Punktem zapalnym między KBW a samorządami są od kilku tygodni porozumienia wyborcze. A dokładnie to, że trzeba w nich określić współpracę gmin z urzędnikami wyborczymi. Jedni i drudzy chcieliby wiedzieć np., gdzie urzędnicy będą pracować, w którym pokoju siedzieć, z kim współpracować, z jakich dokumentów korzystać, jakiego telefonu używać oraz czy, kiedy i jakim samochodem służbowym jeździć.

To i tak w dużym skrócie, bo w przepychance z KBW samorządy uwiera tak naprawdę to, że urzędnicy wyborczy to nie ich ludzie. Dlatego do porozumień wyborczych podchodzą jak do jeża. A ponieważ porozumienia nie są obowiązkowe, to część JST uznało, że nie musi ich podpisywać. I tyle. Może to sprawiać wrażenie negatywnego nastawienia do tegorocznych wyborów – organizowanych w końcu na nowych zasadach. Niejedna osoba cieszyłaby się pewnie z tego, gdybyśmy mieli chaos. Ale czy tak będzie, czy brak porozumień wpłynie na wybory? Raczej nie.

Szefowa KBW Magdalena Pietrzak już na ostatnim posiedzeniu Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu tłumaczyła, że JST nie do końca właściwie interpretują przepisy. A dziś w wywiadzie dla nas podkreśla jeszcze mocniej, że porozumienia wcale nie są kluczowe.