Od września 2013 r. samorządy otrzymają dotację na przedszkola. Zyskają na tym m.in. rodzice, bo za szóstą i siódmą godzinę pobytu dziecka zapłacą co najwyżej złotówkę. W kolejnych latach również za ósmą. A to oznacza, że gminy nie będą mogły ustalać wyższych opłat. Czy to dobre rozwiązanie?

Nie. Warto podkreślić, że opiekunowie przedszkolaków dopłacają do utrzymania tych placówek nie więcej niż 10 proc. Pozostałe koszty ponosi samorząd. W konsekwencji stawki godzinowe sięgają w niektórych gminach ponad 3 zł. Propozycja ministerstwa wprowadza paradoks – obiecuje samorządom złotówkę, a odbiera 2 – 3 zł. Boję się, że powiększona w ten sposób dziura w budżetach gmin nie tylko nie spowoduje wzrostu liczby miejsc w przedszkolach, ale wręcz ograniczy przyjęcia. Najlepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie dotacji na podobnych zasadach, jak w przypadku subwencji naliczanej na każdego ucznia.

Z wyliczeń MEN wynika, że na każdego przedszkolaka gmina w przyszłym roku szkolnym otrzyma średnio 333 zł. A docelowo ponad 1,4 tys. zł. Resort uważa, że to przyczyni się do tworzenia nowych miejsc. Czy zgadza się pan z tą tezą?

Nie przyczyni się. Obecne propozycje sprowadzają się tylko do obniżenia kosztów, które rodzice ponoszą, posyłając dzieci do przedszkola. Zaproponowane kwoty są zdecydowanie za niskie i mają charakter propagandowy. Jeżeli koszt pobytu dziecka w przedszkolu samorządowym wynosi realnie od 700 do 1000 zł miesięcznie, to kwota 333 zł na dziecko w ciągu roku znaczy niewiele.

W przyszłym roku dotacja ma wynieść 320 mln zł, ale już w 2014 r. – 1,1 mld zł. To jednak spory zastrzyk pieniędzy.

Jeśli gmina rocznie wydaje 10 mln zł na przyjęcie do przedszkoli tysiąca dzieci, to dotacja w wysokości 333 tys. zł staje się drobnym datkiem wrzuconym do kapelusza. Nawet potrojenie tej kwoty zrównoważy jedynie 10 proc. ponoszonych wydatków. Jeszcze raz podkreślam, że realną pomocą państwa dla samorządów byłoby przynajmniej na początek objęcie rządową subwencją pięciolatków, rzetelnie obliczoną według faktycznie ponoszonych przez gminę wydatków bieżących.

Rząd chce też, aby 100 proc. dotacji z budżetu gmin trafiało do prywatnych przedszkoli, a nie jak obecnie 75 proc. W zamian prywatne placówki musiałyby zapewniać 5 godzin bezpłatnej podstawy programowej. Czy to uczciwa konkurencja między samorządowymi a prywatnymi przedszkolami, które pobierają dodatkowe opłaty od rodziców?

Nie ma uczciwej konkurencji między samorządowymi a prywatnymi przedszkolami. Przepis art. 90 ustawy o systemie oświaty wyraźnie preferuje prywatne podmioty kosztem budżetu samorządów. Samorządy i prywatni właściciele przedszkoli traktowani są wedle odmiennych zasad. Gminy zostały zobowiązane przez nadzór wojewodów oraz wyroki sądów do zwrotu opłaty za godziny wykraczające poza realizację podstawy programowej w sytuacji, gdy dziecko jest nieobecne w przedszkolu. Z kolei samorząd jest zmuszany do wypłaty miesięcznej dotacji prywatnemu podmiotowi, czyli minimum 75 proc. wydatków bieżących nawet wtedy, gdy dziecko jest obecne tylko jeden dzień w przedszkolu. Prywatnemu należy się więc opłata za gotowość, samorządowi nie. Przepisy oświatowe nie definiują pojęcia „wydatki bieżące”, więc stosuje się definicję z ustawy o finansach publicznych i w konsekwencji do nich dolicza się jeszcze koszty remontów oraz koszty żywienia, które ponoszą rodzice. A to już absurd.

Ale po zmianach placówki prywatne nie będą mogły do wydatków bieżących uwzględniać opłat rodziców.

Nie pojmuję, skąd taki optymizm. Prezentacja ministerstwa na ten temat jest życzeniowa i nadmiernie optymistyczna, gdyż ministrowi trudno byłoby zmusić prywatne podmioty do działań sprzecznych z ich interesem. Ponadto samorząd ponosi koszty na płace dla dyplomowanego nauczyciela przedszkola w wysokości 5 tys. zł miesięcznie zgodnie z art. 30a KN, przy pracy od 22 do 25 godzin. Z kolei prywatne placówki mogą płacić z kodeksu pracy minimalną pensję, zatrudniając nauczyciela na 40 godzin pracy tygodniowo. Dodatkowo prywatne placówki pobierają często bardzo wysokie czesne.