- Oferta UE dla przemysłu wykorzystana do maksimum
- Na UE padł blady strach. Ryzyko dla uczciwej konkurencji?
- Subsydia potrzebne jak powietrze
- Nacjonalizacja polityki przemysłowej UE
- Konserwatywny kurs UE. Kropla w morzu (transformacyjnych) potrzeb
50 euro za megawatogodzinę (MWh) – najniższa stawka dopuszczona przez Brukselę – to docelowa subsydiowana cena prądu dla niemieckich firm z sektorów energochłonnych. Uruchomienie nowego systemu wsparcia cenowego planowane jest już za miesiąc, z początkiem Nowego Roku.
Oferta UE dla przemysłu wykorzystana do maksimum
Tak jak przewidziała w swoim komunikacie o ramach pomocy publicznej wspierających politykę przemysłową UE (CISAF) Komisja Europejska, obejmie ona połowę zużycia energii przedsiębiorstw. W grę wchodzi jednak rozłożenie subsydiów w ramach planowanego na trzy lata programu w taki sposób, by w pierwszym roku „tarcza” faktycznie objęła więcej niż 50 proc. zużycia prądu (w kolejnych latach wolumen energii subsydiowanej byłby stopniowo obniżany). Prawo do korzystania z mechanizmu mają uzyskać firmy z wytypowanych kilkudziesięciu energochłonnych sektorów i podsektorów, które zagrożone są relokacją na skutek utraty konkurencyjności. W katalogu tym są m.in. branża metalurgiczna, chemiczna, bateryjna, cementowa, szklarska, papiernicza, maszynowa i surowcowa.
Zgodnie z warunkami programu cenowego wsparcia połowa uzyskanej pomocy powinna zostać wykorzystana przez beneficjentów na inwestycje sprzyjające długofalowemu obniżeniu kosztów, a zarazem niewiążące się ze wzrostem zapotrzebowania na paliwa kopalne. Chodzi przede wszystkim o przedsięwzięcia związane z czystymi technologiami energetycznymi – takimi jak odnawialne źródła, magazyny bateryjne czy elektrolizery do produkcji nisko- lub bezemisyjnego wodoru – a także rozbudowę sieci, zdolności przyłączeniowych czy zwiększanie elastyczności zużycia energii. Łączny koszt programu oszacowano na 3,1 mld euro.
Tuż przed połową listopada kanclerz Friedrich Merz poinformował o osiągnięciu porozumienia w sprawie wdrożenia wypracowanej koncepcji w ramach koalicji rządzącej. Oświadczył jednocześnie, że na ukończeniu są rozmowy z Brukselą o akceptacji niemieckiego mechanizmu. Równocześnie Niemcy chcieliby utrzymać istniejący już krajowy system rekompensat kosztów opłat za tzw. pośrednie emisje CO2 (związane z wytwarzaniem energii elektrycznej zużywanej w zakładach), którego wartość opiewa na 27,5 mld euro.
Na UE padł blady strach. Ryzyko dla uczciwej konkurencji?
Na plany Berlina z niepokojem patrzą m.in. organizacja przemysłu stalowego z Czech i Słowacji Ocelářské unie. W zeszłym tygodniu wystąpiła ona z apelem o jak najszybsze wdrożenie analogicznych rozwiązań do rządu w Pradze. W innym wypadku – alarmuje zrzeszenie – zakłady w Europie Środkowej znajdą się na z góry przegranej pozycji względem konkurentów znad Łaby. – Jeśli rząd nie zapewni wyraźnego wsparcia, istnieje ryzyko, że produkcja stali zniknie z Czech. A to oznaczałoby nie tylko utratę miejsc pracy, ale też część naszej przemysłowej samowystarczalności – komentował Roman Haide, szef huty trzynieckiej (Třinecké železárny). Ocelářské unie mówi też o procesie stopniowego cedowania odpowiedzialności za europejską politykę przemysłową na rządy krajowe, premiującego najsilniejsze gospodarczo państwa członkowskie.
Obawy związane z nierównomiernymi korzyściami z pomocy publicznej przyznawanej na szczeblu krajowym nabrały na sile w całej UE wraz z kolejnymi wprowadzanymi przez Brukselę w odpowiedzi na kryzysy (od pandemii poczynając) ułatwieniami. Jak zauważył w jednej z analiz Polski Instytut Ekonomiczny, za ponad połowę przyznawanego w ostatnich latach w UE wsparcia odpowiadały dwa największe kraje, Niemcy i Francja. Jeszcze większa koncentracja środków, o czym pisaliśmy na łamach DGP, była notowana w pomocy przyznawanej na bazie zarządzonej przez KE liberalizacji jej zasad. W ramach poluzowanych ram same Niemcy odpowiadały za niemal połowę środków.
Subsydia potrzebne jak powietrze
Zdaniem Piotra Araka, b. szefa Polskiego Instytutu Ekonomicznego, obecnie wykładowcy UW i głównego ekonomisty VeloBanku, podjęcie tej rywalizacji jest konieczne. – Subsydia są czymś, czego będziemy potrzebowali jak powietrza dla tego segmentu gospodarki. Nikt nie ma perspektyw spadku cen w strategiach, istotniejsze jest to by spróbować utrzymać ich poziom. Rekomendowałbym ścieżkę podobną do Niemiec, ale pytanie jak to będzie wpływać na finanse publiczne i tu się pewnie w Polsce pojawi problem – ocenia Piotr Arak, b. szef Polskiego Instytutu Ekonomicznego, obecnie wykładowca UW i główny ekonomista VeloBanku.
O spóźnionych działaniach rządu w obliczu unijnej licytacji na subsydia mówi nam Michał Hetmański, prezes Fundacji Instrat. – Polski rząd wręcz modelowo stosuje starą taktykę odmrażania sobie uszu na złość. Od lat rządy Niemiec czy innych przemysłowych potęg w ramach UE transferują legalnie pomoc publiczną do swojego hutnictwa, bo skutecznie odczytali intencje systemu ETS. Raz pobrany podatek węglowy z całej energetyki i części przemysłu wydają nie tylko na własną transformację, ale wyrównanie ceny prądu, podniesionej przez system ETS. My niestety robimy to z oporami – komentuje Hetmański.
Jego zdaniem polski rząd w niewystarczającym stopniu wykorzystuje też nowe możliwości uruchomione przez KE. – Minister finansów ukrywa w wieloletnim planie finansowym dodatkowe 20-40 mld zł dochodów z ETS, które powinno finansować nie tylko inwestycje dekarbonizacyjne, ale po prostu kontrakt różnicowy dla przemysłu czy niższy VAT za prąd. Polskiemu przemysłowi te pieniądze się po prostu należą! Niestety rząd bezradnie patrzy na to, jak zakłady takie jak ponad 200-letnia Huta Królewska w Chorzowie się zamyka – dodaje ekspert.
– Ten wyścig na subsydia trwa, i nie da się go bez konsekwencji ignorować. Oczywiście my wolelibyśmy, żeby go nie było, by w Europie dominowała uczciwa, oparta o efektywność konkurencja, ale niestety jest on faktem, na który nie możemy się obrażać. Obecne realia na światowych rynkach wykluczają możliwość podjęcia przez europejski przemysł rywalizacji na uczciwych warunkach bez zaangażowania publicznych pieniędzy – mówi DGP Henryk Kaliś, prezes Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu. Zwraca w tym kontekście uwagę na potrzebę ograniczenia kosztów obciążających przemysł opłat sieciowych. – Już obecnie ich obniżki rzędu kilkudziesięciu proc. wprowadzają m.in. Wielka Brytania, Francja, Holandia, Hiszpania czy Niemcy – podkreśla szef FOEEiG.
Nacjonalizacja polityki przemysłowej UE
Podobnie jak Czesi Kaliś ubolewa jednocześnie nad tym, że Bruksela zdecydowała się prowadzenie polityki przemysłowej siłami państw członkowskich, co „może prowadzić do uzależnienia jej intensywności i zakresu od możliwości poszczególnych państw”. – Jak wiemy Niemcy mają znacznie większe możliwości finansowe niż inne kraje UE. Mamy więc do czynienia z ryzykiem objęcia eskalacją wyścigu subsydiów najważniejszego obszaru decydującego o konkurencyjności produkcji przemysłowej, jakim są ceny energii elektrycznej. Byłoby lepiej, gdyby tego rodzaju programy były finansowane i zarządzane centralnie na poziomie europejskim – uważa rozmówca DGP.
Podobne stanowisko zajmują w tej kwestii związki zawodowe przemysłu zrzeszone w europejskiej centrali industriALL, który zrzesza m.in. struktury branżowe NSZZ „Solidarność” czy niemieckiej centrali związkowej DGB. Jak informuje nas Corinna Zierold, starsza doradczyni w federacji odpowiedzialna za politykę sprawiedliwej transformacji, również niemieckie organizacje związkowe w ramach swoich kampanii na rzecz dopłat cenowych w przemyśle energochłonnym optowały za rozwiązaniem europejskim, które zapewniłoby parytet cenowy pomiędzy krajami UE i, w rezultacie, uczciwą konkurencję.
Konserwatywny kurs UE. Kropla w morzu (transformacyjnych) potrzeb
Henryk Kaliś akcentuje ponadto, że Bruksela dopuściła wsparcie o niewielkiej skali z punktu widzenia stojących przed energochłonnym przemysłem wyzwań, na które składa się kosztowna podwójna dekarbonizacja, obejmująca zarówno wytwarzanie energii, jak i procesy technologiczne. – Aby przetrwać, musimy zachować konkurencyjność cenową naszych towarów względem producentów z innych obszarów świata – przypomina Kaliś. I dodaje, że raport b. prezesa Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghiego szacuje dodatkowe koszty związane z przeprowadzeniem dekarbonizacji przemysłu na 750-800 mld euro rocznie.
Prezes FOEEiG podkreśla również, że organizacje branżowe z całej Europy od lat zabiegają w Brukseli o podjęcie działań, które wsparłyby funkcjonowanie istniejącego (a nie tylko nowo budowanego) przemysłu energochłonnego i ustabilizowały warunki jego działalności w długim horyzoncie czasowym, ale działania te nie spotykają się z odzewem Komisji Europejskiej. – Po tym, jak Ursula von der Leyen zapowiedziała pod koniec 2024 roku utworzenie unijnego Funduszu Konkurencyjności, zwróciliśmy się do niej z listem, w którym postulowaliśmy, by mógł on służyć m.in. przeprowadzeniu niskoemisyjnej transformacji technologicznej w przemyśle. Nie dość, że nasze postulaty nie zostały uwzględnione, to nawet nie otrzymaliśmy ze strony KE jakiejkolwiek odpowiedzi, mimo publikacji tego listu w Politico. Trudno odebrać to inaczej niż jako sygnał, że przemysł nie jest dla Brukseli stroną, z którą warto rozmawiać – ocenia.
Jak zaznacza prezes FOEEiG, dozwolone wsparcie cenowe dopuszczone przez CISAF zostanie „skwapliwie zagospodarowane” przez przemysł. Może ono, według niego, umożliwić ograniczenie bieżących kosztów energii o 20 proc., co „w aktualnej trudnej sytuacji jest nie do pogardzenia”. – Ale to nie oznacza, że tego rzędu pieniądze wystarczą, żeby przywrócić europejskiej gospodarce globalną konkurencyjność, czy umożliwić firmom realizację inwestycji niezbędnych do uzyskania zeroemisyjności – konkluduje Kaliś.
Jeszcze mniej optymizmu w kwestii potencjału nowego mechanizmu wsparcia wykazują przedstawiciele przemysłu niemieckiego, który – jak podaje Michał Kędzierski z Ośrodka Studiów Wschodnich – szacuje realny wpływ proponowanych środków na ceny energii na maksymalnie 10 proc. „Powszechne są wezwania, aby Berlin wpłynął na KE celem poluzowania tych obostrzeń. Np. przez zezwolenie na łączenie dopłat z rekompensatą pośrednich kosztów emisji” – ocenia w swoim komentarzu ekspert ds. polityki energetyczno-klimatycznej Niemiec.
Polska szuka pieniędzy dla przemysłu. Znajdzie kilka razy mniej niż Berlin?
W Polsce nad uruchomieniem wsparcia dla sektorów energochłonnych pracowały Ministerstwo Rozwoju i Technologii wraz z Ministerstwem Klimatu i Środowiska. Propozycje kontraktu różnicowego dla firm, o których w czerwcu – jeszcze przed ogłoszeniem przez Brukselę komunikatu CISAF – mówiło ówczesne kierownictwo MRiT (od lipca na jego czele stoi już minister finansów i gospodarki Andrzej Domański), zakładały gwarantowaną cenę energii dla największych odbiorców na poziomie 250 zł za MWh (według aktualnego kursu niespełna 60 euro) przez 5 lat i roczny budżet programu na poziomie 1,5 mld zł rocznie. – Ta propozycja będzie gwarantowała firmom konkurencyjność – przekonywał wtedy szef resortu Krzysztof Paszyk. Dla porównania, obecna koncepcja Berlina zakłada program trzyletni, którego koszt w pierwszym roku sięgnąłby 1,5 mld euro. Jak słyszymy nieoficjalnie, również koszt obecnie dyskutowanych rozwiązań jest kilkakrotnie niższy niż w programie niemieckim.
Według naszych ustaleń w rządzie nadal toczą się prace nad narzędziami wsparcia przemysłu energochłonnego. Wtajemniczone w ten proces osoby, w tym minister energii Miłosz Motyka, nie chcą na razie mówić o szczegółach. Słyszymy jedynie, że rząd „ma pomysły” na to, jak pomóc wrażliwym branżom i będzie dążył do uruchomienia wsparcia „tak szybko, jak to możliwe”. Motyka informuje ponadto DGP, że sytuacja tych branż będzie jednym z tematów dyskusji ministerialnego zespołu ds. taryf sieciowych.