statystyki

Trudno oceniać onkocelebrytów. Zachorowali i musieli wykrzyczeć tę chorobę [WYWIAD]

autor: Magdalena Rigamonti08.04.2016, 07:16; Aktualizacja: 08.04.2016, 08:04
Piotr Pogon, walcząc z chorobą nowotworową, w 2012 r. jako pierwszy człowiek bez płuca ukończył zawody triatlonowe. Uczestnik wypraw z udziałem osób niepełnosprawnych. Zdobył Kilimandżaro, Elbrus i Kenię

Piotr Pogon, walcząc z chorobą nowotworową, w 2012 r. jako pierwszy człowiek bez płuca ukończył zawody triatlonowe. Uczestnik wypraw z udziałem osób niepełnosprawnych. Zdobył Kilimandżaro, Elbrus i Kenięźródło: Dziennik Gazeta Prawna

Nie oceniam onkocelebrytów, bo znam ludzi, którzy zachorowali i musieli wykrzyczeć tę chorobę. Wszyscy pamiętamy hasło „Zbieram na cycki” fundacji Rak & Roll i inne akcje. Tylko, wie pani, jak się pod koniec roku robi kwerendę, to okazuje się, że Małgosia nie odbiera telefonów, Agnieszki też nie ma...

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Pan jest onkocelebrytą.

Nie, nie jestem.

Mówi pan o swoim onkologicznym ADHD, o raku, o operacjach i to mówienie stało się chyba częścią pana pracy.

Mówię o tym dlatego, że mam pokorę i strach przed tą chorobą. Nie każdy zdaje sobie sprawę, co się dzieje w mózgu człowieka, kiedy słyszy: ma pan zaciemnienie prawego płuca, niech pan się zgłosi na oddział w przyszłym tygodniu.

A co się dzieje?

Za drzwiami jest piękna żona, dziecko, życie, plany. I nagle wszystko się wali. I po tym trzydniowa amnezja. Pamiętam taki zimny powiew.

Śmierci?

Pierwszą diagnozę nowotworową miałem, kiedy byłem 16-latkiem. Wtedy nic nie wiedziałem o cierpieniu. Może dobrze, że nie wiedziałem. To był 1984 rok. Może sobie pani wyobrazić, jak wyglądały szpitale... Potem, po latach nawrót choroby. Po 26 latach od naświetlań wysypuje mi się woskowina z uszu. Staje się takim proszkiem, tracę słuch, nie mam powonienia, smaku, zatoki bolą. Mój lekarz porównuje te naświetlania do trzymania głowy przez trzy tygodnie w mikrofalówce.

Może dlatego pana twarz się nie starzeje.

Choroba działa wielokierunkowo. Niektórzy mówią, że cała rodzina choruje. Nie choruje tylko płuco, gardło, w którym jest guz, tylko choruje cały człowiek. Ten, kto ma mocną psychikę, przetrwa, a jak przetrwa, to przechodzi rodzaj katharsis. Choroba onkologiczna to jest wielkie doświadczenie.

Dlaczego pan nie mówi „rak”?

Kiedy w 1984 roku moje ciotki z Podhala dowiedziały się, że jestem chory, mówiły, że jak rak, to już przepadłem, już po mnie, i na mszę za mnie dały. Nie przepadłem, choć dla mnie rak, samo to słowo w kontekście tej choroby, tak się właśnie kojarzy. Że skoro rak, to nie ma ratunku. A przecież to się zmieniło, medycyna poszła do przodu i z chorobą nowotworową się wygrywa, to są czasem ciężkie starcia, ale do wygrania. Nie oceniam onkocelebrytów, bo znam ludzi, którzy zachorowali i po prostu musieli wykrzyczeć tę chorobę. Wszyscy pamiętamy hasło „Zbieram na cycki” fundacji Rak & Roll i inne akcje. Tylko, wie pani, jak się pod koniec roku robi kwerendę, to okazuje się, że Małgosia nie odbiera telefonów, Agnieszki też nie ma...

Umierają.

Odchodzą. Do końca żyją bardzo intensywnie, można powiedzieć – celebrycko. No bo po co jechać na rowerze sześć tysięcy kilometrów i krzyczeć o tej swojej chorobie światu, po co biegać maratony z jednym płucem, brać udział w triatlonach, wchodzić na Kilimandżaro, jak lepiej siedzieć w domu i po cichu umierać.

Oj, widzę zabolało, że nazwałam pana onkocelebrytą.

Kiedy się okazuje, że ich już nie ma, że odeszli, umarli, jak pani mówi, to okazuje się, że ten ich krzyk, to działanie, to szaleństwo to nie było celebryctwo, to była megaodwaga, coś, co mogło ubogacić innych, pozwoliło im przetrwać. Wie pani, jeśli następują objawy choroby, włosy zaczynają wypadać, wymiotuje się, wypróżnia bez kontroli, to sięga się dna człowieczeństwa. A z drugiej strony liczy się każdą minutę życia, doświadcza się jakiegoś daru z górnej półki.

Co to znaczy?

Drobne gesty, słowa, uśmiech, fakt, że się ma sucho w majtkach, że można wyjść na chwilę na dwór. Po prostu wszystko się wyostrza. To jest coś nieprawdopodobnego. Pewnie trzeba by porozmawiać z psychiatrą, z neurologiem, co się wtedy w mózgu dzieje, co w duszy. Kiedy w 1984 roku leżałem w szpitalu, leżałem obok sali, w które były kobiety czekające na resekcję piersi. Nie mogłem pojąć, dlaczego one tak wyją. Przecież tylko po jednym cycku mieli im uciąć. A wyły jak psy. Wyły. I nieważne, czy to gospodyni z Murzasichla, czy pani profesor z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dopiero po latach to zrozumiałem, przy drugim nawrocie, kiedy też wyłem, w 1991 roku. Ja to ich wycie jeszcze teraz słyszę. Wtedy zaczynałem dorosłe życie, ożeniłem się, firmę założyłem. Choroba zawsze atakuje nie w tym momencie, co trzeba.

Nie ma pan prawego płuca, guz z gardła wycięty.

Ale z punktu orzecznika ZUS jestem zdrowy.

Krzyż pan niesie?

Skąd. Kiedyś narzekałem i jeden drwal w Zawoi mówi do mnie, że problemy to są węzełki na powrozie naszego życia, jak się ktoś chce ino po tym powrozie ślizgać, to go strasznie dupa boli, a jak jest mądry, to każdy węzełek wykorzysta, żeby wyżyj, ku Panu wejść.

Teraz pan jest taki mądry?


Pozostało jeszcze 68% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Reklama

Komentarze (1)

  • Ana(2016-04-10 00:00) Zgłoś naruszenie 10

    Najwieksza głupota by było nawet próbowałd oceniać tych ludzi lub innych , których spotkało takie nieszczęście . Czas dla nich ma inny wymiar dlatego nie wolno im przeszkadzać a tym bardziej oceniać.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie

Polecane