Za moich czasów bycie urzędnikiem u wojewody, ministra lub premiera było wyróżnieniem. Nikt nie narzekał na mizerne płace. Pamiętam, jak pracowałem w resorcie obrony narodowej i trzeba było wydać w krótkim czasie ok. 100 rozporządzeń, to pracowaliśmy na okrągło i po nocach. Wszystko po to, aby wyrobić się w terminie (i służyć państwu). „Był pan młody i głupi” – ktoś powie. Może, ale wtedy o jedno stanowisko w administracji rządowej ubiegało się kilkudziesięciu kandydatów. Dziś, jak pisaliśmy w DGP, ogłasza się sukces, bo liczba chętnych wzrosła średnio z 7 do 12 osób.
Dlaczego służba cywilna traci specjalistów
Przyglądając się służbie cywilnej, zobaczymy, że oprócz konkursów na stanowiska urzędnicze pracownicy są też zatrudniani na innej podstawie prawnej – to tzw. eksperci, którzy nie przechodzą żadnych konkursów, a zarabiają lepiej. To jedna z bolączek służby cywilnej, podobnie jak utrzymywanie możliwości zatrudniania dyrektorów bez konkursów. Przypominam, że w styczniu 2016 r. obecna władza (wtedy opozycja) mówiła, że dokonano zamachu na służbę cywilną, a dyrektorami mogą zostawać koledzy ministra, wojewody. Mamy rok 2026, a konkursów nadal nie ma.
Efekt jest taki, że wielu kandydatów zgłasza się na stanowiska niskiego szczebla, związane z obsługą sekretariatu. O posady ubiega się też sporo prawników, których rynek naprodukował co niemiara, ale już pracowników z wąskimi specjalizacjami można szukać ze świecą. Dla nich administracja rządowa jest pracą drugiego albo i trzeciego wyboru.
Brak konkursów i systemowe problemy administracji
Dwa lata temu, podczas mojego pierwszego wywiadu z Anitą Noskowską-Piątkowską, szefową służby cywilnej, mówiłem, że przy jej ograniczonych kompetencjach realizacja ambitnych planów może się skończyć na biciu głową w ścianę. Ta przepowiednia się w zasadzie spełniła m.in. dlatego, że nie udało się przekonać premiera, by przywrócono konkursy. Ponadto nie udało się uruchomić elektronicznego naboru, by zachęcić młodych kandydatów, którzy nie chcą słać pocztą sterty papierów. Nie zreformowano też systemu egzaminowania na urzędników mianowanych. Nie zmienił się system wynagradzania i nie zlikwidowano pseudostanowisk eksperckich.
Mam nadzieję, że obecna sytuacja, wywołana niżem demograficznym i odwracaniem się młodych od administracji rządowej, nie doprowadzi do tego, że minister będzie czekał na przygotowanie dokumentu kilka dni z uwagi na braki kadrowe. Dziś już nikt nie będzie zarywał nocy w pracy, etos nie wystarczy. Potrzeba pieniędzy dla specjalistów, tak jak to się odbywa w resorcie obrony narodowej wobec żołnierzy. ©℗