Odwróciliśmy się od rzek. Ostatnie barki na Odrze, która walczyła najdłużej, zniknęły w latach 80. Po rzekach pływali tylko zapaleńcy i dziwacy. Teraz zapadła decyzja, by je wskrzesić.
W ponury, zimny październikowy poniedziałek z warszawskiego Portu Czerniakowskiego wypłynęły cztery drewniane łodzie: trzy smukłe baty i dostojny galar. W drodze dołączały do nich kolejne jednostki. Po czterech dniach przez Czerwińsk, Płock i Włocławek wszystkie dotarły do Torunia. Był 15 października 2016 r.
Reklama
Dokładnie tego samego dnia, tylko 550 lat wcześniej, podpisano II pokój toruński, który zakończył 13-letnią wojnę z Zakonem Krzyżackim. Korona Polska odzyskała Pomorze Gdańskie, ziemię chełmińską, włączyła w swoje granice Warmię oraz Powiśle z Żuławami. To sprawiło, że odzyskała kontrolę nad całym biegiem rzeki, i umożliwiło wolny handel na Wiśle. Ten dzień uważa się za początek rozkwitu królowej polskich rzek. I całej Rzeczypospolitej.

Reklama
W dół, z nurtem rzeki, szły do Gdańska galary załadowane beczkami soli, mydłem, zbożem i drewnem. Szły samospławem, sterowane długimi, drewnianymi wiosłami. Łodzie te budowane były z taniego iglastego drewna, bo po dotarciu do ujścia Wisły sprzedawano je na opał, a flisacy wracali do domów lądem. Nie to co szkuty zrobione z twardego dębu, z rejowymi żaglami, które wracały w górę rzeki, by w następnym roku znów ruszyć w stronę morza. Albo krypy.
Portal Flis.info podaje, że w 1847 r. przez Królestwo Polskie spłynęło Wisłą samych tratw 2040, a galarów 1241, przewożąc „węgla kamiennego, cebuli, orzechów 61 400 korców, towarów kolonialnych 203 615 cetnarów, śledzi, syropu i terpentyny 98 141 beczek, klepek, bali, jaj 32 669 kop, drzewa, cegły 144 367 sztuk. (...) W 1893 r. pod Warszawą przepłynęło 12 196 statków. Z Królestwa do Prus wpłynęło 1713 statków”.
Niespełna 150 lat później Wisła ucichła, opustoszała. Odwróciliśmy się od rzek. Ostatnie barki na Odrze, która walczyła najdłużej, zniknęły w latach 80. Po rzekach pływali tylko zapaleńcy i dziwacy. Każde spotkanie na wodzie urastało do rangi wydarzenia. Rzeki zamarły.
Teraz zapadła decyzja, by je wskrzesić.
Czas planowania
Sprawa jest priorytetowa. W exposé premier Beata Szydło zapewniła, że rozwój żeglugi śródlądowej leży jej na sercu i że chce, by w Polsce było tak jak w krajach zachodniej Europy – na rzeki mają wrócić statki. W grudniu ubiegłego roku powołała Ministerstwo Gospodarski Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. W czerwcu resort ogłosił główne założenia rozwoju. Plan jest prosty: w ciągu 15 lat trzeba odbudować polskie odcinki trzech międzynarodowych szlaków wodnych. E30 ma połączyć Bałtyk z Dunajem, E40 – Bałtyk z Morzem Czarnym, a E70 – Bałtyk z Atlantykiem. Dyrektor departamentu żeglugi śródlądowej Przemysław Daca jest przekonany, że choć cele są ambitne, da się je zrealizować. Bo nie tylko rząd jest zdeterminowany. Zwolenników wskrzeszenia rzek jest więcej.
Samorządy nadwiślańskich województw już od dziesięciu lat współpracują ze sobą, by doprowadzić do gospodarczego wykorzystania rzeki. O potencjale drzemiącym w nurtach Odry przekonane są wszystkie nadodrzańskie regiony – ich samorządy podjęły już niezbędne uchwały, by ułatwić rozwój Odrzańskiej Drogi Wodnej. – Projekty udrożnienia Wisły od Warszawy do ujścia oraz fragmentu Odrzańskiej Drogi Wodnej od Kędzierzyna do granicy z Czechami i Kanału Śląskiego łączącego górną Wisłę z Odrą są w fazie opracowywania dla nich studium wykonalności – wyjaśnia Przemysław Daca. I zapewnia, że prace rozpoczną się bez zbędnej zwłoki. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Szczecin z Wrocławiem Odra połączy już za cztery lata.
Ale najbliższy rok będzie należał do Wisły.
Czas drewniaków
Wiślane baty i galar przypłynęły z Warszawy do Torunia nie tylko z powodu 550. rocznicy zawarcia historycznego pokoju. Również po to, by zainaugurować wydarzenie, jakiego jeszcze w Polsce nie było: rok 2017 został ustanowiony przez Sejm Rokiem Rzeki Wisły. – Chcemy walczyć z wiślanym analfabetyzmem. Zbyt długo jako naród nie byliśmy z Wisłą i zapomnieliśmy o niej – powiedział w Toruniu Robert Jankowski, sekretarz generalny Społecznego Komitetu Obchodów Roku Rzeki Wisły 2017. Jak mało kto wie, o czym mówi. Obserwuje rzekę od lat. To właśnie on, wraz z grupą wiślanych społeczników, przekonał posłów, by po raz pierwszy bohaterem roku nie była wybitna postać kultury czy nauki, lecz rzeka. Wprawdzie królowa, ale jednak rzeka.
Zaczęło się parę lat temu, gdy kilku zapaleńców odkryło urok pychówek – starych drewnianych łodzi. Odszukali szkutników, którzy nie zapomnieli jeszcze sztuki budowania wiślanych batów, lejtaków, półlejtów, olenderek. Zamówili pierwsze łodzie, miłością do nich zarazili innych. Pustawy Port Czerniakowski ożył. Ożyły też nadwiślane miejscowości. Festiwal flisacki w podwarszawskich Gassach ściąga co roku kilka tysięcy ludzi, tak samo jak Zielone Świątki na Urzeczu. W pielgrzymce rzecznej św. Zygmunta z Konstancina-Jeziorny do Płocka, gdzie spoczywają relikwie świętego, płynie z roku na rok coraz więcej łodzi. Nad Wisłą wyrosły kolejne knajpki, rzeka już nie odpycha, przestała być obojętna. Zaczęła przyciągać.
Inauguracja Roku Rzeki Wisły odbyła się w tym samym miejscu, w którym 550 lat temu zawarto pokój – na toruńskim Dworze Artusa. Ale najciekawiej, najbardziej widowiskowo było na wodzie, gdzie odegrano inscenizację podpisania pokojowego traktatu. Poprzedził ją atak opłaconych przez Krzyżaków piratów na łodzie wiozące towary polskich kupców. Atak odparto, pokój podpisano, wielki mistrz Ludwig von Erlichshausen padł na kolana, zabrzmiały toruńskie dzwony. W tym Tuba Dei, drugi co do wielkości dzwon w Polsce, używany tylko przy wyjątkowych okazjach. Ta właśnie taka była.
Plany na przyszły rok są bogate. Biegi, spływy, wystawy, konferencje. Wzdłuż całej Wisły, od jej źródeł po ujście. Najważniejsze wydarzenie, Festiwal Wisły, wzorowany na Festiwalu Loary, największej flisackiej imprezie w Europie, obejmie odcinek od Włocławka przez Nieszawę i Ciechocinek aż do Torunia.
Czas oswajania
Przemysław Daca docenia inicjatywy oddolne. Zwłaszcza takie, które promują gospodarcze i turystyczne walory rzek. Zapewnia, że ministerstwo stara się takie inicjatywy wspierać, ale skupia się na zadaniach własnych. Jest ich niemało.
Po latach zaniedbań drogi wodne są w fatalnym stanie. Dawniej rzeki regulowane były przez ostrogi i tamy. To one utrzymywały główny nurt w ryzach. Przepływające statki mieliły piasek, wypłukiwały go, utrzymując stałą głębokość koryta. Dziś zaniedbane ostrogi niczego już w ryzach nie trzymają. Piasek miele rzeka, przenosi go, gdzie chce, i sama płynie, jak jej się podoba. Gdzie wczoraj było głęboko, dziś jest płytko. I odwrotnie. Na takiej rzece nie można być niczego pewnym. Ale ma to swoje dobre strony. Wisła została okrzyknięta największą dziką rzeką w samym sercu Europy. Łachy piachu, wyspy i wysepki, ostoje dla ptaków i bobrów. Do tego cisza i spokój. Wystarczy półgodzinny rejs w dół rzeki, by wyrwać się ze spalin i hałasu Warszawy i znaleźć w innym świecie. Nie sposób się nie zachwycić.
Co się z tym stanie, gdy Wisła zostanie oswojona?
– Ta rzeka nie jest dzika, jeśli już to najwyżej zdziczała, wystarczy tylko odbudować to, co zostało przez czas i wodę zniszczone – przekonuje Daca.
Nie wszyscy dają się przekonać. Dr Barbara Pietrzak, adiunkt w Zakładzie Hydrobiologii Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, porównuje Wisłę do Puszczy Białowieskiej. Ewenement na skalę europejską. Zgadza się, że nie jest całkiem naturalna, ale nigdy też nie była rzeką w pełni uregulowaną. Jeśli pływały po niej statki, to lekkie, o małym zanurzeniu. Plany, które ma ministerstwo, zakładają, że na rzekach pojawią się potężne jednostki: do 85 m długości i zanurzeniu do 4,5 m. – To wymaga przekształceń, które wszystko zmienią – twierdzi Pietrzak. – Nie tylko samą rzekę, ale również tereny do niej przyległe. Wpłynie to na zdolność samooczyszczania się wód i klimat dolin rzecznych. Koszty środowiskowe będą ogromne.
Przemysław Daca, który z wykształcenia jest ekologiem, zapewnia, że dobro przyrody leży mu na sercu. Trzeba jednak pamiętać, że każdy rozwój powinien być zrównoważony. A to oznacza, że przyroda i turystyka to tylko jeden z jego aspektów.
Czas inwestowania
Już trzy lata temu „Gazeta Lubuska” doniosła, że firma holenderska chce wybudować w Uradzie port rzeczny. Urad leży w gminie Cybinka, 10 km od przejścia granicznego w Świecku. – Ma to być port kontenerowy o charakterze transgranicznym, który będzie przyjmował i wysyłał Szprewą i Nysą towary m.in. do Niemiec. Ożywimy dzięki temu Odrę pod względem gospodarczym, wykorzystując 5 tys. km kanałów po stronie niemieckiej i możliwość wpłynięcia do portu w Uradzie z portu w Eisenhuettenstadt – mówił wtedy Tomasz Ciszewicz, burmistrz Słubic.
Taki port daje duże możliwości, zwłaszcza że porty rzeczne, podobnie jak tamy i ostrogi, niemal zniknęły. Jak ten w Kozienicach, po którym zostały tylko baseny portowe, albo w Kędzierzynie-Koźlu. Choć w tym ostatnim już znaleźli się chętni, by przywrócić go do życia. Tak samo w Solcu Kujawskim. – Jest ogromna wola, by do Azotów i elektrociepłowni opolskiej dostarczać węgiel drogą wodną – tłumaczy Przemysław Daca. – Firmy podpisały już listy intencyjne, więc być może już niedługo ruszy rzeczny transport z Gliwic do Opola.
Przyznaje, że ministerstwo chce na udrożnienie tego odcinka Odry przeznaczyć szybko co najmniej miliard złotych. – Ta inwestycja może być czymś w rodzaju katalizatora – przekonuje i nie przejmuje się tym, że transport wodny budzi mieszane uczucia. Głównie ze względu na finansowe nakłady. Są eksperci, którzy przekonują, że gdyby te miliardy przeznaczyć na drogi i infrastrukturę kolejową, byłaby z tego większa korzyść. Ale ministerstwo wie swoje. – Transport rzeczny jest tańszy i bardziej ekologiczny – zapewnia Daca. – A poza tym, nawet gdybyśmy z jakiegoś powodu nie chcieli transportować towarów rzekami, od ich regulacji nie uciekniemy.
Czas ratowania
Żyjemy w czasach, gdy z jednej strony nawiedzają nas katastrofalne powodzie, przed którymi nie potrafimy się obronić. Z drugiej – cierpimy na permanentny niedobór wody. Nie potrafimy jej gromadzić i umiejętnie z niej korzystać. Jedyny sposób, by ją na rzece zatrzymać, to kaskadyzacja, budowanie kolejnych stopni spiętrzania wody. Bez nich dłużej się nie da, tłumaczy ministerstwo.
W ubiegłym roku olbrzymie emocje wzbudziła budowa progu na Wiśle w okolicach Kozienic. Przedstawiciele elektrowni tłumaczyli, że muszą wbić faliste blachy w dno rzeki, bo z powodu niskiego stanu wody są problemy z chłodzeniem bloków energetycznych. Stowarzyszenia związane z Wisłą zareagowały nerwowo. Bo to z jednej strony fragment najpiękniejszego i bardzo popularnego wśród wodniaków odcinka Wisły, z drugiej – zagrożenie dla przywróconej niedawno z takim trudem migracji troci i łososi.
Zapewnienia, że to budowa tymczasowa, nikogo nie uspokoiły. Wiadomo, prowizorki są najtrwalsze. Najlepszym przykładem jest tama pod Włocławkiem. Zgodnie z planem zapora miała pracować 15 lat, potem rolę regulatora rzeki miały przejąć kolejne stopnie wodne. Miało ich być siedem. Do dziś nie powstał żaden z nich.
Na stronie Stowarzyszenia Inspektorów Ochrony Radiologicznej można znaleźć dramatyczny opis: „Blisko 40 lat zmagania się zapory włocławskiej z naporem mas wodnych doprowadziło do erozji dna Wisły poniżej zapory i miało wpływ na obniżenie poziomu wody o około 4 metry. W sytuacji, gdy spad wodny pogłębił się z 11 metrów do 15 metrów wzmógł się nacisk na całą osłabioną już znacznie konstrukcję zapory, co zwiększa możliwość awarii praktycznie w każdej chwili. Wariant taki przybliża wypłukiwanie olbrzymich ilości osadów nagromadzonych przez te lata na dnie zbiornika. Według szacunkowych obliczeń na osad ten składa się m.in. 190 ton kadmu, 7600 ton chromu, 4200 ton miedzi, 46 ton rtęci, 2100 ton niklu, 2200 ton ołowiu, 15 000 ton cynku, 51 ton węglowodorów aromatycznych, 36 600 ton olejów mineralnych. Gdyby doszło do katastrofy, osady te mogłyby trafić na tereny zalewowe, a nawet zagrozić Zatoce Gdańskiej”.
Z tego samego powodu – obniżenia dna rzeki i cofnięcia się wód gruntowych – wysycha Puszcza Niepołomicka. Więc nie ma wyboru, uważa ministerstwo, kaskadyzacja jest niezbędna. Dlatego w planach rozwoju dróg wodnych za jedną z najważniejszych inwestycji uznano dokończenie budowy stopnia wodnego w Malczycach oraz budowę stopni w Ścinawie i Lubiążu.
Czas pieniędzy
Najlepszym zabezpieczeniem przeciwpowodziowym jest pozostawienie rzeki w jej naturalnym stanie. Koryto z terenami zalewowymi sprawdzają się najlepiej. Każda budowla hydrotechniczna, która służy zabezpieczeniu energetycznemu, zwiększa zagrożenie powodziowe. – Na rzece nizinnej pogodzenie tych dwóch celów jest niemożliwe – twierdzi dr Pietrzak, która cały plan uważa za chybiony również z powodów ekonomicznych.
Ministerstwo wyliczyło, że realizacja projektu udrożnienia dróg wodnych pochłonie ok. 60 mld zł. Zakłada się, że pieniądze trzeba będzie pozyskać z kilkunastu źródeł. Część wydatków pokryją środki z Unii Europejskiej, część da Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, Europejski Bank Inwestycyjny albo Europejski Fundusz na rzecz Inwestycji Strategicznych, zwany potocznie Planem Junckera (właśnie do tego planu ministerstwo chce włączyć budowę stopnia wodnego pod Włocławkiem). Ministerstwo liczy także na finansowe zaangażowanie samorządów i firm energetycznych, które wykorzystując budowane stopnie wodne, mogłyby inwestować w elektrownie. – Niewykluczone, że na wzór funduszu kolejowego czy drogowego powstanie Fundusz Śródlądowych Dróg Wodnych. Pracujemy nad tym – mówi Przemysław Daca.
„Apelujemy, by oceny opłacalności planowanych przedsięwzięć hydrotechnicznych uwzględniały każdorazowo koszty środowiskowe, w tym analizę kluczowych dla społeczeństwa usług ekosystemowych. Według naszej oceny, uwzględnienie tych kosztów w warunkach polskich zasadniczo nie pozwala na uznanie transportu wodnego za transport opłacalny. Jednocześnie, skala spodziewanych zmian w hydromorfologii i różnorodności biologicznej nie pozwala uznać go za transport przyjazny środowisku” (z listu otwartego uczestników IV Międzynarodowego Kongresu Morskiego w Szczecinie, czerwiec 2016).
Czas nadziei
Rok temu Wisła była honorowym gościem festiwalu flisaków we francuskim Orleanie. Polacy, którzy tam pojechali, wrócili zachwyceni. Nie tyle rozmachem imprezy, co podejściem do Loary. Francuzi, tak jak oni, też zaczynali od kilku łódek. Z czasem coraz bardziej zwracali się w stronę rzeki, przeznaczyli pieniądze na jej rozwój, zbudowali wokół niej programy i poczucie tożsamości.
Teraz Francuzi z Orleanu przyjechali do Torunia. Też byli zachwyceni: Wisłą, inscenizacją, gościnnością. Zapowiedzieli, że przyjadą za rok ze swoimi łódkami.
W Toruniu mogli usłyszeć słowa prezydenta Andrzeja Dudy, który z okazji inauguracji Roku Rzeki Wisły przysłał list. Napisał w nim o swoim przekonaniu, że przywrócenie gospodarczego znaczenia Wisły i inwestycje w żeglugę śródlądową przyczynią się do zdynamizowania naszej gospodarki. I zapewnił, że ludzie, którym zależy na rozwoju rzek, mają w nim sojusznika.
To też im się spodobało. Bo kiedy płynęli do Torunia, ze zdumieniem stwierdzili, że Wisła nie jest oznakowana – po drodze zauważyli ledwie kilka boi. A bez boi i tyczek pływanie nie jest łatwe. Więc może za rok będzie lepiej.
Plany, które ma ministerstwo, zakładają, że na rzekach pojawią się potężne jednostki: do 85 m długości i zanurzeniu do 4,5 m. – To zmieni nie tylko samą rzekę, lecz też tereny do niej przyległe. Wpłynie to na zdolność samooczyszczania się wód i klimat dolin rzecznych. Koszty środowiskowe będą ogromne – przekonuje Barbara Pietrzak z Uniwersytetu Warszawskiego.

Kup w kiosku lub w wersji cyfrowej