Miliona ton surowca najwyższej jakości może zabraknąć po wymianie kotłów w ramach programu „Czyste powietrze”.
Antysmogowa rewolucja ledwie się zaczęła, a już na horyzoncie tlą się problemy. Eksperci mówią, że zabraknie węgla, który nadawałby się do palenia w piecach klasy piątej (a tylko takie można będzie teraz instalować). W dodatku co roku 200–300 tys. takich urządzeń będzie zastępować stare, spalające wszystko kopciuchy. Koszt wymiany to ok. 10 tys. zł, ale 70 proc. tej kwoty może stanowić budżetowa dotacja.
Docelowo wymienionych ma zostać 3 mln starych kotłów, a każde nowe urządzenie będzie zużywać ok. trzech ton paliwa rocznie. I to nie byle jakiego, bo najwyższej klasy. Chodzi o niską zawartość siarki i popiołu, niewielką wilgotność, a do tego wysoką kaloryczność. Sęk w tym, że polscy producenci węgla kamiennego są w stanie dostarczyć nie więcej niż 0,5–1 mln ton surowca spełniającego tak restrykcyjne normy.
Reklama
Paliwa zacznie zatem brakować już w tym, a najpóźniej przyszłym roku. Lukę trzeba będzie zapełnić surowcem importowanym – z Rosji lub Kolumbii, bo tam produkuje się najwięcej węgla o pożądanych w „piątkach” parametrach.
– Surowca dla klientów indywidualnych brakuje już teraz. Nasze kopalnie produkują go ok. 6 mln ton, a zapotrzebowanie wynosi 10 mln ton. Z miałami to ok. 12 mln ton – wylicza Łukasz Horbacz, prezes Izby Gospodarczej Sprzedawców Polskiego Węgla. Jego zdaniem Polska Grupa Górnicza będzie w stanie częściowo zapełnić lukę – dostarczy więcej dobrego paliwa, niż wskazywały wcześniejsze wyliczenia, tworząc mieszanki węgla. Ale import i tak jest nieunikniony.

Reklama
Do tego będzie drożej. Z danych izby wynika, że Polacy już teraz wydają na energię i ciepło 12 proc. swoich domowych budżetu, podczas gdy średnia UE to 6 proc. A w przyszłości te wydatki mogą być jeszcze większe. – Węgiel do „piątek” kosztuje ponad 1 tys. zł za tonę. To daje ok. 3 tys. zł rocznie. To oznacza, że ci, którzy dziś palą w kopciuchach węglem po 200–300 zł i spalają go ok. 5 ton, po zmianie pieców będą musieli wydawać dwa, trzy razy więcej w imię słusznej walki ze smogiem. Nie wszyscy podołają takiemu obciążeniu – mówi DGP osoba znająca sprawę. Jej zdaniem najbiedniejsi po wymianie będą próbowali domowych sposobów na dostosowanie go do innego opału. A to może prowadzić do awarii.
– Mniej zanieczyszczone asortymenty węgla z polskich kopalń trafiają dziś do energetyki, a najbrudniejsze paliwa, w tym odpady węglowe, upycha się z wyższą marżą gospodarstwom domowym. Efekt tej polityki odczuwamy w sezonie grzewczym i płacimy za nią zdrowiem. Przedłużające się prace nad normami jakości surowca pokazują dobitnie, że minister energii nie chce podpaść spółkom górniczym i broni smogowego status quo – komentuje Marek Józefiak z Greenpeace Polska. I wskazuje na wewnętrzną sprzeczność w polityce rządu: – Premier Mateusz Morawiecki uporządkował rynek domowych kotłów na węgiel, ale nie będzie odpowiedniego paliwa, które by zapewniało ich właściwą pracę – dodaje, wskazując na błędne koło w antysmogowych przepisach.
12 września wchodzi w życie nowelizacja ustawy o jakości paliw stałych, która zakaże handlu najgorszymi gatunkami węgla (mułami i flotokoncentratami). Prace nad poprawkami do przepisów wykonawczych nadal trwają, bo wnoszonych jest tam mnóstwo nowych, do których resort energii będzie się musiał ustosunkować.
– Ministerstwo próbuje zjeść ciastko i mieć ciastko, wiedząc, że nie jest możliwe pogodzenie interesów spółek węglowych z ochroną powietrza. Nowe przepisy zdejmą z rynku węgiel wart kilkaset milionów złotych rocznie, z którym nie będzie co zrobić. To poważny problem – tłumaczy osoba znająca kulisy konsultacji nowych przepisów. Z nieoficjalnych informacji DGP wynika, że nie jest wykluczone, iż rozporządzenia do ustawy będą gotowe jeszcze przed końcem września.
Zdaniem naszych rozmówców dopiero po tym, jak poznamy ich finalny kształt, będzie można ocenić, jak ukształtuje się ostatecznie krajowy rynek węgla kamiennego i ile go będzie brakowało, w tym tego dla odbiorców indywidualnych. A ich liczba nie będzie spadać w szybkim tempie. – Z ciepła systemowego w Polsce korzysta ok. 42 proc. gospodarstw domowych, przy czym w miastach jest to ok. 60 proc. W tych ostatnich udział może się zwiększyć maksymalnie do 80 proc. – mówi DGP Jacek Szymczak, prezes Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie.