Odpowiedzą na każde pytanie, rozwieją wątpliwości. Również te dotyczące intymnych sfer naszego życia. Staliśmy się fanami testów genetycznych. Ale to ślepa miłość. Bo rynek badań DNA nie podlega żadnej kontroli, a rządzą nim reguły zbliżone do tych z Dzikiego Zachodu.
Reklama
Chłopak ma 11 lat. Z jego matką rozwiodłem się wieki temu – pisze Andrzej. Forum dla „facetów z podobnymi problemami” obserwuje od dawna, ale dopiero teraz odważył się odezwać. „Niedawno złożyłem wniosek do prokuratury o zaprzeczenie ojcostwa i uzyskałem odpowiedź – po wcześniejszym przesłuchaniu stron – że była żona nie wyraża zgody. Zrobiłem badania DNA na własną rękę. Okazało się, jak przypuszczałem, że dziecko nie jest moje. Ponownie zgłosiłem się do prokuratury i ponownie odrzucono moją prośbę o sądowe badania. Dla matki chłopaka to wygodna sytuacja, płacę w końcu na nie swoje dziecko ponad 500 zł miesięcznie. Dziś mam nową rodzinę, córkę. Chciałbym zamknąć stary rozdział w życiu. Każdy zasługuje na drugą szansę”.
„Znalazłem się w tarapatach” – tym razem swoją historię opowiada Janusz. „Miesiąc temu żona oświadczyła, że odchodzi, na dobre, i zabiera ze sobą synów. Wyznała jednocześnie, że nie jestem ojcem żadnego z nich. Czy ktoś ma za sobą podobne przejścia? Chodzi o elementarną sprawiedliwość! Jak zaprzeczyć ojcostwu dzieci w wieku przedszkolnym? Pomóżcie”.
Na hasło „pomóżcie” rusza lawina komentarzy. Bo, trzeba przyznać, ruch na podobnych forach ostatnio panuje spory. W dużej mierze to zasługa informacji płynących zza zachodniej granicy: niemiecki rząd chce wprowadzić prawo, które zobliguje kobiety do ujawniania tożsamości biologicznego ojca dziecka. Oznacza to, że mężczyźni, którzy nieświadomie wychowują lub łożą na nie swoje dzieci, będą mogli zakwestionować ojcostwo i żądać badań DNA. Co więcej, biologiczny ojciec zostanie zmuszony do zwrotu pieniędzy rzekomemu tacie, a kwotę prawnie ograniczono do dwuletnich kosztów utrzymania dziecka.
Zagraniczne pomysły mogą się podobać lub nie. Mają jednak jeden walor: są i można o nich dyskutować. W Polsce pierwsze badanie genetyczne dotyczące ustalenia ojcostwa przeprowadzono na początku lat 90. I od tamtej pory nie udało się wprowadzić w tym zakresie jakichkolwiek uregulowań prawnych. Sądy opierają się na paragrafach sprzed przeszło pół wieku, a na rynku panuje genetyczna wolnoamerykanka.
Moja krew na pana rękach
Profesor Tadeusz Dobosz jest jednym z pionierów wykorzystania badań DNA do celów sądowych w Polsce. O tym, że prawo nie nadąża za rzeczywistością, pisał w imieniu całego środowiska do wszystkich kolejnych ministrów zdrowia. – Jedni zdawkowo odpowiadali, innych nawet na to nie było stać – opowiada kierownik Zakładu Technik Molekularnych Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Może więc po prostu nie ma problemu? Jest, i to z każdym rokiem coraz większy.
„Wystarczy kilka włosów wyrwanych z cebulkami, aby wykonać pewne badanie ojcostwa. Równie cennym źródłem danych będzie puszka po napoju czy sztućce, którymi dana osoba jadła obiad. Laboratorium bez problemu jest w stanie wydobyć DNA z plamy nasienia na bieliźnie, krwi na tamponie czy podpasce” – reklamuje się jedna z firm mających w swojej ofercie takie badania.
Również na portalach skupiających „pewnych ojców” nie brakuje podobnych historii: „Do jednego z laboratoriów zgłosił się mężczyzna. Chciał wykonać badanie ojcostwa i bardzo zależało mu na czasie. Niestety, jedyną próbką od dziecka, jaką dysponował, był nadmuchiwany balonik. To wystarczyło, by pozyskać DNA, ustalić profil genetyczny i ostatecznie uzyskać jednoznaczny wynik badania. Jak widać, nowoczesna technologia, jaką posługują się współczesne laboratoria genetyczne, pozwala im wykonać pewne badanie ojcostwa nawet z najdziwniejszych próbek. Co więcej, takie badanie jest równie wiarygodne, jak z każdej innej próbki”.
– To bzdura – ucina prof. Dobosz. – Praca nad taką próbką przypomina wróżenie z fusów, więcej ma wspólnego z czarami. Co innego ludzkie dramaty, które się potem dzieją. One są jak najbardziej rzeczywiste.
Profesor Dobosz dobrze pamięta pewną historię. Robił analizę dla kobiety, która dla dobra dziecka chciała wziąć rozwód i wyjść za mężczyznę, którego uważała za jego ojca. Wyniki wskazały jednak na męża. – Kobieta przyszła do mnie i powiedziała, że jeżeli je ujawnię, zabije siebie i dziecko: „Nie będę miała nigdzie powrotu. Krew moja na pana rękach”, płakała – wspomina profesor. – Co miałem zrobić? Widziałem lodowato spokojną osobę z desperacją w oczach. Nie mogłem ryzykować, musiałem ratować życie. Udawałem więc, że badania nie zostały przeprowadzone, zwróciłem pieniądze. Całe laboratorium wykonało swoją pracę za darmo i na darmo, ale nie miałem wyjścia.
Od tamtej pory przed pobraniem materiału we wrocławskim laboratorium każdy czyta ostrzeżenie, że badania ujawnią obiektywną prawdę. Od momentu pobrania krwi sprawa ma bieg nieodwracalny, niezależnie od skutków. A następnie podpisuje oświadczenie, że przeczytał ten komunikat ze zrozumieniem.
Dyskretnie, całodobowo
Podobnych dramatów byłoby zdecydowanie mniej, gdyby istniało prawo normujące rynek badań. Bo dziś mamy do czynienia z sytuacją, w której klinik, instytutów, poradni czy centrów medycznych wykonujących komercyjne testy DNA przybywa. Równolegle przybywa chętnych, by się przetestować. Siebie i swoich (teoretycznie) bliskich. Ustalenie ojcostwa dla celów prywatnych przypomina Dziki Zachód. Zgodnie z zasadą: skoro nie ma zakazów, wszystko jest dozwolone. Prywatne laboratoria kuszą: całkowitą dyskrecją, ekspresowym tempem wykonywanych badań. Na jednej ze stron WWW ze zdjęcia uśmiecha się rodzina: kobieta, mężczyzna i dwoje kilkuletnich dzieci. Wszyscy pochylają się nad, jak można się domyślić, wynikami badań. Inna firma w internetowej zakładce „testy ojcostwa” zamieszcza fotografię panów czule tulących bobasy. Wszystko w białych rękawiczkach, sterylnie, bezkonfliktowo. Słowem: nierealnie.
Dowód z badań genetycznych jest dziś powszechnie akceptowany przez sądy. Standardowa procedura badania ojcostwa obejmuje laboratoryjną analizę DNA matki, dziecka oraz pozwanego (domniemanego ojca). Dla każdej z tych osób sporządza się profil genetyczny, a następnie dokonuje porównania profili oraz wnioskowania o ojcostwie na podstawie reguł dziedziczenia. Strony poddawane takiemu badaniu osobiście stawiają się w laboratorium w celu pobrania materiału biologicznego w postaci krwi lub wymazu ze śluzówki policzków. Weryfikowana jest ich tożsamość. Pobrania dokonuje personel, a strony podpisują protokół pobrania materiału do badań i stwierdzenia tożsamości, który jest standardowo dołączany do ekspertyzy. Tyle mówi teoria płynąca z prawniczych analiz tematu. – Samo dopuszczenie dowodu tak naprawdę nie jest największym problemem – mówi prof. Arkadiusz Lach z Katedry Postępowania Karnego, Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. I tłumaczy, że art. 393 par. 3 k.p.k. pozwala na dopuszczenie dowodu powstałego poza procesem karnym dla jego celów, w tym opinii prywatnej, w postępowaniu cywilnym opinia taka może być uznana za dowód z dokumentu. Problemem jest możliwość zobowiązania przez sąd do dostarczenia materiału biologicznego (np. w sprawie o zaprzeczenie ojcostwa) czy też dopuszczalność (prawna, etyczna) przeprowadzenia badań zleconych przez osoby prywatne, kiedy nie ma oświadczenia o zgodzie na wykorzystanie materiału biologicznego do badań.
W Polsce takie postępowanie budzi na razie rosnące wątpliwości etyczne. Inne europejskie kraje poszły dużo dalej, uznając je za przestępstwo. Tak jest np. w art. 45 angielskiej ustawy Human Tissue Act (przestępstwo popełnia osoba mająca jakikolwiek materiał z ciała ludzkiego z zamiarem przeprowadzenia testu DNA bez zgody w celu, który nie jest objęty jednym z wyjątków sformułowanych w ustawie). W 2009 r. również Niemcy wprowadziły ustawę zakazującą anonimowych testów ojcostwa. Przeprowadzenie badań jest możliwe tylko za zgodą obojga domniemanych rodziców z wyjątkiem sytuacji, kiedy ciąża jest wynikiem przestępstwa przeciwko wolności seksualnej. Naruszenie zakazu jest karane grzywną do 5 tys. euro.
Cicho, jeszcze ciszej
– Należałoby wprowadzić zasadę, że sąd nie ma prawa brać pod uwagę dowodu anonimowego. Jeśli ktoś chce robić korespondencyjne eksperymenty społeczne – jego sprawa. Ale wymiar sprawiedliwości powinien trzymać się od tego jak najdalej – ocenia prof. Tadeusz Dobosz.
Jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku istniała w Polsce zasada, że wszystkie badania dla organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości mają być przeprowadzane w instytucie naukowym. Dziś wystarczy się tak nazwać i tyle. Nie istnieje nawet definicja instytutu. A jak powinna brzmieć? – Jednostka z Radą Naukową, która ma prawo nadawania tytułu przynajmniej doktora, skupiająca ludzi z pozycją zawodową, doświadczeniem – proponuje prof. Dobosz. Opowiada, że na początku, w latach 90., wykonywaniem badań genetycznych zajmowali się wyłącznie specjaliści. Ale zapotrzebowanie szybko rosło. Krajowa Izba Diagnostów Laboratoryjnych wprowadziła wprawdzie specjalizację z tej dziedziny i każdy analityk pracujący dla sądu może ją zrobić. Ale tylko może, nie musi.
Do zrobienia badania wystarczą ojciec i dziecko – taki wniosek płynie z oferty prywatnego rynku. Tylko czy na pewno? – Czasem nie można wypowiedzieć się w sprawie ojcostwa bez matki. Wychodzą błędne wyniki, nijak mające się do rzeczywistości. Choćby takie, że np. stryj jest ojcem. Bywa i tak, dziecko ma po ojcu pospolite, często spotykane cechy. Wtedy, nie uwzględniając w badaniu kobiety, trudno zdecydowanie wskazać, kto jest tatą – mówi profesor. Tymczasem centra medyczne często lekceważą „zasadę trójki” (matka – ojciec – dziecko). A że w efekcie produkują analizy mniej dokładne, często niewiarygodne? – Cóż, a kogo to obchodzi, skoro nie ma żadnych konsekwencji? Ktoś się skarży, ktoś narzeka? Nie, bo ludzie, widząc napis „badania genetyczne”, ślepo wierzą pracownikom w białych kitlach.
Badanie bez zgody i wiedzy matki jest również łamaniem jej praw opiekuńczych. O tym mało kto jednak przypomina. A skoro tak, warto zastanowić się, ile jeszcze innych niewygodnych szczegółów jest zamiatanych pod dywan.
Prawda was (nie) wyzwoli
Krzysztof Korona jest psychologiem, psychoterapeutą, seksuologiem i ekspertem sądowym. Również on widzi pilną potrzebę konkretnych zapisów w prawie. – Przede wszystkim każde badanie powinno zostać poprzedzone nie tylko podpisaniem suchego oświadczenia, ale też obowiązkową psychologiczną konsultacją – mówi. Ale na tym nie koniec. Około 20 proc. dzieci cierpi w Polsce na zaburzenia lękowe. To stawia nas w niechlubnej europejskiej czołówce. Większość chorób psychicznych ma swoje podłoże w zaburzonych relacjach. – Pracowałem w klinice psychiatrii dzieci i młodzieży, również w swoim gabinecie konsultuję małych pacjentów. Dlatego nam, dorosłym, przypominam: nie ma większego dramatu w życiu człowieka niż ten, gdy odbiera mu się prawo do miłości – mówi. Nie ma cienia wątpliwości, że paragrafy powinny chronić najmłodszych. Bo dziecko, które rozgrywają między sobą rodzice, pada ofiarą przemocy psychicznej. Jest królikiem laboratoryjnym, na którym inni prowadzą swoje chore eksperymenty.
Krzysztof Korona przyznaje jednak, że w jego gabinecie chętnych do prowadzenia takich eksperymentów przybywa. I nie chodzi wcale o to, że jako społeczeństwo gorzej się prowadzimy, że kobiety zdradzają na potęgę. To kwestia oferty dostępnej na rynku, podanej w formie łatwej, prostej i przyjemnej. Niczym, za przeproszeniem, niskokaloryczny batonik.
Klientów napędzają „doniesienia” i „fakty” skrupulatnie wykorzystywane w marketingu. Choćby modne ostatnio hasło, że co 10. dziecko w rodzinie wychowywane jest nie przez swojego biologicznego ojca. – Najgorsze jest to, że nikt w Polsce, a nawet w całej Europie takich wiarygodnych badań nie prowadził. To czyjś wymysł – ocenia prof. Dobosz.
– Marketing najgorszego sortu – wtóruje Krzysztof Korona. Ostrzega, że bez względu na powód, dla którego zdecydujemy się zrobić test genetyczny, zawsze najbardziej traci dziecko. Wszystko jedno, ile ma lat: 3, 13 czy 23. Jego uczucia są wdeptywane w ziemię. – Dlatego jeśli przychodzi do mnie człowiek i pyta, czy zrobić badania, odpowiadam krótko: nie.
Pół biedy, jeśli decyzja jeszcze nie zapadła. Gdy jednak w gabinecie psychologa zjawia się mężczyzna z wynikami... – Wtedy widzę przed sobą ludzki wrak. Szukanie odpowiedzi na pytanie o miłość w materiale genetycznym jest psychologicznym absurdem. Na taką konfrontację mało kto jest przygotowany – ostrzega Krzysztof Korona. Bo trudno jest pracować z człowiekiem, który poznał prawdę. Ta prawda zalęgła się w nim jak wirus komputerowy. Komputer można zresetować, głowy nie.
Wierzchołek góry
Zdaniem prof. Dobosza pojawiła się nowa kategoria klientów – ojcowie desperaci, dla których pewność ma większą wartość niż koszty, jakiekolwiek by one były (w Zakładach Medycyny Sądowej wynoszą one od 600 zł do 1 tys. zł za badaną osobę).
Rynkowa cena ustalenia ojcostwa zależy m.in. od rodzaju testu (w ciąży, sądowy lub prywatny), liczby osób badanych, czasu oczekiwania na wynik.
Wyjściowo badanie do celów sądowych to ok. 1,8 tys. zł. Dla celów prywatnych cennik zaczyna się od 600 zł (chociaż w ofercie są również pakiety premium za ponad 2,5 tys. zł; obejmują m.in. opinię eksperta, ewentualne powtórne badanie). Rozbieżności wynikają z oferty laboratorium. Realizacja badania trwa zwykle kilkanaście dni, ale niektóre placówki oferują testy w trybie ekspresowym – na wynik czeka się tylko 24–48 godzin.
Jednak badania genetyczne na ustalenie ojcostwa to tak naprawdę wierzchołek góry lodowej. Zaniedbań i nieporozumień z nich wynikających jest dużo więcej. I to już na poziomie samej definicji. – Weźmy choćby kwestię tajemnicy genetycznej. Nawet prawnicy mają problem z odróżnieniem materiału biologicznego (np. wymazu z ust) od DNA. A badań od wyników. I jeszcze: wyników od ich interpretacji. Wszystko zostało wrzucone do jednego worka, wstrząśnięte i zmieszane. Dochodzi do sytuacji kuriozalnej: z jednej strony od ponad ćwierci wieku nie sposób doprosić się opublikowania zasad dotyczących miejsca, zakresu, cen i reguł badania DNA, a z drugiej uznano, że wszystkie etapy tego badania to dane wrażliwe – ocenia prof. Dobosz.
Prawo nie nadąża również za prywatnymi badaniami dowodów rzeczowych i diagnostyką laboratoryjną. A rynek kwitnie, pączkuje, rozrasta się. Ceny są tu jeszcze atrakcyjniejsze dla przeciętnych Kowalskich, zaczynają się od 199 zł. Firmy oferujące takie testy działają głównie przez internet. Wystarczy wejść na ich stronę, wybrać nurtujący nas problem (predyspozycje w kierunku chorób nowotworowych, zakrzepicy, chorób serca, poronień), kliknąć „dodaj do koszyka” i czekać na paczkę od kuriera. Są też oferty dla osób chcących zabawić się w domowego detektywa. „Podejrzewasz, że zdradza cię żona, przestałaś ufać mężowi” – pada pytanie. Dalej następuje szczegółowa instrukcja, jak zabezpieczyć majtki, rajstopy czy fragment pościeli, w co to spakować, na jaki adres wysłać. A potem? Wystarczy nieco cierpliwości i wszystko stanie się jasne. Czarno na białym. Tylko czy na pewno?
Kilka miesięcy temu w różnych częściach Europy dochodziło do brutalnych przestępstw. Zaangażowano olbrzymie policyjne siły. Dlatego, chociaż miejsca zdarzeń były od siebie oddalone, udało się wyizolować profil genetyczny jednego człowieka. Duch – tak go ochrzczono, bo pojawiał się i znikał. Nieuchwytny cel. Dopiero po jakimś czasie okazało się, że właścicielką profilu była osoba odpowiedzialna za zbieranie materiału genetycznego. Miała katar.
Profesor Tadeusz Dobosz dobrze pamięta pewną historię. Robił analizę dla kobiety, która dla dobra dziecka chciała wziąć rozwód i wyjść za mężczyznę, którego uważała za jego ojca. Wyniki wskazały jednak na męża. – Kobieta przyszła do mnie i powiedziała, że jeżeli je ujawnię, zabije siebie i dziecko: „Nie będę miała nigdzie powrotu. Krew moja na pana rękach”, płakała – wspomina
Klientów napędzają „doniesienia” i „fakty” skrupulatnie wykorzystywane w marketingu. Choćby modne ostatnio hasło, że co 10. dziecko w rodzinie wychowywane jest nie przez swojego biologicznego ojca