Jeśli więc dłużnik nie płaci alimentów i prowadzi biznes, wszyscy jego kontrahenci będą mogli bez trudu dowiedzieć się, iż ma on luźne podejście do utrzymywania swoich dzieci. Będą to też wiedzieli wszyscy urzędnicy. Kto wie, może właśnie alimenciarze przy planowanych kontrolach w firmach poszliby na pierwszy front.

Z początku przyklasnąłem temu pomysłowi. Tyle że potem zacząłem rozmawiać z ludźmi, którzy znają temat od podszewki. I mówią wprost: jeśli ktoś myśli, że wpisanie dłużnika do rejestru spowoduje, iż zacznie on płacić, to jest naiwny.

Prawda jest bowiem taka, że mamy do czynienia z problemem systemowym. I nie pomoże tu prosty ruch na zasadzie stworzenia dodatkowego rejestru dłużników. Wystarczy zresztą spojrzeć na dotychczasowe działania naszego zdolnego ustawodawcy.

Odbieranie prawa jazdy? Praworządni zalegający, którzy po prostu wpadli w przejściowe tarapaty finansowe, utyskiwali, że stracili możliwość zarobkowania (np. pracowali jako kierowcy, ale bez prawa jazdy są zupełnie bezużyteczni dla pracodawcy). A zwyczajni oszuści się w ogóle nową restrykcją nie przejęli: bo po prostu jeżdżą bez dokumentu.

Inny genialny pomysł: aktywizacja zawodowa bezrobotnych alimenciarzy. Jeden z samorządowców powiedział mi, że na prośbę wielu dłużników przeniesiono u niego w gminie spotkania aktywizacyjne na godziny popołudniowe. Tak, by mogli oni swobodnie wrócić z pracy (oczywiście w szarej strefie).

Stąd też zgadzam się z postulatem niektórych samorządowców, aby obowiązek wypłaty świadczeń alimentacyjnych przerzucić całkowicie na państwo. Wówczas wierzycielami byliby nie zwykli obywatele, lecz cała machina państwowa. Jestem zaś przekonany, że w takiej sytuacji komornicy, jak i urzędnicy w gminach, byliby znacznie bardziej zainteresowani skutecznością egzekucji, niżeli są obecnie. Bo jak procedura wygląda teraz? Matka, która powinna otrzymywać od ojca dziecka pieniądze, ich nie otrzymuje. Przekracza próg dochodowy, pozwalający na otrzymanie choćby części kwoty z Funduszu Alimentacyjnego (zaledwie 725 zł na osobę w rodzinie). Idzie więc do komornika, by ten ściągnął należność od dłużnika. Egzekutor zaś raz na pół roku wyśle jakieś pismo, by mu nie zarzucić opieszałości w działaniu – i tyle.

Założenie resortu sprawiedliwości, by wesprzeć wierzycieli alimentacyjnych, jest słuszne. Tyle że ta operacja wcale nie jest tak prosta, jak się to wydaje z perspektywy gabinetu w Alejach Ujazdowskich.