Najprościej jest oczywiście wyłożyć publiczne pieniądze na becikowe, które jednak, podobnie jak sztandarowe 800 plus, jakoś wcale nie sprawia, że przybywa dzieci. Być może robią to tylko dlatego, że ktoś z ich rodziny spodziewa się dziecka. Bo, przepraszam, ale nie potrafię w inny sposób wyjaśnić tych działań. Ba, przypuszczam, że gdyby gminy rozdawały nawet kawalerki rodzinom, które decydują się na dzieci, również nie mielibyśmy do czynienia z nagłym skokiem przyrostu naturalnego.
Demografia kontra przedszkola: te pieniądze powinny trafić gdzie indziej
Być może mój apel będzie głosem wołającego na puszczy, ale te pieniądze powinny trafić na inne cele, przede wszystkim związane z tymi dziećmi, które już na tym świecie są. Zacznijmy od samorządowych przedszkoli, które, jak pisaliśmy we wtorkowym DGP, zaczęły się nagle reklamować i obniżać opłaty. Tylko patrzeć, jak pojawią się konkursy dla rodziców, np. wybierz samorządową placówkę dla dziecka, a weźmiesz udział w losowaniu elektrycznego samochodu.
Na razie rzucają się w oczy billboardy na ulicach miast, z których wynika, że prywatne przedszkola są drogie i niepewne. W drugim zdaniu tej reklamy (jak to określają właściciele prywatnych przedszkoli: hejterskiej) czytamy, że publiczne przedszkola są bezpieczne i darmowe.
Nigdy nie byłem za prywatnymi przedszkolami. Trójka moich dzieci chodziła do samorządowej placówki, która zresztą została właśnie wytypowana do zamknięcia z powodu niewielkiej liczby zgłoszeń. Zdaję sobie sprawę, że właściciele prywatnych przedszkoli mają wiele za uszami, a część z nich zrobiła sobie z pieniędzy rodziców i dotacji samorządowych sposób na dobre życie. Ale trzeba im oddać, że od lat podnoszą jakość kształcenia, mają dużo dodatkowych zajęć, wsparcie specjalistów i mniej liczne oddziały niż samorządowe przedszkola.
Przedszkola prywatne: kiedyś ratunek, dziś konkurencja
W 2012 r. ówczesny premier Donald Tusk wprowadził przepisy, zgodnie z którymi do 2017 r. samorządy mają zrobić wszystko, aby żaden rodzic nie został odesłany z kwitkiem z publicznego przedszkola. Wtedy podniosło się larum samorządowców, że bez wsparcia prywatnych placówek nie dadzą rady wykonać planu i wręcz namawiano niepubliczne jednostki, by przystępowały do powszechnej rekrutacji w zamian za 100 proc. dotacji. Kilkanaście lat później obserwujemy wycinanie prywatnych przedszkoli, które jakoby „zabierają dzieci samorządom”, w związku z czym te stoją przed widmem zamykania przedszkoli – tak już się dzieje w Warszawie.
Obawiam się jednak, że samorządy są na przegranej pozycji. Zamiast przeznaczać pieniądze na dodatkowe becikowe, można by je wydać na zrestrukturyzowanie oddziałów z 25 dzieci do np. 16. Tymczasem wszczęto brudną walkę, w której i tak wygrają prywatne przedszkola, jeśli samorządowe placówki nie zaczną realnie z nimi konkurować. Niżowi demograficznemu można stawić czoła, tworząc kameralne oddziały przedszkolne i szukając dodatkowych pieniędzy na zajęcia rozwijające, i większe wsparcie dla dzieci z orzeczeniami o potrzebie specjalnego kształcenia (a tych jest coraz więcej). Niestety, jak patrzę na działania niektórych samorządowców, to w dalszym ciągu liczy się dla nich przede wszystkim pełne przedszkole z maksymalną liczbą dzieci w grupach, a co za tym idzie, pieniędzy, jakie mogą tam trafić.
Pora zmienić ten sposób myślenia, bo rodzice coraz lepiej zarabiają i nie chcą już posyłać dzieci do przepełnionych przedszkoli, w których po zrealizowaniu pięciogodzinnej podstawy puszczane są samopas. Trzeba konkurować z prywatnymi przedszkolami jakością kształcenia. Hejterskie plakaty jeszcze bardziej zniechęcają rodziców, by zapisywać maluchy do takich placówek.
Samorządowcom wydawało się, że rok 2012 będzie trwał wiecznie. Wtedy to błagano o przyjęcie dziecka do przedszkola, a jeśli już maluch ukończył sześć lat, to był wręcz wyrzucany do zerówki w szkole, bo trzeba było zrobić miejsce młodszym. Obecnie sytuacja się odwróciła i okazało się, że mamy pożar, bo w przedszkolach nie ma się kim opiekować. Swoją drogą niech samorządy się cieszą, że podobnej konkurencji nie mają w szkołach, bo wówczas i te trzeba by zacząć zamykać.