Bo nikt nie uczy ich kontaktów z klientem, który przychodzi na wywiadówkę z awanturą. Dostałam kilka e-maili od rodziców studentów pierwszego roku weterynarii z pytaniem, kiedy będzie wywiadówka. Odpowiedziałam, że natychmiast, jak tylko przedstawią mi oświadczenia dzieci, że się na to zgadzają – opowiada wykładowczyni z warszawskiej SGGW.
Reklama
Ona uczy dorosłych ludzi, więc może sobie pozwolić na to, żeby nadgorliwych rodziców wysłać w kosmos. Ale nauczyciele ze szkół niższego stopnia takiego przywileju nie mają. I muszą się zmagać z rodzicem tak długo, jak długo dziecko będzie uczęszczać do ich szkoły. Boją się, denerwują, czasem uciekają, kiedy indziej sami atakują. Inna sprawa, że nikt ich nie uczył, jak postępować w takiej sytuacji.

Reklama
Wiem, co dobre
– Gdyby tak można było dostawać do nauki i wychowania samo dziecko, nieobciążone domem, bez garbu rodziców na plecach – rozmarzyła się podczas towarzyskiej rozmowy znajoma nauczycielka. – Jakie słodkie byłoby wtedy życie nauczycieli. Jaka prosta ich praca – mówiła. Kaja jest nieco po trzydziestce, w podstawówce w dużym mieście uczy przyrody i wychowania fizycznego. O tej porze roku jest już na skraju wyczerpania psychicznego, marzy o przerwie świątecznej, żeby odsapnąć. To nie wina jej podopiecznych, lecz ich rodziców. Zawsze się znajdzie jakiś gotowy uprzykrzać życie nauczycielom.
W tym roku też się taki trafił. Ojciec czwartoklasistki. Zgodnie z regulaminem szkoły ze względów bezpieczeństwa przed lekcjami WF dzieci powinny zdejmować biżuterię, jeśli taką noszą. Pierścionki – bo można uszkodzić palec. Kolczyki – bo można rozerwać ucho. Normalne. Ale ten ojciec postanowił, że jego córka będzie ćwiczyła z ozdobami w uszach. Dlaczego? Bo tak.
– Zaczęły się podchody – opowiada nauczycielka. – Dzieciak przychodzi na zajęcia – kolczyki są. „Wyjmij je z uszu, kochanie”. „Tatuś nie pozwolił”. „To usiądź na ławeczce, nie będziesz ćwiczyła”. Następne zajęcia: dziewczynka przychodzi na zajęcia w opasce na głowie przesłaniającej uszy. „Opaskę możesz mieć, ale kolczyków nie. Zdejmiesz?”. „Tatuś...”. Tydzień później mała przychodzi, tym razem w czapce.
Konflikt trwa. Były rozmowy, mediacje, interweniowała dyrektorka. Dziewczynka nie ćwiczy, choć bardzo by chciała. Ojciec nie odpuszcza. Nie pracuje, siedzi w domu z dziećmi i wie, co jest dla nich najlepsze. Nauczycielka mogłaby ustąpić, wziąć od pana oświadczenie, że został poinformowany o zagrożeniu związanym z kolczykami, akceptuje je i nie będzie miał do szkoły pretensji, jeśli coś jego córce się stanie. Ale wtedy pojawią się następne żądania. Więc z uśmiecham na twarzy na każdej kolejnej lekcji odbywa ten sam dialog z małą. Bardzo jej żal tego dziecka – rozdartego pomiędzy posłuszeństwem i miłością do ojca a chęcią dostosowania się do zasad obowiązujących w szkole.
To typowy konflikt: rodzic wie lepiej niż jakaś tam pani, co jest dla jego dziecka dobre. Nawet jeśli nie ma racji, nie da się odesłać go do kąta. Trzeba z nim cierpliwie rozmawiać, starać się zrozumieć jego racje, dojść do porozumienia. – Nauczyciel powinien wspierać rodziców dla dobra dziecka. Nie są przeciwnikami. Większość z nich posyła swoje dzieci do szkoły, bo wierzy, że tam się nimi zaopiekują najlepiej jak potrafią – mówi Agnieszka Stein, psycholog. I zauważa, że nauczyciele nie mają kompetencji, brak im umiejętności kontaktowania się z rodzicami. Nikt ich tego nie uczy, o czym sami opowiadają.
Nie mają wiedzy, boją się tych kontaktów, bo sobie z nimi nie radzą. Traktują je jako dodatkowy kłopot. Kiedyś rodzic był petentem. Stawiało się go na korytarzu lub sadzało w ławkach, miał słuchać, co nauczyciel powie. Teraz się trudno przestawić na sytuację klient – dostawca usługi. A niezadowolony klient może użyć wszystkich narzędzi, które są dostępne: skargi do dyrekcji lub kuratorium na przykład.
Ludzie, których sadza się przy telefonach na infoliniach, przechodzą wcześniej liczne kursy i treningi, mają wsparcie ze strony bardziej doświadczonych kolegów. Nauczyciele nie.
– Ale ten zawód nie może być wyłączony z procedur reklamacyjnych – zauważa Stein. Pomogłyby szkolenia. Na przykład z relacji z klientem. Albo rozwiązywania konfliktów. A także z radzenia sobie z ludźmi, których ponoszą emocje.
Mój syn to aniołek
Kaja, anglistka, nauczycielka z ponad dwudziestoletnim stażem, opowiada o ostatniej awanturze: wchodzi do klasy, druga gimnazjalna, zaczyna prowadzić lekcję, a w ostatniej ławce 15-latek siedzi w kapturze na głowie, nogi wyciągnięte na drugiej ławce i butelką trzymaną w ręce wystukuje jakieś dzikie rytmy. „Kaptur z głowy, nogi na podłogę, butelka do torby” – rzuciła polecenia. Posłuchał, do końca lekcji był spokój. Za to na drugi dzień do szkoły przybiegła rozgorączkowana mama. – Że nakrzyczałam na biedactwo, aż się zestresowało. I że się poskarży do kuratorium, bo krzyczący nauczyciel nie powinien mieć prawa obcować z wrażliwymi istotami – opowiada anglistka. Ale żadna skarga nie poszła. Tak się złożyło, że matka gimnazjalisty ma teraz inny problem do rozwiązania: jej syn z kolegą podczas zakrapianej alkoholem imprezy do nieprzytomności pobili rówieśnika, który czymś ich zdenerwował. W ruch poszła m.in. duża, metalowa łyżka do butów. Chłopak trafił do szpitala. – Ale mama udowadnia, że jej syn tylko się bronił, tak naprawdę to on sam jest ofiarą – opowiada Kaja.
Rodzice, którzy postrzegają swoje dziecko jako anioła, zdarzają się bodaj w każdej klasie. Janina, polonistka z Warszawy, opowiada o ojcu, który przychodził przez kilka dni z rzędu do szkoły i robił jej dzikie awantury, bo nie chciała dać wzorowego zachowania jego inteligentnemu, ale bardzo niesfornemu, agresywnemu wobec innych dzieci synkowi. Nie dała. Tłumaczyła, że byłoby to niewychowawcze wobec małego, lecz także innych dzieci. Mówiła, że wspólnie muszą popracować, aby chłopak zmienił swoje zachowanie. Tata poskarżył się dyrekcji. Ta na szczęście stanęła po stronie Janiny, co nie jest takie oczywiste, nawet w ewidentnych przypadkach. Jedni się boją, inni chcą mieć święty spokój. To załamuje nauczycieli – bez wsparcia instytucji są na z góry przegranej pozycji.
– Nadopiekuńczy rodzice są zmorą zwłaszcza w młodszych klasach – przyznaje Joanna ze Śląska. Niektóre dzieci mają kłopot, aby przystosować się do nowego środowiska i wymagań. Nie wszyscy nauczyciele wiedzą, jak pogadać z mamą czy tatą, żeby ci nie mieli wrażenia, iż ktoś się uwziął na ich pociechę. – W pewnym momencie wypierają, nie chcą już słyszeć złych rzeczy na jego temat. Wpisała uwagę do dzienniczka: „Syn mumifikował papierem toaletowym kolegę”. Pół szkoły miało ubaw, kiedy tamten leżał owinięty szarą taśmą. Na drugi dzień mama jest w szkole z awanturą: On tego nie zrobił. – Tak to działa: moje dziecko nie mogłoby zrobić niczego złego. A jeśli robi, to wina nauczyciela i szkoły – ironizuje Joanna.
Bożena (18 lat w szkole, uczy na wsi na południu kraju) przypomina sobie taką rozmowę z mamą gimnazjalisty: – Czy wie pani, że syn pali? Matka: – Tak, ale tylko paczkę dziennie.
Albo inna opowieść: kobieta w bardzo zaawansowanej ciąży przychodzi po swojego trzecioklasistę do świetlicy. On w krzyk, że nie pójdzie, bo się bawi. Matka przeprasza i wraca do domu. – To są dzieci bez granic. I bardzo się w tym gubią – mówi Bożena.
Bez orzeczenia
Długi korytarz w szkole Kai, pusty, bo trwają lekcje. Przed drzwiami jednej z klas na małym, przyniesionym z domu stołeczku siedzi młoda kobieta. Czeka, aż jej syn skończy lekcje, wtedy zabierze go do domu. Jeśli małemu odbije w trakcie zajęć, wpadnie do klasy, żeby interweniować. Co dzieciak może zrobić? Różne rzeczy. Tłuc głową w ścianę aż do krwi. Albo rzucić się na kolegę. Ewidentnie jest z nim coś nie tak – widać na pierwszy rzut oka. Ale nie wiadomo co, bo mama nie zgadza się na pójście z dzieckiem do specjalisty. Szkole nie wolno tego zrobić bez zezwolenia.
Ten przypadek jest dość niezwykły: mama wie, że dzieciak ma problemy i go pilnuje. Zwykle rodzice stwierdzają, iż ich pociecha nie ma żadnych problemów, winna jest szkoła i nauczyciele, jeśli nie dają rady. – Przyszła do mojej szkoły dziewczyna, zaraz po studiach, idealistka. Dostała 30-osobową klasę, z czego dziesiątka dzieciaków ma spektrum Aspergera, choć niezdiagnozowane, bo rodziców kijem do psychologa nie zapędzisz. Gdyby dziecko zostało zbadane, zdiagnozowane, można by było próbować mu pomóc. Rodzice wspólnie z psychologiem i szkołą. A tak dzieciak tę szkołę jakoś przesiedzi, zmarnuje czas –opowiada Kaja.
Joanna: – Rozmawiam z takim tatą chłopaka, który trenuje karate na kolegach, rozwala lekcje, nie jest w stanie się skoncentrować ani na chwilę, że dzieciakowi potrzebne jest wsparcie. A on: – Przesadza pani, ja w jego wieku byłem taki sam i jakoś żyję. I w śmiech, bo jego to śmieszy.
Inny rodzic odpowiada oburzony: – Co, myśli pani, że moja córka jest jakaś głupia? Sama niech pani idzie do psychologa! A jeszcze lepiej do psychiatry.
Agnieszka Stein przyznaje, że często łatwiej namówić rodzica do pójścia do lekarza niż do psychologa. Boją się, że ich dziecko zostanie naznaczone. Albo wypierają. Boją się. To niełatwe przyznać się, nawet przed sobą, że ukochana pociecha ma jakąś trudność, deficyt. Tak samo, jak człowiekowi, który dowiaduje się o swojej ciężkiej chorobie, tyle że w przypadku dziecka może być to jeszcze trudniejsze i wymaga czasu. Miesięcy, a bywa że lat. Albo nigdy się nie zobaczą.
Osierocone
Słowa Kai, że fajnie byłoby mieć dzieci bez rodziców – to był tylko żart. Bo najgorzej jest wtedy, kiedy mama z tatą mają córkę czy syna gdzieś. – Niestety, mam często wrażenie, że ludzie mają dzieci, ale ich nawet nie lubią – mówi Joanna. Nie mają dla nich czasu, nie starają się wychować w żadnym poczuciu wartości. Wrzucają do szkoły o 7.15, kiedy tylko woźny otworzy drzwi, zabierają o 18, niezadowoleni, że tak wcześnie. – A mama siedząc w domu, ciuchy na Facebooku sprzedaje – dodaje Joanna.
Janina jest po resocjalizacji, skończyła również polonistykę. Pracuje w szkolnictwie specjalnym, z dziećmi niedostosowanymi społecznie. To dzieciaki w normie intelektualnej, są u nich (internat plus szkoła) nie dlatego, że sąd je skierował, ale z tego powodu, że rodzice złożyli taki wniosek. Bo przerosło ich wychowanie potomstwa, mają więc nadzieję, że ktoś to za nich zrobi.
– Co ja mówię, w ciągu ostatnich 10 lat słowo „wychowanie” wypadło ze słownika – mówi nauczycielka. – A w każdym razie kończy się, kiedy dziecko nauczy się wycierać samo pupę i jeść łyżką. Byle jak, aby jadło, bo nie będzie głodne – irytuje się.
Poza tym dziecku wszystko wolno, ma prawa, ale żadnych obowiązków. A w szkole ma być miło, ciekawie, bezstresowo. Nauczyciel zostanie z tego rozliczony. Taki przykład: do IV klasy w tym roku dobił chłopiec, który nie umie jeszcze pisać. Jak to możliwe? Zwyczajnie, w szkole nie pracował, w domu go nie dopilnowano. Obowiązkiem Janiny jest nauczyć małego analfabetę, jak stawiać literki. Dostał więc zeszyt w trzy linie i ołówek. Parę dni później rodzice się awanturują: nauczycielka upokarza ich syna, w IV klasie już się nie pisze w trzech liniach i to jeszcze ołówkiem. – Ale już fakt, że w tym wieku nie umie jeszcze pisać, nie wydawał się im upokarzający – wzdycha kobieta.
W jej szkole wcale nie przeważają dzieci z patologicznych rodzin. Przeciwnie, większość jest z dobrych, a w każdym razie zamożnych domów. Często nadęte, pełne pretensji. – Dopiero u nas dziecko dowiaduje się, że są jakieś granice i zasady. Że zabawa i komputer owszem, ale najpierw trzeba odrobić lekcje. Że materiał trzeba powtarzać, żeby się utrwalił. Albo że trzeba położyć się spać o pewnej porze, aby się wyspać i móc uczestniczyć w lekcjach, a nie zarywać noce i spać do południa – wylicza. Co zabawne: dzieci są zadowolone, czują się bezpieczne, gdyż lubią jasne reguły i przewidywalność świata. Dyscyplinę. Ale nie rodzice. „Pani źle prowadzi lekcje. Pani nie ma pojęcia o wychowywaniu dzieci” – często to słyszy. Oni wiedzą lepiej, bo czytają porady w gazetach i w sieci.
Obłaskawianie potworów
Najczęściej są niezadowoleni. Bożena: – Nieraz słyszałam, że jestem za młoda, żeby uczyć dzieci, choć mam 18 lat doświadczenia. Że nie umiem uczyć, bo on jak był w III klasie, to się uczył na piosenkach. To częsty motyw: „Jak ja chodziłem czy chodziłam do szkoły, było tak, pani robi inaczej, więc źle”. To ci, którzy wspominają swoje szkolne lata w miarę dobrze. Ci, którzy mają złe doświadczenia, nigdy nie będą zadowoleni, gdyż mają wdrukowane w głowach, że nauczyciel to uczeń diabła, a szkoła – przedsionek piekła. Przychodzą z góry źle nastawieni, nieufni, agresywni. Zdecydowani, aby pokazać nauczycielowi, gdzie jest jego miejsce. I kto tu rządzi.
Agnieszka Stein jest innego zdania. – Ci, co nie wierzą w szkołę, nie posyłają do niej dzieci. Jest ich coraz więcej – w tym roku 14 tys. dzieci odbiera edukację domową – mówi.
Jak twierdzi, błędem jest to, że zwykle nauczyciele nie budują więzi z rodzicami od samego początku, kiedy dziecko tylko trafia do szkoły. Bliższa styczność następuje dopiero wówczas, kiedy coś złego się wydarzy. Rodzic jest wtedy wzywany do szkoły, zostaje zasypany negatywnymi informacjami, usztywnia się, emocje biorą górę. – Tak nie musi być. Znam nauczycieli, którzy na pierwszym spotkaniu ustawiają ławki w półokrąg, żeby dorośli ludzie nie czuli się znów jak dzieci. Albo umawiają się na wywiadówkę w kawiarni – opowiada Stein.
Bożena też już próbowała z innym ustawieniem ławek. A rodzice wchodzą, patrzą i jak na komendę dalej przenosić i ustawiać w rzędy. – Klasa ma wyglądać jak klasa – rzucił któryś na koniec. Ma taką metodę, że kiedy spotyka się z mamą czy tatą, żeby porozmawiać o ich dziecku, zaczyna od pochwał, wymieniania dobrych stron. A ci przestępują z nogi na nogę, niecierpliwią się. – Czemu pani nie mówi o tym, co złe – pytają.
Na pierwszym zebraniu z rodzicami pierwszaków Bożena daje rodzicom do wypełnienia ankietę, żeby się czegoś dowiedzieć o dzieciach. No i o nich. – Z doświadczenia wiem, że dobrze będzie mi się współpracowało z tymi, którzy znają swoje dziecko, potrafią napisać o nim parę sensownych uwag. Ci, którzy nie znają dzieciaka, nie potrafią odpowiedzieć na proste pytania, to późniejsi niezadowoleni klienci oświaty – uważa.
Doświadczony pedagog radzi sobie z rodzicami. Joanna opowiada, że podstawą sukcesu jest dać im się wygadać. Nawet wykrzyczeć. Ale nie na stojąco, w pośpiechu. – Proszę zdjąć płaszcz i usiąść – nalega. Trzeba mieć dla rodziców czas. Próbować zrozumieć, o co im chodzi. Dlaczego zachowują się tak, a nie inaczej. – Nawet z najbardziej rozemocjonowanym rodzicem można się dogadać, bo mamy wspólny cel: dobro jego dziecka. Zawsze więc można się spotkać gdzieś w pół drogi – mówi Joanna. Czasami tłumaczy. – Ja z waszym dzieckiem będę kilka lat, wy zostaniecie z nim na całe życie, więc proszę, dajcie sobie pomóc.
Czasem jest trudno. Jak się słyszy, że jest się sadystką. Wariatką. – Dla tatusia od kolczyków jestem niezrównoważona, bo słyszał od córki, że podnoszę głos na lekcjach WF – opowiada Kaja. Tata nie omieszkał pobiec do dyrekcji ze skargą. Dyrekcja tłumaczy, że na zajęciach, gdzie dzieci także krzyczą, nie można mówić szeptem. – Ja zresztą też krzyczę na dzieciaki – powiedziała w końcu dyrektorka, aby rozładować sytuację. – No tak – przyznał tata. – Ale pani krzyczy inaczej.
Rodzicielski mobbing
Każda z moich rozmówczyń mówi, że gdyby nie kochały pracy z dziećmi, dawno zmieniłyby zawód. Przez rodziców. Wystarczy jeden toksyczny, aby dobrze dać popalić. Joanna wspomina pewnego ojca, który się na nią uwziął. Bo uważał, że źle opiekuje się jego synem. – Zatruwał mi życie, a w tamtej szkole nie mogłam liczyć na solidarność grona ani wsparcie dyrekcji – mówi. Jak to wyglądało? Musiała się spotykać z nim raz w tygodniu, wtedy on wyjmował kajecik, w którym zapisywał wszystko, co jego zdaniem było nie tak, a ona musiała się tłumaczyć z każdego zachowania i wypowiedzianego zdania. Ojciec lubił podkreślać, że syn o wszystkim mu mówi. A dzieciak stał za nim blady i skulony ze strachu. Matka też była wycofana, wiele świadczyło o tym, że w domu jest przemoc. – Potem okazało się, że faktycznie, kobieta odeszła od niego, zabrała dzieci, sytuacja się unormowała. A ja do dziś mam żal do siebie. Że zamiast walczyć z tym ojcem, nie zajęłam się troskliwie jego synem. Pewnie mogłam mu wtedy jakoś pomóc – mówi Joanna.
Niemal każdy nauczyciel przeżył podobną traumę. Bożenę rodzice chcieli usunąć ze szkoły, bo nie ma telewizora w domu. A jak nie ma telewizora, pewnie nie wierzy w Boga (bo matka jednego z uczniów wysnuła taki wniosek na podstawie swoich doświadczeń – kiedyś poznała ludzi, którzy byli ateistami i jednocześnie nie oglądali TV), więc nie może wychowywać ich dzieci.
Agnieszka Stein potwierdza: – Presja rodziców na dyrekcję szkół, żeby się pozbyli nauczyciela, jest powszechnym zjawiskiem.
Tak się dzieje z różnych powodów. Bo nauczyciel był za łagodny albo za ostry. Jest za młody albo przeciwnie – za stary. Generalnie – nauczyciele są zmęczeni i wkurzeni. Zawaleni biurokratycznymi zadaniami. – Godzinę dziennie, przynajmniej, zajmuje mi każdego dnia odpowiadanie na e-maile rodziców – przyznaje Joanna. Jak chce się dokształcać, musi sama za to zapłacić, bo szkoła nie ma pieniędzy.
Dobrze, jeśli pracują w fajnej ekipie, gronie przyjaciół, którzy się nawzajem wspierają, doradzają. Jeśli nie, szybko następuje wypalenie zawodowe. Bo na pomoc, na superwizję, która byłaby zbawienna dla ich higieny psychicznej, nie mogą przecież liczyć.
A przydałoby się im wsparcie. Bo to w dużej mierze od nich zależy, jacy będą kolejni rodzice.