W bardzo już starej, bo wyświetlanej w naszych kinach ponad 30 lat temu, komedii „Nieoczekiwana zmiana miejsc” finałowa intryga dotyczyła raportu Departamentu Rolnictwa Stanów Zjednoczonych na temat wpływu złej pogody na produkcję pomarańczy. Z oficjalnego raportu wynikało, że pogoda nie miała wpływu na wysokość zbiorów.
Reklama
„Fake raport” podmieniony w ramach zemsty za tytułową zamianę miejsc, zawierał zaś informację o tym, że niekorzystne warunki pogodowe przyczyniły się do znacznie niższych zbiorów. Czarne charaktery z tamtego filmu zaczęły skupować kontrakty terminowe na sok pomarańczowy. Liczyli, że po opublikowaniu złych danych, o których oni już wiedzieli, a pozostali uczestnicy rynku jeszcze nie, ceny znacznie pójdą w górę. Świadomie wykorzystali więc informacje poufne (przestępstwo insider trading). Kiedy ceny zaczęły rosnąć, do spekulacji włączyli się inni gracze („ktoś inny kupuje, bo coś wie”). W odpowiednim momencie ci dobrzy zaczęli sprzedawać kontrakty (czyli grać na krótko) na sok pomarańczowy i ich cena zaczęła spadać. Na początku powoli, bo kupujący uznali, że jest to korekta techniczna trendu wzrostowego i jeszcze kupowali. Ale kiedy ogłoszono prawdziwy raport, spadek zaczął się nasilać. Inwestorzy próbowali ograniczać swoje straty (zlecenia stop-loss), a to tylko pogłębiło straty. Bohaterowie filmu zemścili się, czyli szczęśliwe zakończenie.
W powyższym opisie świadomie, acz nieprawidłowo, użyłem określenia „ci dobrzy”. W rzeczywistości popełnili oni wiele przestępstw związanych z obrotem papierami wartościowymi. Jedną z definicji manipulacji jest „składanie zleceń lub zawieranie transakcji przy jednoczesnym wprowadzeniu uczestników rynku w błąd albo wykorzystanie ich błędu co do ceny instrumentów finansowych”. W transakcjach nie uczestniczyli wyłącznie ci „źli”. Pozostali uczestnicy obrotu kontraktami na sok pomarańczowy również zostali (pośrednio) wprowadzeni w błąd i ich błąd został wykorzystany. Chyba że uznamy, że wszyscy inwestorzy to źli spekulanci. Wówczas dobrze im tak.
W XXI wieku na rozwiniętych rynkach finansowych nie czeka się już na raporty dotyczące wpływu pogody na zbiory. W tym roku polskie Ministerstwo Rolnictwa opublikowało tylko jedno opracowanie: Badanie ewaluacyjne pn. „Dobór kanałów i narzędzi do realizacji Działania 9 „Kompleksowy projekt promocji Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014–2020 (PROW 2014-2020)” Planu komunikacyjnego PROW 2014– –2020 w ramach Planu działania KSOW na lata 2014–2020”. Zapewne pasjonująca lektura, obawiam się tylko, że mało przydatna do analizy rynku.
Analizy wpływu pogody na zbiory są przeprowadzane z wykorzystaniem bieżących danych meteorologicznych, a te są teraz ogólnodostępne. Do tego dochodzą historyczne bazy danych dotyczące wysokości zbiorów w zależności od różnych, często nieprzewidywalnych czynników. Tymi najbardziej spektakularnymi zjawiskami interesują się media: przymrozki w Brazylii a ceny kawy, powódź w Tajlandii a ceny ryżu. Do tego susze, tornada lub trzęsienia ziemi. Tymi mniej spektakularnymi zajmują się już tylko analitycy i programiści, którzy skrzętnie zbierają i przetwarzają dane. No i sami zainteresowani, czyli producenci rolni. Ale oni mają tradycyjne metody pomiaru, na przykład łamanie w kościach.
Nie powinno więc nas dziwić, że dla rynku kapitałowego szczególne znaczenie powinna mieć umiejętność prognozowania samej pogody. Chodzi nie tylko o rolnictwo, także o spożycie napojów, sprzedaż odzieży, budownictwo. I tu mamy kłopot. Równania różniczkowe cząstkowe, które pozwalają modelować zjawiska pogodowe (czyli będące zmorą studentów równania Naviera-Stokesa), powstały na początku XIX wieku. Ale o ile możliwe było stworzenie zestawu takich równań, to nie było możliwe ich rozwiązanie. Potrzebne były komputery. Próby numerycznego rozwiązania tych równań podjęto w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Jednym z pionierów był meteorolog matematyk Edward Lorenz. Zbudował układ równań do analizy konwekcji cieplnej (powietrze znajdujące się blisko ziemi nagrzewa się i unosi) łączących temperaturę, ciśnienie, prędkość wiatru i wilgotność, wprowadził te dane do komputera i... mocno się zdziwił. Okazało się, że najmniejsze odchylenie we wprowadzanych danych (raz wprowadził wartość zmiennej wynoszącą 0,506127, a raz 0,506) powodowało, że otrzymane wyniki coraz bardziej się różniły.
Zaczął analizować problem, zredukował liczbę równań do trzech i udowodnił, iż niewielka zmiana w jednym z punktów atmosfery może być przyczyną wielkich zmian w innym jej obszarze (atraktor Lorenza). Stwierdził wówczas, że „ruch skrzydeł motyla w Singapurze może wywołać burzę nad Karoliną Północną w USA”. To zjawisko zostało w kulturze nazwane efektem motyla, a w naukach ścisłych teorią chaosu. Dla nas prywatnie, ale i dla rynków finansowych ma to bardzo istotne znaczenie. Prognozowanie pogody na więcej niż kilka kolejnych dni jest niemożliwe. A prognozowanie cen akcji?