To drugie opracowanie Najwyższej Izby Kontroli, które obnaża nieprawidłowości w spółkach wodociągowo-kanalizacyjnych. Z krytyczną oceną spotkały się już zakłady komunalne w małych miejscowościach, które są zazwyczaj niedofinansowane i źle zarządzane. Takie nieprawidłowości rzutują zaś na ceny i jakość wody, która trafia do mieszkańców.

Jak się okazuje, z podobnymi problemami borykają się również wodociągi w większych miastach, które – w przeciwieństwie do gmin wiejskich – zazwyczaj już nie narzekają na brak funduszy m.in. na remonty i modernizacje sieci.

Niestety, najnowsze ustalenia NIK, która wzięła pod lupę gospodarkę wodno-ściekową w 12 miastach (kontrola dotyczyła lat 2015 – I kwartał 2017), nie pozostawiają złudzeń: również w dużych aglomeracjach nadzór nad wodą i stan infrastruktury pozostawiają wiele do życzenia.

Awaria goni awarię

Świadczy o tym już sama liczba awarii, które w wielu miastach są na porządku dziennym, bo problemów z dostawą wody mamy – według wyliczeń Izby – ponad 100 tys. rocznie. „Woda w kranach ma często niedostateczną jakość i ciśnienie, dostarczana jest z przerwami i w niewystarczającej ilości” – czytamy w raporcie NIK, do którego dotarł DGP.

Dyskomfort mieszkańców po odkręceniu kurka to jedno. Gorzej, że awarie urządzeń powodują też wzrost jednostkowych kosztów dostarczanej wody. A te – w ocenie NIK – i tak często są już za wysokie, zważywszy na to, jak niski jest poziom usług świadczonych przez spółki komunalne.

Przykład takich zaniedbań widać było m.in. w działaniach podejmowanych po wykryciu i usunięciu usterek. Chociaż wszystkie spółki przepłukały naprawiony odcinek sieci, to tylko cztery z nich go zdezynfekowały. Tyle samo spółek nie pofatygowało się też, by zbadać później jakość wody. A to poważne niedopatrzenie, które naraziło mieszkańców na korzystanie z wody niespełniającej wymagań.

Sieć dziurawa od 50 lat

Co w takim razie zawodzi najbardziej? W ocenie NIK główną przyczyną patologii jest przestarzała infrastruktura wodociągowa. W wielu miastach ponad połowa działającej sieci wysłużyła bowiem ponad 50 lat. Z kolei prawie drugie tyle rur (45 proc.) mieści się w przedziale wiekowym od 25 do 50 lat.

Nie należy mieć też złudzeń, że szybko się to zmieni. Przy obecnym tempie wymiany infrastruktury, które jest szacowane na niecały 1 proc. długości sieci rocznie, na pełne odnowienie naszych wodociągów będziemy musieli poczekać ponad 100 lat.

Problemem są przede wszystkim nieszczelne przewody, które generują duże straty. W skrajnych przypadkach sięgały one ponad 21 proc. W sumie w skontrolowanych spółkach wyniosły ponad 10 mln m. sześc. W praktyce oznacza to, że za wydobycie tak dużych ilości miejskie spółki zapłaciły, ale już nie dostały ani grosza, bo woda nigdy nie dotarła do końcowego odbiorcy.

Zdaniem ekspertów z branży taka nieefektywność prowadzi do patowej sytuacji. Straty spowodowane niewydolną infrastrukturą obniżają bowiem dochody przedsiębiorstw, które mają potem mniej pieniędzy i muszą ograniczać inwestycje, w tym te związane z odnawianiem istniejących sieci i urządzeń.

Nadzór po macoszemu

Szkopuł w tym, że średnio co trzecie miasto nie miało w ogóle informacji o poziomie strat wody. Z kolei taki brak danych utrudniał m.in. podejmowanie decyzji o celowości modernizacji sieci.

To właśnie brak kontroli nad działalnością podległych spółek NIK wymienia jako kolejny z grzechów, który samorządy mają na sumieniu. Spośród 12 miast tylko w dwóch włodarze skorzystali z prawa do kontroli miejskiego przedsiębiorstwa.

Co więcej, w co trzecim samorządzie nie powierzono żadnych zadań związanych ze zbiorowym zaopatrzeniem w wodę nawet jednemu pracownikowi urzędu. A w takiej sytuacji, jak ocenia NIK, o odpowiednim nadzorze nad realizacją celów i zadań spółek komunalnych nie mogło być w ogóle mowy.

Efekt? Ponad 40 proc. urzędów nie miało informacji o terminie rozpoczęcia inwestycji, o stanie ich realizacji i o wysokości poniesionych na ten cel nakładów.

Tymczasem, jak przekonuje NIK, łatwo można było ograniczyć straty, co zresztą niektórym spółkom komunalnym się udało. Pięć z nich wprowadziło m.in. automatyczny monitoring pracy sieci wodociągowej obejmujący ok. 80 proc. infrastruktury.

„Kalkulacja przeprowadzona w jednym z przedsiębiorstw wykazała, że jednoroczny zysk ze zmniejszenia strat wody w sieci prawie trzykrotnie przewyższył koszty poniesione na zakup i wdrożenie systemu monitoringu’’ – czytamy w raporcie NIK.

Mieszkańcy przepłacają

To niejedyny niepokojący wniosek wynikający z badań Izby. Ustaliła ona, że odbiorcy tracili nie tylko z powodu cieknących rur, ale i zawyżonych cen wody, których miasta nie weryfikowały należycie.

Przykładowo: mieszkańcy płacili spółkom, które musiały – na mocy umów z miastem – dzierżawić od samorządu część infrastruktury niezbędnej do świadczenia wymaganych prawem usług. Innymi słowy: zamiast przekazać spółkom sieć aportem na własność (co jest regułą), miasta pobierały opłatę za korzystanie z infrastruktury, bez której nie można byłoby świadczyć usług mieszkańcom. NIK nie ma wątpliwości, że w ostatecznym rozrachunku podnosiło to koszty.

Co więcej, 7 z 12 przedsiębiorstw wbrew przepisom uwzględniło w taryfach opłaty za przyłączenie do sieci wodociągowej. Mimo tych nieprawidłowości władze miast akceptowały taryfy, a rady miast je uchwalały – przekonuje NIK.

Te ustalenia pokrywają się z diagnozą, którą postawił na naszych łamach minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk. Przekonywał, że w wielu miejskich spółkach ceny wody były sztucznie zawyżane, a inkasowane pieniądze przeznaczano niezgodnie z ich przeznaczeniem, często za zgodą lub milczącą obojętnością samorządowców.

Te patologie, jak tłumaczył minister, były jednym z powodów, dla których zasadne okazało się powołanie rządowego regulatora, czyli Wód Polskich. Problem w tym, że instytucja ta sama mierzy się obecnie z problemami finansowymi i organizacyjnymi, a proces weryfikacji wniosków taryfowych, który miał urealnić koszty wody, ciągnie się od miesięcy.