Doktor za wdrożenia

Obecnie uczelnie najchętniej zatrudniają pracowników naukowo-dydaktycznych. To osoby, które w ramach swoich obowiązków powinny zajmować się zarówno kształceniem studentów, jak i prowadzeniem badań naukowych. W praktyce jednak przede wszystkim uczą, co odbywa się kosztem prowadzenia prac badawczych.

– Powinniśmy stworzyć taki system, aby dobry dydaktyk mógł się skupić na pracy ze studentami, a osoba, która jest głównie zainteresowana nauką, na prowadzeniu badań – wyjaśnia Piotr Müller, doradca wicepremiera Jarosława Gowina.

Już obecnie uczelnia może zatrudniać tylko dydaktyków czy naukowców, ale to się nie opłaca ani uczelniom, ani pracownikom. Szkoły wyższe wolą mieć pracownika, który będzie uczył studentów i prowadził badania. Co więcej, w przypadku nauczycieli akademickich ich awans jest obecnie ściśle związany z awansem naukowym – wraz z kolejnymi stopniami (doktoratem, habilitacją) mają prawo do lepszego stanowiska i wynagrodzenia. Przykładowo na posadzie adiunkta może zostać zatrudniona osoba, która ma przynajmniej stopień naukowy doktora. Wtedy jej wynagrodzenie wyniesie nie mniej niż 3820 zł miesięcznie. Natomiast jeśli zrobi habilitację, jej płaca wzrośnie – nie może być niższa niż 4305 zł.

– Dlatego planowane w dłuższej perspektywie zmiany powinny objąć zasady wynagradzania nauczycieli akademickich. Chcemy też zmotywować uczelnie do tego, aby częściej decydowały się na zatrudnianie pracowników typowo na stanowiskach dydaktycznych czy wdrożeniowych. Dlatego w ślad za wyodrębnieniem nowych ścieżek kariery na uczelni powinny pójść zmiany w algorytmie wyliczania dotacji dla szkół wyższych – zapowiada Piotr Müller.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW) skłania się również ku temu, aby doktoraty i habilitacje można było robić na podstawie tylko wdrożeń, a nie, jak jest obecnie, np. publikacji naukowych.

Diabeł tkwi w szczegółach

Eksperci mają podzielone uwagi na temat propozycji ministra nauki.

– Jest ona zbliżona do naszych postulatów, również wskazywaliśmy jako konieczne wypracowanie nowych ścieżek kariery na uczelniach – mówi Aleksander Temkin, przewodniczący Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej.

– Diabeł jednak tkwi w szczegółach – stwierdza z kolei Jacek Przygodzki z Uniwersytetu Wrocławskiego. – Pytanie, kto mógłby korzystać ze ścieżki wdrożeniowej. Wydaje się, że z propozycji ministra wynika, iż tylko osoby, które zajmują się naukami eksperymentalnymi, ponieważ to ich prace badawcze prowadzą do wdrożeń. A co z humanistami? Celem ich badań naukowych nie jest bowiem wynalazek, który można opatentować i sprzedać – zastanawia się Przygodzki.

Wtóruje mu Aleksander Temkin.

– Dla osób, które zajmują się humanistyką czy naukami społecznymi, również powinna być przygotowana ścieżka, w ramach której mogłyby one prowadzić badania naukowe i nie skupiać się na dydaktyce. W tych trzech wymienionych przez ministra propozycjach wydaje się, że nie jest ona uwzględniona. Jeżeli to się potwierdzi, będziemy zabiegać o wyróżnienie takiej właśnie, czwartej ścieżki – zapowiada.

Akademicy również za uzasadnioną uznają propozycję resortu, zgodnie z którą razem ze zmianą zasad zatrudniania naukowców na uczelniach potrzebne jest wypracowanie nowego mechanizmu ich finansowania.

– W innym przypadku tworzenie nowych ścieżek kariery w szkołach wyższych nie przyniesie zakładanego skutku, bo uczelnie z nich nie skorzystają – podkreśla Aleksander Temkin. – Niedobrze byłoby jednak, gdyby uczelnia wiedząc, że najbardziej opłaca jej się zatrudniać na etatach wdrożeniowych, na siłę angażowała na nich akademików. To mogłoby prowadzić do paradoksów, jak np. zatrudnianie historyka jako pracownika wdrożeniowego – zauważa.

Resort nauki zapewnia, że przyjęcie nowej ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym będzie efektem wspólnej pracy ze środowiskiem akademickim i wszystkie zmiany zostaną z nim omówione.

Ministerstwo Nauki zamierza też zmienić zasady oceniania nauczycieli akademickich. Obecnie uczelnie, co do zasady, zobowiązane są sprawdzać pracowników co dwa lata. Pracę można stracić już po pierwszej negatywnej rekomendacji.

Minister nauki uważa, że trzeba przywrócić zasady, które obowiązywały przed 2011 r., czyli zobowiązać uczelnie do przeprowadzania ocen przynajmniej co cztery lata. Przy czym od woli każdej szkoły wyższej zależałoby, czy chce jej dokonywać częściej.

– To bardzo dobra propozycja – ocenia Aleksander Temkin. – Obecnie np. pracownik jest oceniany również za pracę badawczą, w tym za publikacje. Zdarza się, że cykl wydawniczy niektórych czasopism odbywa się rzadziej niż co dwa lata. Dlatego chociażby z tego względu tak częsta ocena nauczycieli akademickich pozbawiona jest podstaw. Wynika to ze specyfiki tej pracy – podsumowuje.

Zdaniem akademików uczelnie nie powinny mieć też możliwości zwalniania ich już po otrzymaniu przez nich pierwszej złej noty, na co pozwala obecnie ustawa. Uważają, że szkoły wyższe powinny w takiej sytuacji być zobligowane do przeprowadzenia drugiej oceny, ale szybciej, np. w ciągu dwóch lat, a nie czterech. – Natomiast kryteria tej oceny nie mogą być uznaniowe – kończy Temkin.