Od tygodni media, także my na łamach DGP, relacjonują historię koronawirusa. Śledzimy z wypiekami na twarzy informacje o tym, że wirus dotarł do kolejnych krajów, i zastanawiamy się, kiedy Światowa Organizacja Zdrowia ogłosi pandemię. Ceny maseczek na twarz szybują w górę, wielu z nas zaczyna się obawiać o zdrowie. Tymczasem z powodu wirusa zmarło dotychczas zaledwie niecałe 3 tys. osób. To mniej niż rocznie ginie w Polsce w wypadkach drogowych. Tyle osób umiera w naszym kraju z przyczyn naturalnych w ciągu dwóch dni. Czy to już panika?

Panika występuje w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z silnym lękiem. Tak jeszcze nie jest. W przypadku sytuacji rozprzestrzeniania się koronowirusa odwołałabym się do pojęcia wpływu społecznego, czyli do zmiany w zachowaniu ludzi, która jest wywołana przez rzeczywisty lub wyobrażony nacisk ze strony innych. Jesteśmy bardzo podatni na emocje, które się szybko rozprzestrzeniają. Wynika to z tego, że sytuacja jest niejasna, otrzymujemy sprzeczne sygnały. A chcielibyśmy wiedzieć jak najwięcej.

Jeśli mamy do czynienia ze śmiercią w wyniku wypadków drogowych czy popularnej grypy, to jest to sytuacja znana na co dzień. Od lat ludzie umierają w ten sposób – już to oswoiliśmy. W przypadku zagrożeń życia powodowanych przez nowego wirusa nie wiemy, co nas czeka, jak sobie z tym radzić, nie potrafimy realnie ocenić zagrożenia.

W jakim sensie?

Wielu lekarzy mówi, że nie do końca są przygotowani do stawienia czoła epidemii, pojawiają się niepokojące sygnały ze szpitali. Tymczasem rządzący twierdzą co innego. Brakuje nam pewności i wiedzy. Ten stan potęgują jeszcze drakońskie zachowania służb w innych krajach, m.in. we Włoszech czy na hiszpańskiej Teneryfie, gdzie z powodu jednego chorego zablokowano możliwość poruszania się tysiąca osób. Wśród tak wielu różnych informacji i niejasności znajdujemy się w sytuacji, w której musimy polegać na opinii innych ludzi i dlatego w dużej mierze podporządkowujemy swoje myślenie temu, co mówią media. Dziennikarze mają przed sobą bardzo trudne zadanie – przekazywać rzetelne informacje dotyczące m.in. tego, jak się zachować w przypadku zarażenia, ale jednocześnie nie spowodować paniki.

Ludzie bardzo różnią się między sobą w sposobie reagowania na sytuacje trudne. Niektórzy nie czytają o zagrożeniu w ogóle, inni wręcz poszukują informacji. Ci, którzy zazwyczaj stosują strategie unikowe, teraz mogą nie zdołać uciec przed atakującymi zewsząd wiadomościami o koronawirusie. Właśnie oni mogą poczuć się szczególnie zagrożeni, ponieważ na co dzień nie dopuszczają do siebie takich informacji.

Co można zrobić, by normalnie funkcjonować, aby się nie przestraszyć?

Przede wszystkim opierać się na opinii renomowanych ekspertów – np. Światowej Organizacji Zdrowia. Warto też podejść krytycznie i zadać sobie pytania, czy te działania, które są podejmowane w obliczu zarażeń koronawirusem, wydają się sensowne – np. zdecydowane blokady służb czy gwałtowne szukanie szczepionki, która może być gotowa najwcześniej za kilka miesięcy. Nie powinniśmy tracić zdrowego rozsądku i krytycyzmu. W przypadku epidemii równie istotne jak radzenie sobie od strony medycznej jest zadbanie o ludzi od strony psychologicznej. Trzeba więc rzetelnie informować, co robić, by się ustrzec wirusa, jak reagować.

Szczególnie dzieci są bardzo wrażliwe na pojawianie się treści o zagrożeniach, a przecież widzą je ciągle w telewizji czy w internecie. Dlatego rolą rodzica jest wyjaśnienie im obecnej sytuacji, co wpłynie na uspokojenie emocji i obniżenie lęku.

Im więcej wiemy, tym mniej się boimy. Brak niepewności działa kojąco. Przynajmniej u większości osób.