Sezon w branży autokarowej trwa od kwietnia do października. Problem w tym, że tegoroczny okazał się wyjątkowo niekorzystny dla sektora. Najpierw było zamrożenie gospodarki. Potem zostały wprowadzone ograniczenia w podróżowaniu, co spowodowało zastój w turystyce, z którą firmy autokarowe są mocno powiązane.
Reklama
– Nie było zleceń na przewóz pasażerów zarówno z polski, jak i zagranicy. Szczególnie ważny jest zagraniczny rynek, który polskie firmy zdominowały – tłumaczy Rafał Jańczuk, prezes spółki Raftrans, która w związku z tym wypracowała obrót na poziomie 3 proc. ubiegłorocznego.
– Z ponad 200 autokarów, które posiadam, wyrejestrowałem ponad 100. I choć skorzystałem z rządowego wsparcia, to nie udało mi się utrzymać pełnego składu pracowników. Nie zwalniam ich. Sami odchodzą. Z 300 kierowców mam już tylko 200 – dodaje Rafał Jańczuk.
Firma Alfa straciła natomiast już wszystkich kierowców.
– Odeszli do innych branż, nie widząc dla siebie perspektyw. Moi kontrahenci z zagranicy już w trakcie sezonu letniego poinformowali, że najwcześniej skorzystają z moich usług w 2021 r. Moje autokary zalegają więc na parkingu. Gdy mam zlecenie, sama wsiadam za kółko – mówi Gertruda Gellert, właścicielka Alfa.
Polskie Stowarzyszenie Przewoźników Autokarowych szacuje, że w trudnej sytuacji finansowej jest nawet połowa z ponad 3 tys. działających na rynku firm.
– Przez to, że jesteśmy małą firmą i działamy tylko na rzecz krajowych biur podróży, byliśmy w stanie wyjść w sezonie letnim na zero. Nie udało się jednak odrobić strat powstałych na skutek zamknięcia gospodarki – mówi właścicielka warszawskiej firmy wynajmującej busy, działająca od 1993 r. na rynku.
Firmy przyznają, że można zająć się dowozem pracowników do fabryk, obsługą wycieczek szkolnych czy wesel. Jednak takich zleceń również nie jest dużo. Do tego korzystają z nich raczej małe lokalne firmy, które godzą się na niskie stawki, jakie teraz obowiązują na rynku.
Polskie Stowarzyszenie Przewoźników Autokarowych podsumowuje, że firmy w tym sezonie letnim wykonały średnio 5 proc. z zaplanowanych przewozów.
– W najgorszej sytuacji są najwięksi gracze, którzy zaciągnęli kredyty i leasingi, by móc budować swoją pozycję w Europie. Teraz, gdy rynek się załamał, mają problem ze spłatą zobowiązań. Szczególnie że pomoc z tarczy się skończyła. Minął też okres sześciomiesięcznej karencji w spłacie zobowiązań przyznanej przez leasingodawców i kredytodawców. Są już pierwsze windykacje należności – mówi Rafał Jańczuk.
Branża prosi rząd o wsparcie, które pozwoli jej przetrwać do maja przyszłego roku, czyli do następnego tzw. sezonu. List został już wysłany do prezydenta, premiera, resortu infrastruktury, finansów i pracy.
Najważniejsze postulaty to zwolnienie do kwietnia 2021 r. z obowiązku opłacania składek na ubezpieczenie zdrowotne, społeczne, Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych lub Fundusz Emerytur Pomostowych oraz wprowadzenie dopłat do wynagrodzeń pracowników. Poza tym PSPA oczekuje wprowadzenia dopłat do posiadanego taboru uzależnionych od liczby posiadanych pojazdów, umorzenia należności z tytułu podatku od środków transportowych za okres od 14 marca 2020r. do kwietnia 2021 r., umorzenia 100 proc. subwencji przyznanej z Polskiego Funduszu Rozwoju, w przypadku gdy firma ma spadek przychodów o 75 proc. rok do roku oraz przyjęcia rozwiązań pozwalających na dalsze odroczenie spłat rat leasingowych i kredytowych.
PSPA rozważa protest ogólnopolski, jeśli rząd nie zdecyduje się jej pomóc.