statystyki

Cyfrowe haki znajdą się na każdego

autor: Mariusz Janik24.07.2015, 07:54; Aktualizacja: 24.07.2015, 09:13
Na razie nie ma dowodów na to, że któryś z klientów Hacking Team skorzystał z możliwości oskarżenia niewygodnej dla siebie osoby o pedofilię

Na razie nie ma dowodów na to, że któryś z klientów Hacking Team skorzystał z możliwości oskarżenia niewygodnej dla siebie osoby o pedofilięźródło: ShutterStock

Dostarczająca rządom hakerskie oprogramowanie włoska firma Hacking Team została zhakowana. Przy okazji przeciętni zjadacze chleba dowiedzieli się, że każdy może zostać miłośnikiem dziecięcej pornografii.

Informacje, które pojawiły się na portalach dla miłośników informatyki, mogą zmrozić krew w żyłach. „W oprogramowaniu szpiegowskim już znajdowane są (...) naganne etycznie wstawki w kodzie, które – jak sugeruje jedna z teorii – służyły podstawianiu na komputerach ofiar fałszywych wpisów świadczących o pobieraniu dziecięcej pornografii” – poinformował rodzimy Niebezpiecznik.pl. Stworzony przez Hacking Team, włoską firmę specjalizującą się w usługach cyfrowego szpiegostwa, program do „podglądania” komputerów zostawiał w rejestrze systemu operacyjnego ślad, że użytkownik miał na dysku twardym pliki o nazwach „pedoporno.mpg” i „childporn.avi”. To mogło, jak tłumaczono, stanowić podstawę do zarekwirowania przez policję komputera „niewygodnej” osoby i postawienia jej wyjątkowo nieprzyjemnych zarzutów. Innymi słowy, był to idealny prezent dla wszystkich służb specjalnych.

Można drwić z prostackich haseł, jakich używali pracownicy Hacking Team (np. „PasswOrd”), ale trudno kpić z ich klientów. Na listach kontrahentów firmy z Mediolanu, które są dostępne w sieci (hakerzy upublicznili w sumie aż 400 GB danych), znajdziemy czołówkę zachodnich służb bezpieczeństwa: Amerykanów, Australijczyków i Niemców oraz bezpiekę z państw słynących z zamykania ust krytykom: Arabii Saudyjskiej, Azerbejdżanu, Egiptu, Rosji, Sudanu. Są dowody na spotkania przedstawicieli firmy z funkcjonariuszami formacji uznawanych za szwadrony śmieci z Bangladeszu i datowaną na 2012 r. wartą 178 tys. euro umowę na sprzedaż oprogramowania szpiegowskiego polskiemu Centralnemu Biuru Antykorupcyjnemu.

„Rejestrujcie wszystko, czego potrzebujecie. Zawsze. Wszędzie” – brzmi motto firmy. Reporterzy Bez Granic umieścili ją na swojej liście „wrogów internetu” i wskazują przynajmniej dwa przypadki, kiedy do aktywistów trafiły stworzone przez nią wirusy. Pierwszy pochodzi z Maroka, gdzie na komputery portalu Mamfakinch – uhonorowanego w 2012 r. nagrodą Breaking Borders Award – trafił plik tekstowy zawierający złośliwy kod rodem z Mediolanu. Drugi – ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich: tam w podobny sposób włamano się do komputera aktywisty na rzecz praw człowieka Ahmeda Mansura.

Na razie nie ma dowodów na to, że któryś z klientów Hacking Team skorzystał z możliwości oskarżenia niewygodnej dla siebie osoby o pedofilię. Ale nie ma wątpliwości, że wcześniej czy później przemysł produkowania cyfrowych haków nabierze rozpędu.

Klnę się na Boga, że cię zabiję!

Zaczęło się niewinnie. Pod koniec 2008 r. czteroletni syn Matta i Bethany Kostolników zawędrował pod drzwi sąsiadów, państwa Ardolf, na przedmieściach niedużego miasta Blaine w Minnesocie. Kostolnikowie mieszkali tu od niedawna, szkrab najwyraźniej się zgubił. 46-letni Barry Ardolf, technik komputerowy w lokalnej firmie Medtronic, powitał go w drzwiach, po czym wziął w ramiona i odniósł rodzicom. A na pożegnanie, na ich oczach, o zgrozo – pocałował dziecko w usta.

Z perspektywy lat trudno ocenić, czy w tym pocałunku było coś gorszącego, czy rodzice czterolatka wykazali się nadwrażliwością. Ale zawiadomili o zachowaniu Ardolfa policję – która złożyła mu niezbyt przyjemną wizytę. Programista poczuł się znieważony i poprzysiągł zemstę. Ściągnął program do łamania zabezpieczeń sieci WiFi i zaczął buszować w domowej sieci Kostolników. Korzystając z ich adresów IP, założył na portalu MySpace fałszywy profil Matta, na którym umieścił pliki z dziecięcą pornografią. Linki do profilu wysłał do pracowników kancelarii, w której zatrudniony był Kostolnik. Potem dobrał się do konta pocztowego sąsiada. „Klnę się na Boga, że cię zabiję!” – pisał w e-mailu wysłanym na adres biura wiceprezydenta USA Joe Bidena. Wizyta Secret Service w Blaine była oczywistym następstwem.

Nękanie Kostolników trwało niemal dwa lata, do chwili, kiedy pracodawca Matta wynajął dla niego firmę informatyczną, która zaczęła tropić intruza w ich domowej sieci WiFi. W krótkim czasie programista został namierzony, a wizytę w jego domu złożyło FBI. W trakcie przeszukania znaleziono dowody prowokacji Ardolfa, ba, okazało się, że w podobny sposób potraktował też innych sąsiadów – ci z kolei parkowali auta przed jego domem, co uważał za wyjątkowo drażniące. Impulsywny sąsiad wylądował w więzieniu na osiemnaście lat, po wyjściu na wolność będzie przez kolejne dwie dekady nadzorowany, a dożywotnio – zarejestrowany jako przestępca seksualny.

Sprawa Ardolfa nie jest odosobnionym przypadkiem. W Pakistanie trzy lata temu przetoczyła się fala fałszowania profilów na Facebooku. Obiektem takich ataków były przede wszystkim młode, wykształcone i pochodzące z dobrych rodzin dziewczęta. Włamywacze wchodzili na ich profile, edytowali zdjęcia, zmieniali zdjęcia profilowe na znacznie „odważniejsze”, ściągane z sieci kadry, wrzucali posty i linki do filmów erotycznych w sieci, czasem tworzono całe fałszywe profile pod nazwiskiem ofiary. Policja w końcu jednak docierała do sprawców. W większości byli nimi mężczyźni, których zaloty zostały odrzucone. – W ramach zemsty hakowali konta i profile niedoszłych narzeczonych, by dać im i ich rodzinom lekcję – kwitował urzędnik pakistańskiej Federalnej Agencji Śledczej.

Nie zawsze chodzi o zemstę. Jednym z kluczowych czynników tworzenia haków są pieniądze – taka pechowa przygoda przydarzyła się dwa lata temu pewnemu chińskiemu urzędnikowi z miasta Szangju. Anonimowy szantażysta przysłał mu spreparowaną fotografię „o charakterze erotycznym” z zażądaniem okupu w wysokości 100 tys. juanów (ok. 60 tys. zł) pod groźbą opublikowania jej w sieci. Zainteresowany – jak twierdził, dla świętego spokoju – zgodził się zapłacić. Dopiero gdy szantażysta ponownie zażądał pieniędzy, poszedł na policję. Na swoją zgubę: przy okazji wyszły bowiem na jaw łapówki, jakie brał, i kochanki, które utrzymywał z publicznych pieniędzy.


Pozostało jeszcze 69% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Reklama

Komentarze (1)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie

Polecane