Wśród ofiar lista wysokich urzędników i szefów firm

Na listę ofiar rewolucji śmieciowej wpisali się wysocy urzędnicy Warszawy. Za błędy w zorganizowaniu przetargu na wywóz śmieci w Warszawie i opóźnienie we wprowadzeniu nowych zasad o pół roku, odpowiedział już wiceprezydent stolicy Jarosław Kochaniak i Bartosz Milczarczyk - dyrektor MPO komunalnej spółki śmieciowej.

Pierwszy z nich stracił pracę jeszcze przed 1 lipca – to była odpowiedź prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz na orzeczenie Krajowej Izby Odwoławczej, która nakazała miastu zmianę specyfikacji warunków przetargu na odbiór i zagospodarowanie śmieci w Warszawie. A właśnie Kochaniak od grudnia 2007 r. prowadził w imieniu prezydenta Warszawy zadania z zakresu infrastruktury, nadzoru właścicielskiego, realizacji projektów przy udziale partnerów prywatnych. Odpowiadał on także za kryteria przetargu na wybór firm, które miały wywozić śmieci. 

Te właśnie kryteria zakwestionowała Krajowa Izba Odwoławcza. Z jej orzeczenia wynikało, że mogły one faworyzować największą spółkę komunalną wywożącą śmieci, czyli MPO. Stąd i jej szef Bartosz Milczarczyk musiał pożegnać się ze stanowiskiem.

Kolejną spółką, która straciła swoich szefów za nieudolność przy wprowadzaniu ustawy śmieciowej, była firma Międzygminny Kompleks Unieszkodliwiania Odpadów z Bydgoszczy. Jej prezesi: Lech Głowacki i Krzysztof Jankowski musieli odejść ze stanowisk za zamieszanie i bałagan przy wywożeniu śmieci w tym mieście - informowało 10 lipca zyciebydgoszczy.pl. Powodem były sterty śmieci wokół pojemników, ich niedostateczna ilość oraz brak harmonogramów wywozu nieczystości. Miasto po prostu zarastało brudem.

Narastają groźby pierwszych pozwów sądowych

Wydaje się, że za sprawą ustawy śmieciowej pracy przybędzie również polskim sądom. - Albo zmiana zasad naliczania opłat za wywóz śmieci i obniżenie stawek, albo proces sądowy - takie ultimatum postawili władzom Radomia prezesi tamtejszych spółdzielni. 

Spółdzielcy nie wykluczają też rozpoczęcia procedury, zmierzającej do odwołania prezydenta i Rady Miejskiej.

Wojna, jak na razie na słowa i plakaty, nasiliła się po 1 lipca, po wejściu w życie nowych zasad odbioru śmieci w Radomiu. A te przewidują, że opłata za sieci uzależniona jest od metrażu mieszkania. 

Dla wielu mieszkańców, szczególnie tych starszych na emeryturach i rentach, zamieszkujących w dużych mieszkaniach, ta zasada jest nie do przyjęcia. Jak wyliczają, od 1 lipca płacą za śmieci dwa razy więcej niż do tej pory. A na to ich po prostu nie stać.

Radomscy spółdzielcy informują, że do spółdzielni niemal codziennie zgłaszają się mieszkańcy, dla których wzrost stawek za wywóz śmieci jest krzywdzący i zamierzają walczyć o zmianę niesprawiedliwych, ich zdaniem, zasad. 

Pozwami grozili tuż przed 1 lipca prezesi spółdzielni mieszkaniowych z Poznania. Zamierzali złożyć pozew do sądu przeciwko Międzygminnemu Związkowi Gospodarowania Odpadami Aglomeracji Poznańskiej za nieprzygotowanie operacji usuwania śmieci. - Związek, mimo że miał dużo czasu, nie uporał się z wprowadzeniem nowej ustawy odpadowej – twierdził w rozmowie z portalem gloswielkopolski.pl, Jan Marciniak, prezes SM Winogrady w Poznaniu.

Wśród zarzutów wymienia się brak przeprowadzenia kampanii informacyjnej (na 31 tysięcy mieszkań dostarczono tylko 2 tysiące ulotek informacyjnych - mówi Tadeusz Stachowski, prezes SM Osiedle Młodych) oraz fakt, że związek nie wybrał firm, które mają wywozić odpady, lecz powierzył to zadanie spółce Remondis. Ta zaś zatrudniła podwykonawców, na ogół firmy, które wcześniej już sprzątały śmieci.

Trwa walka na śmierć i życie między firmami

Od 1 lipca trwa walka – przede wszystkim na ceny – również między firmami wywożącymi śmieci. Jak się okazuje najczęściej wygrywały przetargi na śmieciowe usługi firmy związane z lokalnym samorządem albo oferujące najniższe ceny.

O strategii polegającej na zasadzie, że popieramy naszych, świadczy najgłośniejsza w Polsce porażka śmieciowa – zakwestionowanie i unieważnienie przetargu na wywóz śmieci w Warszawie. Przypomnijmy - przetarg wygrało przedsiębiorstwo komunalne – MPO, gdyż jak stwierdziło Kolegium Odwoławcze, przetarg został zorganizowany właśnie pod tę firmę. W efekcie Warszawa musiała odłożyć śmieciową rewolucję do końca roku.

Walka o śmieciowy rynek przebiega nie tylko pod hasłem – swój wygrywa. Firmy, chcąc wyrugować konkurencję lub zmonopolizować rynek, posługują się znaną z przetargów publicznych metodą – im taniej, tym lepiej.

Tyle, że taniej może i oznacza lepiej, ale nie zawsze dla ochrony środowiska i mieszkańców.Jak zdradza radiu RMF FM Wojciech Byśkiniewicz, właściciel najnowocześniejszej w kraju sortowni odpadów w Warszawie (walczący teraz o swoje miejsce w przetargu na wywóz śmieci w Warszawie), przetargi na wywóz i zagospodarowanie odpadów wygrywają firmy, proponujące wyjątkowo niskie i nierealne ceny.

Tymczasem, jak twierdzi, aby wtedy taki biznes się opłacał, śmieci w nieprzetworzonej postaci – musiałyby trafiać najczęściej na wysypiska.

Jego firma, która odzyskuje ponad 60 procent surowców, jest trzy razy droższa od tych, które zaczęły funkcjonować na rynku po wprowadzeniu nowej ustawy od 1 lipca.
„Urzędników nie interesuje przetwarzanie śmieci, recykling” - podkreśla.

Firma, która wywiezie jak najwięcej odpadów na wysypisko, jest tańsza, bo nie ma kosztów przetwarzania odpadów. Nie ma nic tańszego niż pani na wadze i pan ze spychaczem na wysypisku - tłumaczy Byśkiniewicz. Skarży się, że obecnie jego firma ma coraz mniej klientów. Instalacja recyklingowa w firmie działa już dwie godziny krócej niż wcześniej - dodaje.