Pozbawianie mieszkańców prawa wyboru, czy chcą mieć prezydenta czy wójta na trzecią kadencję, niczego nie rozwiązuje – mówi Wojciech Szczurek, prezydent Gdyni.
Czy od 1989 r., czyli od pierwszej reformy, udało nam się zbudować Polskę samorządową? Mam na myśli obywatelskie podejście do spraw lokalnych.
Wojciech Szczurek, prezydent Gdyni / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Reforma, która w 1990 r. uruchomiła funkcjonowanie samorządu na poziomie gminy, i późniejsze – czyli powstanie powiatu i samorządów wojewódzkich, były ważne dla budowania wspólnoty lokalnej. Szczególnie w wymiarze gminy. To oczywiście był bardzo złożony proces i jego etapy rozłożyły się na tych prawie 30 lat. Warto też powiedzieć, że aktywność obywatelska ma nie tylko wymiar samorządowy, to przecież także np. zaangażowanie w organizacje pozarządowe czy różne projekty obywatelskie. Uważam, że udało się zbudować prawdziwe lokalne więzi. Mieszkańcy zrozumieli, na czym polega wspólnota gminy, wspólnie realizowane zadania, jak istotnie mogą wpływać na to, co się dzieje w ich otoczeniu. Natomiast reformę z 1998 r. nazwałbym niedokończoną – nie udało się zbudować pozycji powiatu z punktu widzenia budżetowego. Myślę, że pojawiający się co jakiś czas pomysł zlikwidowania tego poziomu samorządu wynika z tego, że oceniamy status quo, czyli dość realne kompetencje z jednej, a równie realny brak środków finansowych z drugiej strony. Trzeci szczebel – województwo – to nadal wyzwanie. Jest najmniej wpisany w świadomość obywateli.

Reklama
Kojarzymy tylko wojewodę, który przecież nie jest przedstawicielem samorządu...
Tak, większość myli go z marszałkiem województwa. Jestem zaangażowany w samorząd od samego początku, więc widzę jego budowanie jako proces. Trzeba mieć świadomość, że jego zakorzenianie musi trwać. Nie możemy się porównywać do Europy Zachodniej, gdzie trwało to nawet setki lat. U nas ten proces przebiega naprawdę szybko, choć na pewno nie jest jeszcze zakończony.
Pierwszą reformę często nazywa się jedyną udaną z tych, które przeprowadził ówczesny rząd. Po co było ją znowu reformować? Jak pan ocenia ostatnie ruchy?
Mocno krytycznie. Kiedy próbuję zrozumieć, po co były te zmiany, szukam jakichś wartości, które przyświecały autorom tych pomysłów, to dostrzegam tylko jedno: próbę budowania większej transparentności. Natomiast w wielu wprowadzonych rozwiązaniach dostrzegam niebezpieczeństwo jej zaburzenia. Jeżeli opatrujemy proces wyborczy wątpliwością do jego uczciwości i dokonujemy zmian w kodeksie wyborczym pod hasłem doprowadzenia do większej transparentności czy wiarygodności, a przygotowujemy sposób przeprowadzenia wyborów i liczenia głosów, który może się skończyć olbrzymim bałaganem, to u wielu ludzi wywołamy poczucie, że rzeczywiście z aktem wyborczym dzieje się coś niedobrego.
Ale może tylko za pierwszym razem, a potem system okrzepnie...
Proszę sobie przypomnieć problemy z liczeniem głosów w ostatnich wyborach samorządowych. Kiedy teraz słyszę, że oprogramowanie do wyborów to tylko „taki trochę bardziej złożony Excel”, to nabieram przekonania, że za przygotowanie zmian zabrali się ludzie, którym brakuje wiedzy o akcie wyborczym. Drugi przykład: pojawia się instytucja komisarzy wyborczych. Myślę, że ktoś, kto pisał tę ustawę, nie ma świadomości, jak wielu ludzi na poziomie gminy bierze udział w przygotowaniu wyborów. To są dziesiątki, a nawet setki osób, które w różnych strukturach czuwały nad tym, by wybory odbywały się sprawnie i uczciwie. Poszukiwanie urzędników, którzy teraz będą mieli przeprowadzić ten proces, budzi moje bardzo poważne wątpliwości. Ta zmiana na pewno wywoła bardzo wiele perturbacji. Dzielę się wątpliwościami, ale oczywiście staniemy w samorządach na głowie, żeby pomóc. Czujemy się odpowiedzialni za państwo.
Nie mogę nie zapytać o wprowadzoną właśnie dwukadencyjność. Pańskim zdaniem samorządy potrzebują bardziej profesjonalizacji czy oddolnego, obywatelskiego ruchu – także w zarządzaniu miastem czy gminą?
Nie ma tu wcale sprzeczności. Wszyscy chcemy, żeby sprawy wokół nas były załatwiane na coraz wyższym, profesjonalnym poziomie, ale przede wszystkim przy akceptacji społeczności lokalnej, ze zrozumieniem, czym jest wspólnota. Samorządem nie są burmistrzowie czy rady, tylko mieszkańcy. Doświadczenie pokazuje, że tam, gdzie mieszkańcy nie akceptują postawy władz samorządowych, potrafią takie osoby wymienić. W moim najgłębszym przekonaniu mieszkańcy małych ośrodków i wielkich miast wiedzieli lepiej, czy chcą zaufać prezydentowi, wójtowi czy burmistrzowi, przedłużając jego mandat lub nie. Pozbawianie ich prawa wyboru, czy chcą mieć np. prezydenta na trzecią kadencję, niczego nie rozwiązuje.
Znam argumenty za: nowe spojrzenie, świeżość, jednak naprawdę uważam, że obywatele są mądrzejsi, niż wydaje się władzy.
Pan jest wśród rekordzistów, których mieszkańcy wybierali wiele razy. I co z panem będzie teraz?
Po pierwsze, nie teraz – zmiana de facto wejdzie w życie za 10 lat. Po drugie – nie zadeklarowałem jeszcze, czy będę startował w najbliższych wyborach.
Założyłem, że pan musi.
Z ręką na sercu: nie muszę. Za każdym razem podejmuję tę decyzję, analizując wszystkie zalety i wady każdego rozwiązania. Mam jeszcze kilka pomysłów, co mógłbym robić w życiu. I to niekoniecznie musi być polityka.
Nie rozpatrywałbym, co zrobią tacy prezydenci, burmistrzowie czy wójtowie, bo kiedy ktoś przeszedł z dobrym wynikiem taką szkołę, to znajdzie dla siebie miejsce na rynku pracy. Zwróciłbym uwagę na inny aspekt. Ktoś, kto miał doświadczenie samorządowe w Stanach Zjednoczonych, opowiadał, jak to w jednym ze stanów wprowadzono ograniczenie kadencji. To spowodowało, że najpierw główną aktywnością samorządowca były starania o wygraną w pierwszych wyborach. Potem ważne było tylko to, żeby wygrać po raz drugi.
Bo po raz trzeci już się nie dało.
To powodowało, że kwestie doraźne, taktyczne, spektakularne sukcesy zamiast wizji na lata brały górę nad odpowiedzialnym spojrzeniem na cele wspólnoty. Brakowało strategicznego myślenia o potrzebach mieszkańców. Był jeszcze jeden problem: w praktyce przez sporą część drugiej kadencji burmistrz skupiał się na tym, co będzie robił potem. Zresztą nikt go już nie traktował poważnie, bo przecież był na wylocie...
To może – jak amerykański prezydent – powinien się skupiać na przekazaniu pałeczki i zapewnieniu ciągłości. Inaczej mówiąc: rządzić dobrze, żeby wybrano na jego następcę reprezentanta tej samej partii?
Z tym przekazywaniem pałeczki jest tak, że i tak za każdym razem następuje okres wyłaniania się nowego lidera, który musi zbudować własny autorytet. Generalnie samorząd ma wymiar wspólnotowy, powinien łączyć, zapraszać do współdziałania, a partie bardzo polaryzują społeczeństwo. Oczywiście jest wielu świetnych samorządowców z umocowaniem w partiach politycznych, jednak warto przypomnieć, że w 80 procentach polskich gmin nie dominuje model partyjny.