Samorządowcy z gminy Poświętne w woj. mazowieckim znaleźli innowacyjny sposób na postawienie tamy pytaniom, które ich zalewały. I, jak twierdzą, paraliżowały prace urzędu.
Zamiast opowiadać na pytania e-mailem czy listownie, kierują petentów do komputera, jaki ustawili na korytarzu w urzędzie gminy. Tam zainteresowani mogą znaleźć wytłumaczenie nurtujących ich kwestii. W ten sposób urzędnicy chcą zniechęcić do wysyłania nieistotnych pytań – odpisywanie na nie uniemożliwia im normalną pracę. Komputer stanął w UG w Poświętnem z 19 na 20 marca tego roku. Obok wywieszono karteczkę z napisem: „Dostęp do informacji publicznej w trybie art. 11 pkt 2 Ustawy z 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej (Dz.U. z 2016 r. poz. 1764 ze zm.)”.
Obrona przed stalkingiem...
Jak tłumaczy wójt Jan Cymerman (z wykształcenia prawnik) pomysł z komputerem był niejako aktem samoobrony przed osobami, które złośliwie nękały urzędników pytaniami. Jest przekonany, że gros z nich nie była zainteresowana kwestiami, na jakie chciały znać odpowiedzi. Pytały, żeby uprzykrzyć życie pracownikom gminy. I były to wielowątkowe zapytania, jedno z nich – jak pamięta sekretarz gminy Marzena Zagórska – miało 61 punktów. W dodatku płynęły narastającymi falami, z całej Polski. Często z anonimowych skrzynek. A co może obchodzić mieszkańca Śląska czy Wybrzeża, ile pieniędzy wydano np. na remont drogi w liczącej sześć tysięcy mieszkańców gminie?
Reklama
Wiele wskazywało więc na to, że zapytania były ustawką inspirowaną przez osoby niechętne wójtowi czy innym włodarzom. Jak to w małej miejscowości – nie wszyscy się lubią, a w dodatku mamy rok wyborczy, więc każdy sposób na konkurencję jest dobry. Wójt Cymerman będzie kandydował po raz piąty i ma wielkie szanse na następną elekcję. Jak mówi, miara się przebrała, kiedy jednego dnia wpłynęło 68 wniosków z zapytaniami. W dużym mieście, takiej Warszawie czy Gdańsku, może nie wywarłoby to aż tak wielkiego wrażenia, ale ich jednostka jest mała.

Reklama
Zatrudniają niespełna 30 osób, wliczając w to kierowcę wożącego dzieci do szkoły i panią sprzątającą. A za odpowiedzi na zapytania składane w trybie dostępu do informacji publicznej odpowiada tam jedna osoba – pani sekretarz. Więc gmina postanowiła coś wymyślić. I wymyśliła – jeśli komuś naprawdę zależy na odpowiedzi na nurtującą go kwestię, pofatyguje się do urzędu gminy, który jest miejscem jak najbardziej publicznym i ogólnodostępnym, a tam będzie już na niego czekała przygotowana przez sekretarz Zagórską zdigitalizowana i umieszczona w komputerze odpowiedź. Jeśli ktoś sobie będzie życzył, może dokument wydrukować albo skopiować np. na pendrive’a.
– Jestem absolutnie pewien, że to, co robimy, jest zgodne z prawem – deklaruje wójt Cymerman. Przecież art. 11 wspomnianej ustawy mówi, że informacja publiczna może być udostępniana: 1) w drodze wyłożenia lub wywieszenia w miejscach ogólnie dostępnych; 2) przez zainstalowane w miejscach, o których mowa w pkt 1, urządzenia umożliwiającego zapoznanie się z tą informacją.
Na razie nie można stwierdzić, czy fortel odniósł zamierzony przez samorządowców skutek. W tym roku gmina otrzymała 85 wniosków w trybie dostępu do informacji publicznej. W tym od 19 marca do dziś wpłynęło 30 nowych.
Przy czym wójt przyznaje, że sprawy zapytań rozpatrywane są indywidualnie i na niektóre wnioski odpowiadają, zgodnie z prośbą zapytującego, np. drogą e-mailową. Dzieje się tak wówczas, kiedy z treści zapytania wynika, że zainteresowany ma poważne intencje. Na odpowiedź drogą elektroniczną czy listowną mogą także liczyć organizacje, dziennikarze i niepełnosprawni.
...czy utrudnianie dostępu?
Pomysł włodarzy z Poświętnego nie podoba się działaczom z Sieci Obywatelskiej Watchdog, specjalizującej się popularyzowaniem społeczeństwa obywatelskiego oraz edukacją prawną. Jak zauważa jej prezes Szymon Osowski, po pierwsze żaden urzędnik nie ma prawa – zgodnie z art. 2 pkt 2 wzmiankowanej ustawy, żądać od osoby wykonującej prawo do informacji publicznej wykazania interesu prawnego lub faktycznego. – Bo to by było trochę tak, jakby ograniczać ludziom prawo do sądu, gdy jakiś urzędnik uzna, że może za dużo tych pozwów złożył – mówi. Podkreśla też, że w prawie określającym warunki dostępu do informacji publicznej nie ma obowiązku pytania pod nazwiskiem – można to robić anonimowo.
Zasada jest taka: obywatel pyta, urząd odpowiada, jeśli wpłynął wniosek. Jego zdaniem są samorządy, które sobie świetnie radzą z wypełnianiem ustawy o dostępie do informacji publicznej – a to w taki sposób, że wszelkie możliwe dokumenty, które mogą interesować obywateli umieszczają w Biuletynie Informacji Publicznej. Wtedy po pierwsze mamy pełną transparentność, a po drugie zwalnia to jednostki samorządu terytorialnego od udzielania odpowiedzi na temat spraw, które można znaleźć w BIP. Natomiast zgodnie z art. 10. ust. 1 informacja publiczna, która nie została udostępniona w Biuletynie Informacji Publicznej lub centralnym repozytorium, jest udostępniana na wniosek. Więc to, co robią włodarze Poświętnego, jest niczym innym jak utrudnianiem dostępu do wiedzy, jaka się ludziom należy.
W dodatku, zdaniem Osowskiego, wójt gminy narusza jeszcze jeden przepis tej ustawy. A mianowicie art. 12, w którego ust. 1 jest mowa o tym, że udostępniona informacja powinna być opatrzona danymi osoby, która ją sporządziła i bierze za nią odpowiedzialność. Poza tym podmiot jest zobowiązany nie tylko do tego, aby umożliwić skopiowanie informacji lub jej wydruk, ale też – o czym mowa w art. 12 ust. 2 pkt 2 – przesłanie jej.
Jan Cymerman, wójt gminy Poświętne, jest pewien swoich racji. Samorządy muszą się jakoś bronić przed stalkingiem, bo tym jest właśnie nękanie urzędników zapytaniami o rzeczy, które nikogo nie obchodzą, a pytającym chodzi wyłącznie o to, żeby nękać urzędników. – Jeśli ktoś uważa inaczej, niech złoży pozew do sądu – rzuca wyzwanie. I dodaje, że oczywiście podda się prawomocnemu wyrokowi, jaki zapadnie w tej sprawie. Szymon Osowski ripostuje, że to smutne, iż lokalni włodarze zamiast dbać o to, aby obywatele byli dobrze poinformowani, wolą wydawać publiczne pieniądze na procesy.