Leniwe popołudnie lub wieczór po długim dniu. – Kochanie, chodźmy coś zjeść – mówi jedno. – Nie chce mi się. Weźmy coś w dostawie – odpowiada drugie. Po czym w domu ląduje pizza, bo chociaż lokalna oferta gastronomiczna jest bogata, to niewiele restauracji oferuje dowóz. Taka sytuacja nie dziwi Anisha Sarafa, prezesa trójmiejskiej spółki Let’s Deliver. – Zorganizowanie usługi dowozu to dla restauratora kłopot. Trzeba zatrudnić dodatkową osobę, która z jednej strony nie zawsze będzie miała zajęcie, a z drugiej może zachorować, kiedy będzie najbardziej potrzebna – mówi Saraf. Oczywiście do tego dochodzą jeszcze koszty samego pojazdu dla kierowcy, jego ubezpieczenia, serwisowania itd.

Let’s Deliver ma na to odpowiedź. Zamiast organizować usługę dowozu na własną rękę, firmy mogą skorzystać z kierowców trójmiejskiej firmy, uiszczając comiesięczny abonament lub rozliczając się ze start-upem osobno za każdą dostawę. Obecnie trójmiejskie ulice pokonuje 35 kierowców (jednocześnie aktywnych jest 12–17) pracujących dla Let’s Deliver, którzy oprócz gastronomii dowożą również kwiaty, realizując dziennie ok. 300 zamówień. Jak mówi Saraf (rocznik 1984), z pochodzenia Hindus, firma w przyszłości chciałaby zachęcić do współpracy również sklepy spożywcze, a nawet apteki.

W przypadku takiego biznesu kluczowe jest jak najbardziej efektywne wykorzystanie kierowców i pojazdów. Firma osiąga ten cel przy pomocy systemu informatycznego, który działa jak automatyczna dyspozytornia. Klient, np. restauracja, składa w oknie przeglądarki internetowej (dostępnej z poziomu komputera, tabletu lub telefonu komórkowego) zamówienie, które jest automatycznie przypisywane znajdującemu się w pobliżu kierowcy. Efektywność tego rozwiązania polega również na tym, że kierowcy nie wykonują jednego kursu z każdą dostawą. Jeśli system uzna, że przed miejscem dostawy bardziej opłaci się kierowcy wziąć jeszcze jedną przesyłkę, przekieruje go w odpowiedni sposób.

Let’s Deliver zaczął się od wizyty Sarafa w pizzerii kilka lat temu, podczas której właściciel dokonał prostej obserwacji. – Dostawcy po wykonaniu zlecenia i powrocie do lokalu w oczekiwaniu na kolejne zlecenie wzięli się za układanie i przekładanie jakichś pudeł – wspomina. Wtedy zaczął się zastanawiać, w jaki sposób można byłoby ich efektywniej wykorzystać. Jak sam mówi, budowa modelu biznesowego i dopięcie wszystkiego na ostatni guzik zajęło mu trzy, cztery lata. W międzyczasie poznał też dwóch innych współzałożycieli Let’s Deliver. Odpowiedzialnego za informatyczną stronę przedsięwzięcia Daniela Mejera (rocznik 1976) namówił na współpracę podczas imprezy startupowej w Gdyni. Łukasz Tomczyk (rocznik 1985) z kolei odpowiedział na ogłoszenie w gazecie. – W bardzo długim mailu przekonał mnie, dlaczego to właśnie on powinien zajmować się u nas zasobami ludzkimi – śmieje się Saraf.

Kierowcy pracujący dla firmy to albo pracownicy Let’s Deliver, albo osoby prowadzące działalność gospodarczą, najczęściej z własnymi samochodami (firma posiada też własne skutery). Ich wynagrodzenie składa się z części stałej oraz zmiennej uzależnionej od ilości dostaw i odległości wykonanych kursów. Firma wykorzystuje również elementy gamifikacji. Każdy przejechany przez kierowcę kilometr jest przeliczany na punkty, które następnie zamieniane są na pieniądze. Z sumy punktów powstaje lista rankingowa, w ramach której kierowcy mogą ze sobą konkurować.

Firmy oferujące on-demand delivery wspierane gigantycznymi sumami przez inwestorów zwłaszcza za Atlantykiem wyrastają jak grzyby po deszczu. Model funkcjonowania najbliższy Let’s Deliver ma DoorDash, start-up z San Francisco. Rozwój firmy kwotą 17,3 mln dol. wsparł w 2014 r. fundusz Sequoia Capital, który swego czasu zainwestował w Google’a i Facebooka. Pod kuratelą tych samych inwestorów serwis Instacart, oferujący dostawę zakupów spożywczych, zebrał w kilku rundach finansowania 370 mln dol. Usługa jest dostępna w 10 amerykańskich miastach.

Pomysłów na biznes on-demand delivery jest zresztą znacznie więcej. Caviar, któremu udało się zebrać 15 mln dol., współpracuje tylko z drogimi restauracjami. Sprig z kolei oferuje tylko zdrowe dania do podgrzania w domu. W firmę zainwestowano 10 mln dol. SpoonRocket z finansowaniem na poziomie 11 mln dol. zapewnia szybkie dostawy dzięki temu, że gotowe dania jeżdżą po mieście w specjalnie przygotowanych samochodach. Saucey z Los Angeles chce dostarczać klientom do domu alkohol, a Eaze – marihuanę na receptę.

Tak duża liczba podobnych serwisów przypomina niektórym bańkę dotcomów z przełomu wieków. To wtedy powstały takie firmy jak Kozmo, która przy pomocy sieci kurierów rowerowych dowoziła klientom filmy z wypożyczalni i przekąski do domowego seansu filmowego. Webvan z kolei proponował dowóz do domu zakupów ze sklepów spożywczych. Firma, zanim upadła, wydała miliard dolarów. Właściciele nowych firm są przekonani, że nie powtórzą losu swoich poprzedników sprzed półtorej dekady, gdyż są uzbrojeni w narzędzia, o których tamta generacja przedsiębiorstw mogła tylko pomarzyć.

Mowa oczywiście o szybkim internecie mobilnym i urządzeniach pozwalających z niego korzystać. Zbudowane przy ich pomocy systemy informatyczne są w stanie śledzić na bieżąco kierowcę, monitorować zapotrzebowanie na usługę dowozu w danym czasie i na tej podstawie kierować dostawców w określonych godzinach w części miasta, gdzie popyt jest największy. W ten sposób działa na przykład system zbudowany przez DoorDash.

Technologie informacyjne zmieniają także oblicze innych segmentów logistyki i przewozów. Firmy przewozowe minimalizują puste przebiegi tirów, podłapując zlecenia na internetowych giełdach. Prostą w obsłudze usługę taksówkową w coraz większej liczbie miast (chociaż z problemami) oferuje obecny także w Polsce Uber. Na razie Let’s Deliver planuje ekspansję do Warszawy. Potem chce się pojawić również w innych miastach Polski.

Kluczowe jest efektywne wykorzystanie kierowców