Medycy rodzinni mają coraz więcej pracy. Tymczasem ich liczba nie rośnie. Efekt? Mają mniej czasu dla pacjentów i trudniej umówić się do nich na wizytę.
Reklama
Podstawowa opieka zdrowotna w liczbach / Dziennik Gazeta Prawna
Do rzecznika praw pacjenta trafia coraz więcej skarg od osób, które nie były w stanie skorzystać z pomocy lekarza, pielęgniarki lub położnej podstawowej opieki zdrowotnej. W tym roku – do 5 grudnia – było 109 takich doniesień, a problem – jak twierdzą eksperci – będzie narastał.

Reklama
Za mało czasu
Zdaniem ekspertów, po to by lekarze POZ mogli realizować dobrze swoją misję – mieć czas na rozmowę z chorym, profilaktykę – powinni mieć pod swoją opieką od 1500 do 1800 pacjentów. Niestety z powodu braków kadrowych wielu z nich musi zajmować się większą liczbą chorych. Część – ok. 600 – ma wpisanych na listę ponad 3 tys., a rekordziści ok. 5 tys. Na dodatek w ostatnich latach tacy specjaliści dostali m.in. szersze zadania w zakresie diagnostyki, zostali włączeni w pakiet onkologiczny, a ostatnio, jako jedyni medycy, mają prawo do wystawiania recept na darmowe leki dla seniorów. W rezultacie część z nich w ogóle nie chce przyjmować zapisów nowych osób, np. narodzonych dzieci, jeśli ich rodzina nie była wcześniej pod ich opieką.
– Sam miałem przez pewien czas ponad 4 tys. pacjentów pod opieką, ale na szczęście udało mi się znaleźć lekarza do pomocy – mówi Jacek Krajewski, szef Porozumienia Zielonogórskiego. Jego zdaniem 1,5 tys. pacjentów to już dużo. – Lekarze mający ich dwa razy tyle lub nawet więcej, nie mają czasu porozmawiać z chorym ani wypocząć, a to już jest niebezpieczne – dodaje. Podkreśla jednak, że problemu nie da się rozwiązać z dnia na dzień. By sytuacja się poprawiła i liczba lekarzy rodzinnych zaczęła rosnąć, trzeba ponad dekady.
Z kolei zdaniem Małgorzaty Sobotki-Gałązki z Uczelni Łazarskiego poza liczbą pacjentów liczy się przede wszystkim ich struktura. Na przykład dzieci i osoby starsze korzystają ze świadczeń zdrowotnych o wiele częściej. Potwierdzają to lekarze. – U mnie większość to seniorzy, mający wiele chorób naraz, bo obok są osiedla zasiedlane w latach 60. Przychodzą przynajmniej raz w miesiącu i potrzebują 15–20 minut na wizytę, przez co stale są kolejki. Wypłacana przez NFZ wyższa stawka za osoby starsze nie rekompensuje nakładu pracy – mówi jeden z warszawskich lekarzy. Tacy medycy, nawet nie przekraczając ustawowego limitu pacjentów, starają się odmawiać przyjmowania nowych osób.
Wszystko wskazuje na to, że problem będzie się pogłębiał. Wielu lekarzy jest bowiem po pięćdziesiątce i zastąpić ich nie będzie miał kto. Z zeszłorocznego raportu Naczelnej Izby Lekarskiej wynika, że o ile w ciągu ostatnich 10 lat w każdym roku liczba lekarzy uzyskujących specjalizację była stała, to akurat w medycynie rodzinnej widoczny był duży spadek – średnio aż o 79 osób rocznie. Rósł za to m.in. w kardiologii – oferującej o wiele lepsze zarobki.
Do tego dochodzi starzenie się społeczeństwa – co wiąże się też z większą liczbą wizyt u lekarza. Zmieniają się również nawyki – dzięki edukacji prozdrowotnej coraz częściej do lekarza rodzinnego chodzi się nie w razie choroby, ale profilaktycznie, na co wskazywał m.in. opublikowany w tym roku przez NFZ raport dotyczący podstawowej opieki zdrowotnej. Trend ten dotyczy m.in. 30–40-latków.
Pacjenci boją się zmian
Minister zdrowia Konstanty Radziwiłł sam do niedawna miał przychodnię rodzinną. Po wejściu do rządu zaprosił ekspertów, by wypracować nową koncepcję POZ i odbiurokratyzować pracę lekarzy. Powstało wiele rekomendacji m.in. dotyczących tego, by medycy rodzinni w większej mierze przejęli na siebie leczenie osób chorych przewlekle oraz koordynowali opiekę nad swoimi pacjentami prowadzoną przez inne placówki. Do POZ mieli dołączyć też inni specjaliści, np. dietetycy i edukatorzy, którzy mieliby odciążyć medyków. Kłopot jak zawsze jest ten sam: za mało pieniędzy i lekarzy. – Z niepokojem przyjmujemy pomysły przeniesienia leczenia pacjentów przewlekłych z ambulatoryjnej opieki specjalistycznej do POZ. Już teraz ciężko się umówić do lekarza rodzinnego – mówi Monika Zientek z Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Młodych z Zapalnymi Chorobami Tkanki Łącznej „3majmy się razem”.
– Dopóki decydenci nie usuną prawdziwej przyczyny kolejek, czyli braku lekarzy, przesuwanie pacjentów z jednej kolejki do innej spowoduje tylko jeszcze większe zagubienie i frustrację – ostrzega Zientek.
Kolejki wydłuży też przyznanie prawa do leczenia w POZ nieubezpieczonym. Senat uchwalił w zeszłym tygodniu zmianę przepisów, wedle której NFZ nie będzie z nieuprawnionych osób ściągał kosztów wizyt. Chodzi m.in. o 2,4 mln osób z 36,6 mln pacjentów zadeklarowanych do lekarzy POZ, którzy w systemie eWUŚ świecą się na czerwono (część z nich prawdopodobnie przebywa za granicą).