Mogą mieć najgorsze ubrania albo najlepszy telefon. Świetne oceny albo same dwóje. Dręczeni przez kolegów najczęściej jednak po prostu nie mają wsparcia dorosłych.
Czarka koledzy dopadali jeszcze w szatni. Zawsze znajdował się ktoś, kto niby przypadkiem popchnął go na kurtki. „Czego dotykasz, kur...” – krzyczał ten, na którego ubranie Czarek upadł. I pchał go dalej. Kiedy chłopiec próbował oddawać, słyszał: „Patrz go! Jak się rzuca”. A że na pięści nie był najlepszy, szybko go pacyfikowano. Na lekcje chłopcy docierali spóźnieni. Jeśli któryś z nich przyszedł jeszcze kilka minut po nim, była szansa, że Czarek po południu znajdzie swoją kurtkę skopaną i oplutą. „Takiej szmaty nie szkoda” – słyszały nauczycielki, jeśli już próbowały problem Czarka rozwiązać. To samo było o plecaku wyrzucanym przez okno w czasie przerwy. O piórniku, który służył na przerwie za „gałę”.
Gimnazjalista chłopcem do bicia stał się już na początku pierwszej klasy. Opinia przyszła za nim z podstawówki. Tam też Czarek miał najgorsze ubrania – do szkoły zawsze przychodził w spranym dresie. Koledzy nie byli pewni, czy to z lumpeksu, z darów, czy – jak mówili – ze śmietnika. Latem do kompletu dochodziły trampki z popękanymi podeszwami, a zimą – śniegowce, które wyglądały jak PRL-owskie relaksy. Czarka nie miał kto bronić, bo ci silniejsi rówieśnicy szybko nastawili klasę przeciw niemu. W połowie pierwszego roku po równo kpili z niego i chłopcy, i dziewczyny.