- Wiele małych gmin jest zakładnikami polityki wiecznego utrzymywania cen za wodę na tym samym poziomie. Efekt jest taki, że co trzecie przedsiębiorstwo wodno-kanalizacyjne w małych miejscowościach kończy rok ze stratą. Trudno modernizować infrastrukturę, gdy budżet wiecznie świeci pustkami - mówi w wywiadzie dla DGP Dorota Jakuta, prezes Izby Gospodarczej "Wodociągi Polskie".
W swoim najnowszym raporcie Najwyższa Izba Kontroli nie zostawiła suchej nitki na wodociągach w małych miejscowościach. Wymienia wiele nieprawidłowości: zużyta infrastruktura, brak nadzoru nad cenami wody, awarie, woda niespełniająca norm. A wspólnym mianownikiem tych zjawisk jest, zdaniem NIK, brak pieniędzy. Czy rzeczywiście z wodociągami na wsiach jest tak źle?
Sytuacja w najmniejszych wodociągach jest trudna, ale nie można odnosić wyników tego raportu do całości branży wodociągowo-kanalizacyjnej w Polsce. Nie zgadzam się z diagnozą, by wymienione nieprawidłowości były normą. NIK słusznie zauważył, że źródłem problemów w najmniejszych gminach jest niedofinansowanie. Prawie co trzecie małe przedsiębiorstwo wodno-kanalizacyjne poniosło w ostatnich trzech latach straty. Nie jest to jednak zjawisko typowo polskie. Dysproporcja między wodociągami miejskimi a wsią jest widoczna w całej Europie. Dlatego też Komisja Europejska oraz OECD podjęły ostatnio bardzo szerokie badania potrzeb inwestycyjnych sektora wod-kan w wybranych krajach. Koszt pełnej realizacji zapisów dyrektywy w sprawie jakości wody (98/83/WE) szacują na 2,8 mld euro do 2030 r. Zdecydowana większość tej kwoty to koszty inwestycyjne i będą z niej mogły skorzystać właśnie małe ośrodki i wsie.
Dorota Jakuta, prezes Izby Gospodarczej "Wodociągi Polskie" / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Rozumiem, że wsparcie – przynajmniej z unijnej kiesy – wkrótce popłynie do najmniejszych szerszym strumieniem. Ale może takie fundusze tylko doraźnie rozwiążą problem, bo niedofinansowanie, z którym zmagają się małe gminy, wynika z błędu systemowego, a nie chwilowej złej koniunktury?

Reklama
Oczywiście problem jest bardziej złożony i samo zasypanie małych wodociągów pieniędzmi niekoniecznie poprawi sytuację. Zwróćmy chociażby uwagę na to, że gminy wiejskie mają słabszy wskaźnik wykorzystania grantów krajowych i unijnych. Mniejszym jednostkom jest trudniej spełnić wszystkie wymogi formalne i np. przygotować odpowiedni wniosek o wsparcie. Nie to jest jednak największą przeszkodą. Problemem jest bowiem przede wszystkim to, że ceny za wodę i ścieki w tego typu przedsiębiorstwach są zbyt niskie. Prowadzi to do błędnego koła. Gminy, w obawie o budżety domowe mieszkańców, nie podnoszą taryf. To powoduje niedofinansowanie infrastruktury i spadek jakości usług. Niestety, obawa przed podnoszeniem taryfy potęguje ten problem, a ze względu na starzejącą się infrastrukturę potrzeby inwestycyjne tylko rosną. Natomiast każda obniżka powoduje pogłębienie złej sytuacji finansowej wodociągów, co nie sprzyja kosztownym procesom naprawczym. Rozwiązaniem byłoby podniesienie taryfy lub znalezienie innych źródeł takich jak dotacje czy chociażby pożyczki preferencyjne. Pomoc finansowa powinna w tym przypadku wyjść od właściciela, czyli najczęściej od gminy, gdyż jest to jej zadanie własne. Niestety, zarówno środki UE, jak i krajowe nie są kierowane na zaopatrzenie w wodę, ale na oczyszczanie ścieków. Być może należałoby stworzyć fundusz wsparcia wiejskich inwestycji wodociągowych.
NIK podkreśla jednak, że przy ustalaniu stawek za wodę zawiódł nadzór gmin i wojewodów. W skrócie: nikt dokładnie nie sprawdzał kosztów spółek komunalnych i nie ingerował w ich obliczenia na potrzeby ustalenia taryfy. Czy rzeczywiście nadzór samorządów tak zawiódł?
Izba Gospodarcza „Wodociągi Polskie” nie podziela tej opinii. Naszym zdaniem nadzór samorządów nad przedsiębiorstwami wodociągowo-kanalizacyjnymi był zasadniczo prawidłowy. Nie oznacza to oczywiście, że nie można tego systemu udoskonalić. Obecnie sytuacja administracyjna jest jednak dużo bardziej skomplikowana niż w okresie kontrolowanym przez NIK. Przede wszystkim pojawił się rządowy regulator rynku wodno-kanalizacyjnego, czyli Wody Polskie. Sama izba wielokrotnie wskazywała, że powołanie organu regulacyjnego mogłoby pomóc. Rzecz w tym, że obecna sytuacja jest dość specyficzna, bo z jednej strony zbiorowe zaopatrzenie w wodę i odprowadzanie ścieków nadal jest zadaniem własnym gminy, a z drugiej – realną i kluczową władzę m.in. w kwestii taryf wykonuje organ regulacyjny. Gmina praktycznie została pozbawiona podstawowych instrumentów wpływu na przedsiębiorstwo wodociągowo-kanalizacyjne, które wykonuje – jakby nie patrzeć – jej zadanie własne.
A jak wygląda sytuacja z pracownikami? Czy częścią problemu nie jest też to, że w mniejszych miejscowościach zwyczajnie brakuje ludzi, którzy byliby w stanie zoptymalizować działalność przedsiębiorstw wodno-kanalizacyjnych?
W tej kwestii również rozbijamy się o finanse. Problem w tym, że wysoko wykwalifikowanego specjalisty z inżynierii wodnej czy prawa nie pozyska się, proponując stawki wynagrodzenia na poziomie najniższej pensji krajowej. Oczywiście rozwiązaniem jest współpraca międzygminna, ale często nie ma woli lub motywacji do zawiązywania porozumień lub związków międzygminnych. Może zachętą byłoby wprowadzenie bodźców materialnych, na zasadzie – dostaniecie pieniądze z funduszy ekologicznych, jeżeli przeprowadzicie konsolidację sieci, ujęć wody i oczyszczalni z kilku gmin i jeszcze je zoptymalizujecie? Może warto byłoby rozważyć taki mechanizm.
NIK zwraca jednak uwagę, że skontrolowane samorządy rzadko się konsolidowały i np. tworzyły tzw. grupy zakupowe, by wspólnie negocjować lepsze ceny np. za energię. Co stoi na przeszkodzie, że takie inicjatywy nie są powszechne?
Mamy wiele przykładów konsolidacji firm. Ale pamiętajmy, że taka współpraca może odbywać się tylko w obszarach o silnych związkach aglomeracyjnych i w spójnych obszarach zlewniowych. Mowa tu np. o sytuacjach, gdy jest jeden wspólny grawitacyjny system kanalizacyjny o zasięgu ponadgminnym albo jedna oczyszczalnia ścieków czy stacja uzdatniania wody dla wielu gmin. Konsolidacja nie może być bowiem zabiegiem tylko administracyjnym, ale musi uwzględniać też aktualne warunki techniczne, geograficzne, ekonomiczne i organizacyjne. Kolejność tych warunków nie jest tutaj przypadkowa. A odnośnie do grup zakupowych trudno z całą pewnością stwierdzić, że zastosowanie takiego mechanizmu zaowocuje niższą stawką za energię elektryczną. Koszty zaopatrzenia w energię stanowią niewielki procent (ok. 9 proc.) działalności przedsiębiorstw wod-kan w Polsce. Oszczędności związane z zakupem energii poprzez udział w grupie kapitałowej mogą być zatem na poziomie ułamka procenta ogólnych kosztów funkcjonowania spółki. Tym bardziej że im mniejsze wolumeny zakupu energii (a tak jest w przypadku małych przedsiębiorstw), tym mniejsze relatywne oszczędności na wykorzystaniu tej formy organizacji przedsiębiorstw. Nie można więc czynić zarzutu, że gminy czy też przedsiębiorstwa wodociągowo-kanalizacyjne przez brak uczestnictwa w grupach zakupowych pozwalały na zawyżanie swoich kosztów, a docelowo cen za wodę i ścieki.
A jak to jest z jakością wody? Bo z raportu wyłonił się obraz dość niekorzystny: przekroczone normy ołowiu, manganu, bakterie coli.
Zwróćmy tylko uwagę, że raport NIK ograniczony jest jedynie do 12 przedsiębiorstw. Tymczasem podstawowym źródłem wiedzy na temat całokształtu oceny jakości wody w Polsce jest minister zdrowia, a w jego imieniu zadanie to wykonuje główny inspektor sanitarny. I jego dane są odmienne. W corocznym raporcie o stanie sanitarnym kraju GIS wykazał na podstawie kontroli ponad 8472 wodociągów (99,7 proc. wszystkich wodociągów w Polsce – red.), że ok. 99 proc. ludności miało dostęp do wody pochodzącej z zaopatrzenia zbiorowego o jakości zgodnej z wymaganiami określonymi w stosownym rozporządzeniu ministra zdrowia. Wyniki te mówią same za siebie, a pominięcie tej wszechstronnej oceny w raporcie NIK stanowi bardzo poważne uchybienie formalne, wprowadzające w błąd osoby się z nim zapoznające.