł na rynek z przytupem. Śmieciarki, zamiatarki, kolorowe kombinezony, innowacyjne rozwiązania. Najpierw Wrocław, potem kolejne miasta. Rozwój był szybki, można rzec – gwałtowny. W świadomości Polaków śmieci zaczęły się kojarzyć z różnokolorowymi workami i pojemnikami do segregacji. Choć w lasach wciąż rosły hałdy odpadów, proekologiczna moda przedarła się na salony. Zaczęliśmy rozdzielać i zgniatać, nauczyliśmy się być z tego dumni. Określenie „recykling” weszło do potocznej mowy, intelektualistki chodziły z torebkami wypchanymi plastikowymi butelkami typu PET, z którymi nie bardzo było wiadomo, co zrobić, ale których nie wypadało ot, tak sobie, wyrzucić. Weszliśmy do Unii Europejskiej, a wraz z akcesją i dyrektywami rosła nasza ekologiczna wrażliwość. Przybywało też śmieciowych firm. W okolicach 2010 r. działało w branży około dwóch tysięcy aktywnych podmiotów.
Koniec eldorado
Pustka, łatwe pieniądze do wzięcia, wysyp ofert, nasycenie rynku, konsolidacja. W każdej branży można zaobserwować te etapy. Podobnie było w odpadach. Najpierw duża konkurencja płotek, potem wejście koncernów zagranicznych typu Remondis, Alba czy Sita, które zapraszane i hołubione jako inwestorzy przez samorządy wycinały i przejmowały rywali. Było coraz trudniej. Kolorowe worki już nie wystarczały, żeby się przebić. Okazało się, że potrzebne są innowacje oraz duże nakłady finansowe. Bardzo duże, liczone nawet w milionach euro. Hanna Marliere, ekspert w dziedzinie innowacji środowiskowych, zwraca uwagę, że dwie dekady temu technologie ekologiczne w Polsce de facto nie istniały. Można było wsadzić odpady w worek czy kontener dowolnego koloru, potem i tak to wszystko jechało na to samo składowisko. Dopiero po wejściu do Unii coś się zaczęło zmieniać. Dyrektywy zadziałały. Powoli.
Początki sortowania w pierwszej dekadzie XXI w. polegały na tym, że odpady były przesiewane przez grube sito – błoto z przewagą organiki, a więc zgniłych obiadów i temu podobnych rzeczy, szło do jednego wora, a te większe części do drugiego. Z odpadami biodegradowalnymi nic się nie robiło, nie przetwarzało, ale łatwiej je było składować. Zaś te większe – plastiki, metal i szkło – ludzkie ręce wyciągały ze strumienia, jak w branży nazywa się rzekę odpadów. Ale i te nie były odzyskiwane, szły na składowisko. Leżały obok siebie, ale skategoryzowane. Odwalało się biurokratyczną hipokryzję: posegregowane według różnych kategorii śmieci dostawały różne kody. Ich składowanie było dzięki temu tańsze. Ten festiwal obłudy zakłóciło w 2010 r. rozporządzenie zakazujące składowania frakcji biodegradowalnej (a więc tej całej gnijącej organiki, odpowiedzialnej za wydzielanie się metanu – dziura ozonowa, ocieplanie się klimatu, nie trzeba dłużej tłumaczyć). Zaczęły powstawać kompostownie, które przyśpieszały w warunkach kontrolowanych proces gnicia. Dwa lata później zasady zostały jeszcze bardziej zaostrzone. Hanna Marliere tłumaczy, że chodzi o to, aby organiczne odpady nie tylko nie zatruwały atmosfery, nie tylko były tzw. stabilizatem, który można składować bez obawy, że zasmrodzi nam życie, ale stały się produktem. Na przykład alternatywnym paliwem, którym ogrzejemy domy. Trwa wyścig zbrojeń, firmy prześcigają się w technologicznych nowinkach. Dziś ludzkie ręce grzebiące w strumieniach śmieci są zastępowane przez maszyny. – Prawo wymusiło na rynku odpadów, żeby się zaangażował w innowacje – mówi Hanna Marliere.
Wiadomo, żeby wyjąć, trzeba włożyć. Grupa Novago opatentowała sposób podwyższania kaloryczności takiego alternatywnego paliwa uzyskiwanego z odpadów, a teraz sprzedaje je cementowniom. – Nie wystarczy już jedna śmieciarka, żeby podbić rynek. Potrzeba czegoś więcej. Nie tylko pieniędzy, lecz także zaplecza technologicznego, by się na nim znaleźć i funkcjonować – podsumowuje Dariusz Matlak.
Rewolucja po raz kolejny
Bardzo konkurencyjna branża śmieciowa zaliczyła kolejny wstrząs w 2013 roku. Gospodarka odpadami stała się wówczas sprawą publiczną i z oceanu wolnego rynku przeniosła się w stawik zadań zleconych samorządom. – Konkurencja na rynku została zastąpiona konkurencją o rynek – podsumowuje Matlak. Firmy, które do tej pory na zasadzie wolnorynkowej ścigały się o zlecenia, zmuszone zostały do wzięcia udziału w przetargach organizowanych przez gminy. W których najważniejsza była nie jakość usługi, ale cena. Efektami były powiększenie się hałd śmieci w lasach i upadek niemal 1,5 tys. firm branży śmieciowej.
Ale nawet największym śmierć zajrzała w oczy. Jednym z potencjalnych ofiar był Wojciech Byśnikiewicz, właściciel firmy Byś, który trzy lata temu tak mówił w rozmowie z dziennikarką Dużego Formatu:
„Dlaczego mając taki superzakład utylizacji odpadów, przegrał pan wszystkie przetargi, które ogłaszają gminy?
To wygląda tak: przyjeżdża do mnie wójt, ogląda nasz zakład i pyta, ile chcę od jednego mieszkańca za odbiór śmieci. Mówię, że minimum 15 zł. – Ile?!! – krzyczy. – Ja mogę dać panu 5 zł. – Ale ja więcej zapłacę za wywóz na wysypisko – tłumaczę. A on na to, że to go nic nie obchodzi, on musi wygrać następne wybory, a z taką ceną ich nie wygra”.
Byś przetrwał. Przetrwała też firma Rudowicza, choć nie było łatwo. – Miałem kontrakt ze spółdzielniami mieszkaniowymi na dziesięć lat. I nagle, fruu, kontraktu nie ma. Teraz będą przetargi. Duże, zagraniczne koncerny wiedząc, że prawo ma się zmienić, robiły rundki po moich kontrahentach. Obiecywały złote góry, obniżenie cen, nawet do 3 zł od mieszkańca. Ja też jeździłem i tłumaczyłem: przez rok, dwa będzie dużo taniej, prawie za darmo, ale potem, kiedy upadnie konkurencja, na miejsce dumpingowych cen pojawią się te rzeczywiste. I będziecie żałować.
Argumentacja trafiła. Rudowicz obronił połowę kontraktu, drugą wzięła spółka z komunalnymi korzeniami. Do teraz dzielili się rynkiem. Ale za chwilę i to się skończy. Witold Zińczuk także nie kryje obawy: – To, czego nie udało się zrobić koncernom zagranicznym, załatwił obecny rząd – mówi z rozgoryczeniem. Bo jeśli nawet te przetargi nie były doskonałe, to jednak wyrównywały szanse. Ja proponuję to i to, za taką, a nie inną cenę. Przebijcie mnie. Teraz samorząd nie musi się tym martwić. Procedura in house pozwala nie rozmawiać z podmiotami prywatnymi. Wystarczy wskazać: teraz odpadami będzie się zajmowała spółka komunalna.
– To powrót do monopolu, swoista renacjonalizacja. Jej efekty wszyscy poznamy za kilkanaście miesięcy. A będą nimi bankructwa prywatnych firm z jednej strony, a pogorszenie się jakości usług przy wzroście cen z drugiej – przewiduje. I dodaje, że już ma sygnały z rynku: jest silne ssanie na zakup śmieciarek. Firmy, które nimi handlują, odnotowały spory wzrost zainteresowania. Zapytania ofertowe płyną z całej Polski.
– Założenie spółki to jest pięć minut. A wyposażenie jej w sprzęt za pożyczone pieniądze to kolejny kwadrans. Kredyty zaciągnięte przez gminną spółkę nie liczą się do zadłużenia jednostki samorządowej, za to ile posad jest do rozdzielenia? W większych gminach nawet kilkaset – przelicza Zińczuk. I dodaje, że w świetle znowelizowanych przepisów takie ich ustawienie gwarantuje scementowanie nieprzerwanej ciągłości samorządowej władzy. Bo to zamawiający, rozdzielający pieniądze, jest suwerenem. Więc całujmy nóżki panu burmistrzowi.
Siekierka i morderstwo
Andrzej Porawski ze Związku Miast Polskich irytuje się, kiedy przedstawiam mu te argumenty. I wylicza: jeśli ktoś ma jakieś zadanie do wypełnienia, a gospodarka odpadami należy do zadań własnych samorządów, to powinno się dać mu narzędzia, żeby to zrobił. Wymagania oraz idąca za nimi odpowiedzialność muszą zostać czymś poparte. – Jakoś nikt nie protestuje, że samorządy zawiadują szkołami, nikt się nie domaga, żeby robić przetargi na usługi oświatowe albo na dowóz dzieciaków do szkół – wywodzi. I podnosi, że zmiana przepisów nie wzięła się znikąd. Nie chodziło tylko o zaimplementowanie unijnej dyrektywy, która sugerowała włączenie do polskich przepisów zasady in house. Zdaniem resortu środowiska powierzenie władzy nad gospodarką odpadami gminom było zasadne, gdyż z ankiety rozesłanej do większości gmin wyszło, iż tam, gdzie podmioty samorządowe zajmują się śmieciami, jest lepiej. Faktycznie? Pytam o to Ministerstwo Środowiska. Sławomir Mazurek, podsekretarz, nieco się wije. Przyznaje, że w tym sporze chodzi o rozdział pieniędzy między grupami interesów: gminy kontra prywatni. Resortowi zależało głównie na „uwolnieniu potencjału gospodarczego samorządów”. Teraz mogą organizować przetargi, choć nie muszą. Ale idea „ekologicznego państwa” będzie tym lepiej realizowana. I jeszcze, że Unia tego chciała.
Podsekretarz Mazurek mija się z prawdą w kilku zasadniczych kwestiach. Podobnie jak Andrzej Porawski. Pierwszy błąd polega na tym, że we wszystkich innych zadaniach zlecanych gminom obywatel ma wybór: może posłać dziecko do szkoły publicznej bądź prywatnej, leczyć się w przychodni czy szpitalu podlegającym pod samorząd albo skorzystać z komercyjnej oferty. W przypadku śmieci (tzn. odpadów) takiej możliwości nie ma. Moje śmieci są własnością gminy. I teraz tylko od niej będzie zależało, co z nimi zrobić. – Samorządy dostały od ustawodawcy siekierkę, którą będą mogły, w świetle prawa, nas, prywatnych przedsiębiorców, zamordować – to konstatacja Zińczuka.
Nie mam możliwości zrobienia obiektywnych badań rynku, ale na potrzeby tego tekstu i ja przeprowadzam ankietę wśród znajomych. – Wkurza mnie, że teraz nie mam prawa wyboru. Jest może nieco taniej, ale mniej komfortowo niż kiedyś. Muszę przetrzymywać śmieci w domu całymi tygodniami. Śmierdzi – mnożą się odpowiedzi. Co zabawne, jedni mówią, że jest za tanio, żeby poradzić sobie ze współczesną stajnią Augiasza, a inni, że za drogo. Najwyższa Izba Kontroli, która przyglądała się w zeszłym roku temu, w jaki sposób realizowana jest ustawa śmieciowa, nie pozostawiła na gminach suchej nitki. „Rosną koszty gospodarowania odpadami, bo gminy nie potrafią rzetelnie oszacować ilości wytwarzanych śmieci i asekuracyjnie nakładają na mieszkańców wyższe opłaty. Poza tym z firmami odbierającymi śmieci rozliczają się ryczałtem, niezależnie od ilości wywożonych nieczystości. W efekcie w nowym systemie mieszkańcy płacą więcej, choć często rzeczywiście mogliby mniej” – pisali w raporcie kontrolerzy.
Najzabawniejsze w całej historii jest to, że polska nowelizacja in house rozminęła się z intencjami unijnymi. W krajach starej Wspólnoty gospodarkę odpadami lata temu przejęły samorządy. I wciąż toczyły się o to boje przed TSUE. Dlatego postanowiono to wreszcie uregulować, dając możliwość zlecania zadań z wolnej ręki tylko w szczególnych, ściśle reglamentowanych przypadkach. Tak aby nie dławić wolnej konkurencji, ale zapewnić realizację społecznie ważnych celów – dostępności i powszechności usług. Dyrektywa unijna mówi także, że zakład, któremu się je powierza w tym systemie, nie może działać komercyjnie, tylko na zasadzie non profit.
Jak to wygląda w polskim wydaniu? Znów posłużę się raportem NIK, tym razem dotyczącym realizacji zadań publicznych przez spółki komunalne. „Samorządy, powierzając swoim spółkom zadania, w większości nie przeprowadzały przed ich rozpoczęciem analiz biznesowych (m.in. szacowanie kosztów i korzyści), które potwierdzałyby, czy poszczególne przedsięwzięcia są ekonomicznie uzasadnione, a wybrany model realizacji optymalny. W efekcie blisko 40 proc. przedsięwzięć, w które angażowały się spółki komunalne, było przygotowanych nierzetelnie”.
Jeśli ktoś powie, że się czepiam, ma oczywiście rację. Ale od tego właśnie jestem. Bo nie satysfakcjonują mnie zapewnienia, że „będziemy się przyglądać, w jaki sposób nowelizacja prawa wpłynie na rzeczywistość gospodarczą”. Nie trzeba mieć skończonego MBA, żeby zaryzykować tezę, iż padnie kolejnych kilkadziesiąt (w dobrym scenariuszu) polskich firm. I z wolnym rynkiem, innowacyjnością, ekologią nie będzie to miało nic wspólnego.