Wróćmy do ustawy Wilczka z grudnia 1988 r.– to hasło pomalutku zdobywa coraz większą popularność. Zwłaszcza w środowiskach liberalnych, uparcie przypominających art. 4 wspomnianego prawa, który głosił: „Podmioty gospodarcze mogą w ramach prowadzonej działalności gospodarczej dokonywać czynności i działań, które nie są przez prawo zabronione”. Jak mawiano: wszystko dozwolone, co nie zabronione. Zwłaszcza że upadający reżim w sferze ekonomii z dnia na dzień zrezygnował niemal z zakazywania czegokolwiek. Otwierając tym nieograniczone wprost możliwości dla każdego, kto miał talent do interesów, acz posiadany kapitał zachował dla swoich.

„Jesteś moją ostatnią deską ratunku” – takimi słowami przed 25 laty powitał Mieczysława F. Rakowskiego w swoim gabinecie gen. Wojciech Jaruzelski. W gmachu Komitetu Centralnego od dawna krążyły plotki, że czołowy partyjny liberał, były naczelny tygodnika „Polityka”, będzie nowym premierem. Rakowski, cieszący się opinią światowca, od lat nawoływał do urynkowienia socjalistycznej gospodarki. Tym sposobem dorobił się wizerunku czołowego reformatora, choć z jego politycznej działalności niewiele wynikało, nawet gdy w latach 1981–1985 był wicepremierem.

W drugiej połowie lat 80. gospodarka PRL znajdowała się w zapaści. Zbankrutowany kraj nie mógł liczyć na zagraniczne kredyty, a jego mieszkańcy musieli pogodzić się z tym, że w sklepach brakowało wszystkiego. Reżimowi nie udało się też zniszczyć opozycji i „Solidarność” odzyskiwała siły. Jaruzelski miał świadomość, że krach ekonomiczny i narastający polityczny zamęt mogą doprowadzić do rewolucji. Co gorsza, ZSRR, mimo reform Michaiła Gorbaczowa, również chwiał się w posadach i nikt się już nie bał interwencji radzieckich wojsk. Gdy wiosną 1988 r. PRL sparaliżowała fala strajków i robotnicy żądali legalizacji „Solidarności”, generał postanowił wcielić w życie ryzykowny plan. Po bezbarwnym Zbigniewie Messnerze fotel premiera przeznaczył dla Mieczysława F. Rakowskiego, dając mu całkowitą swobodę w doborze ministrów oraz we wcielaniu w życia ekonomicznych reform. Gospodarczy sukces był dla reżimu sprawą kluczową, ponieważ jedynie to dawało komunistom szansę na zdobycie choć niewielkiej sympatii udręczonego codziennym życiem społeczeństwa.

Oficjalnie przyczyną upadku rządu Messnera było ultimatum postawione przez podporządkowane partii OPZZ. „Centrala Miodowicza od wielu miesięcy pozostawała w ostrym sporze z rządem, ale prawdopodobnie dopiero na początku września otrzymano zielone światło od Jaruzelskiego i podjęto ostateczny atak” – pisze Antoni Dudek w książce „Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury komunistycznej w Polsce 1988–1990”. Sejm spełnił postulat Alfreda Miodowicza i udzielił dymisji ekipie Messnera. Nowym premierem został 27 września 1988 r. Mieczysław F. Rakowski.

W tym czasie IX Plenum KC PZPR przyjęło plan „Konsolidacji gospodarki narodowej”. Zakładano, że nowy rząd ograniczy centralne sterowanie gospodarką, zezwoli na rozwój prywatnej przedsiębiorczości i zajmie się tłumieniem narastającej inflacji. Wszystkie te postulaty pozostawały w zgodzie z tym, co zamierzał zrobić nowy premier. „Rakowski – co w dotychczasowej historii PRL było całkowitą nowością – postanowił stworzyć autorski rząd złożony w sporej części z osób relatywnie młodych i niemających za sobą typowo urzędniczej biografii” – opisuje Antoni Dudek.

Cudowna broń premiera

Kluczową postacią w drużynie okazał się Mieczysław Wilczek. „Wiele razy z nim rozmawiałem o polskiej gospodarce i Mietek ocenia ją i panujące doktryny bardzo krytycznie. Postanowiłem, że zaproponuję mu stanowisko ministra przemysłu. Przyjął moją propozycję i wcale nie prosił o czas na zastanowienie. Wiem, że ta nominacja wzbudzi ogromne zainteresowanie w kraju, jak i za granicą. Prywatny przedsiębiorca na czele socjalistycznego przemysłu! Dla wielu będzie to szok” – zapisał w dzienniku pod datą 3 października 1988 r. Rakowski.

Wilczek był dla partii człowiekiem znikąd. Wprawdzie do PZPR wstąpił w 1952 r., jednak karierę aparatczyka zakończył w 1969 r., rezygnując z posady dyrektora Zjednoczenia Przemysłu Chemicznego. Choć stworzył przemysł chemii gospodarczej, wprowadził do użytku detergenty i sławny proszek Ixi, nikt go nie zatrzymywał. Po sprzedaniu ponad 20 własnych patentów kupił kilka hektarów ziemi pod wsią Ołdakowizna i założył fermę perliczek. Potem jego działalność inwestycyjna, dzięki dawnym znajomościom, nabrała rozmachu. W latach 80. był już m.in. wiceprezesem polsko-japońskiej spółki Polnippon, właścicielem przedsiębiorstwa futrzarskiego Lavil w Stanisławowie, prowadził na wielką skalę handel z ZSRR. W połowie dekady zaczął się znów udzielać w polityce jako doradca w komisjach sejmowych. W tym czasie poznał Rakowskiego. Ten uległ fascynacji osobowością jednego z najbogatszych ludzi w Polsce. Tego uczucia nie podzielał odpowiedzialny w KC za nadzorowanie spraw ekonomicznych, a równocześnie prezes NBP Władysław Baka. W swoim dzienniku określał Wilczka najczęściej epitetami „arogant” i „histeryk”. Inne osoby z ekipy premiera także budziły kontrowersje. Zwłaszcza były prezes ZUS, nowy wicepremier Ireneusz Sekuła, w spojrzeniu na gospodarkę zbliżony do Wilczka.

Zanim Rakowski przystąpił do ratowania PRL, załatwił prywatne porachunki. Jeszcze jako wicepremier w sierpniu 1983 r. wybrał się do Stoczni Gdańskiej, żeby w sławnej sali BHP przekonać do siebie lud pracujący. Skończyło się awanturą z robotnikami i wzajemnym obrzucaniem epitetami. Aroganckiego gościa na koniec wygwizdano, obecnego na sali Wałęsę robotnicy zaś zanieśli na rękach pod pomnik Poległych Stoczniowców. Pięć lat później, zaraz po sformowaniu rządu, Wilczek i Sekuła ogłosili likwidację deficytowej Stoczni im. Lenina. „Zatwierdziłem wniosek i wieczorem TV przekazała tę wiadomość” – zanotował Rakowski 31 października 1988 r., dodając z satysfakcją: „Wyobrażam sobie wściekłość całej prosolidarnościowej opozycji”. Decyzję ogłoszono tuż przed wizytą premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher w Polsce i zaplanowanym przez nią spotkaniem w Gdańsku z Lechem Wałęsą. Nietrudno zauważyć, że Rakowski przy okazji upokarzania wroga zademonstrował, na jakim polityku zamierzał się wzorować. W końcu Thatcher słusznie uchodziła za osobę, która przetrąciła kark angielskim związkom zawodowym.

Puszczony samopas Wilczek co chwilę zaskakiwał partyjnych aparatczyków. Władysław Baka zanotował 21 listopada 1988 r. w dzienniku, iż „doszło do dość niepojętego wydarzenia. Od kilku lat toczyły się negocjacje z partnerami zagranicznymi, dotyczące modernizacji produkcji samochodów małolitrażowych w FSO. Ostatecznie na placu boju pozostały Fiat i Daihatsu”. Kiedy ostatecznie parafowano umowę o podjęciu produkcji na włoskiej licencji Fiata A-90, zmienił się minister przemysłu. Mieczysław Wilczek bez konsultowania się z kimkolwiek anulował dokument. „Argumentował, że Polski nie stać na dwa typy samochodów (mało- i średniolitrażowy)” – zapisał Baka. W FSO zawrzało. Generał Kiszczak w raporcie dla Jaruzelskiego ostrzegał, że na Żeraniu chcą solidarnie ogłosić strajk działacze opozycji oraz partyjni. Ale Wilczka nikt nie ruszył, bo cieszył się zaufaniem premiera. „Sumując, odnoszę wrażenie, że głównym motywem podjęcia w ten sposób decyzji było uzyskanie efektu propagandowego (dynamiczny minister stawiający sprawy z głowy na nogi)” – dodał Baka.

Wedle badań OBOP poczynania ministra przemysłu zdobyły sobie sporą aprobatę społeczeństwa, dając rządowi zaufanie 70 proc. respondentów. Mówił ludzkim językiem, a nie partyjną nowomową, miał poczucie humoru i sprawiał wrażenie „swojego chłopa”. Ale nie rozwiązywało to głównych bolączek kraju. „Martwi mnie widoczna ucieczka od złotówki. Ludzie nerwowo wykupują towary, jak leci. Jeszcze tydzień, dwa i sklepy będą puste” – zapisał w dzienniku Rakowski. Do tego jeszcze kierownictwo partyjne popełniało błąd za błędem. Pozwolono, by 30 listopada 1988 r. odbyła się w telewizji debata Wałęsy z Miodowiczem, w której przewodniczący „S” zmiażdżył szefa OPZZ. „Po audycji zadzwonił do mnie W.J. Był wściekły. Urban i Ciosek, z którymi rozmawiałem, także nie ukrywali rozczarowania” – opisywał Rakowski. Władza nie potrafiła wytłumaczyć społeczeństwu, dlaczego nadal blokuje zalegalizowanie „Solidarności”. W tym kontekście kolejny wyskok Wilczka zabrzmiał jak wezwanie do zmiany systemu politycznego. Tuż po debacie Wałęsy z Miodowiczem minister podczas wizyty w studiu Programu 1 Polskiego Radia oświadczył, że w państwowych zakładach pracy należy zlikwidować nadzorujące dyrektorów podstawowe organizacje partyjne. „Osiem lat wcześniej formułujący podobne postulaty radykalni działacze »S«, byli uznawani przez władze za niebezpiecznych ekstremistów” – zauważył Antoni Dudek.

Młodzi zdolni do wszystkiego

Dramatyczna sytuacja zmusiła rząd Rakowskiego do przyspieszenia działań. Przygotowane przez ekipę Messnera zmiany w prawie gospodarczym poprawili i uprościli Wilczek wspólnie z Sekułą, przekazując do Sejmu rewolucyjny w treści pakiet ustaw. Państwo, które wymagało dotąd zezwoleń na każdy przejaw aktywności ekonomicznej, nagle samoograniczyło się do zezwoleń jedynie w 11 kluczowych dla jego dochodu i bezpieczeństwa dziedzinach (np. handlu bronią, budowy kopalń czy wytwarzania spirytusu). Prawo regulujące jeden z kluczowych aspektów życia gospodarczego, składające się tylko z 54 artykułów, zostało przyjęte przez Sejm 23 grudnia 1988 r.

Kolejną rewolucyjną zmianę przyniosło przyjęte 31 stycznia 1989 r. nowe prawo bankowe. Otwierało ono możliwość zakładania banków przez osoby prawne i fizyczne. Wkrótce prezes NBP Władysław Baka musiał rozpatrzyć aż 28 wniosków o utworzenie banków z krajowym kapitałem. W pierwszej połowie 1989 r. rozpoczęło działalność 6 tys. prywatnych spółek handlowych. Oznaczało to, że w pół roku ich liczba zwiększyła się czternastokrotnie. Z dnia na dzień w sferze ekonomii PRL stawała się najbardziej liberalnym państwem nie tylko w Europie Wschodniej. Jednak nie poprawiało to sytuacji rządu, bo wprowadzane reformy mogły dać efekt dopiero po dłuższym czasie. Codziennie zaś wybuchały strajki z powodu gwałtownego wzrostu cen towarów. Robotnicy żądali podwyżek i je dostawali, co nakręcało inflację i powodowało konieczność podnoszenia cen. „Ludzie kupują, co im wpadnie do ręki. Jedyne, co mogłoby tę tendencję odwrócić, to pojawienie się na rynku takiej ilości towarów, która nasyciłaby go. Jest to jednak niemożliwe” – zapisał w dzienniku 4 lutego zaniepokojony Rakowski.

Jakby nie dość było nieszczęść, zaczął się buntować aparat partyjny, przerażony perspektywą utraty władzy i płynących z tego profitów. „W partii buszują przeciwnicy linii X Plenum, a ściślej ci, którzy chętnie pozbyliby się Jaruzelskiego i mnie” – zanotował Rakowski. W tym wypadku odwrócić sytuację udało się nadzwyczaj łatwo. Premier i jego minister przemysłu 24 lutego 1989 r. przeforsowali w Sejmie ustawę o niektórych warunkach konsolidacji gospodarki narodowej. Pod niewinnie brzmiącą nazwą ukryto wspaniałe możliwości dla obrotnych i jednocześnie sfrustrowanych sytuacją członków partyjnej nomenklatury. A oni natychmiast z tego skorzystali.

Nowe prawo pozwalało legalnie dzierżawić państwowy majątek, wynajmować go lub wnosić jako aport do spółki prywatnej. Wystarczyło, że dyrektor przedsiębiorstwa podpisywał umowę z prywatnym biznesmenem, zwykle członkiem aparatu PZPR, któremu wydzierżawiał majątek przedsiębiorstwa. W rewanżu dyrektor stawał się współudziałowcem takiej spółki. Tą drogą, nie inwestując nawet złotówki, można było zdobyć na własność nieruchomości i urządzenia warte nawet miliardy ówczesnych złotych.

Państwowe zakłady prywatyzowano także na inne, całkowicie legalne, dzięki Wilczkowym przepisom, sposoby. Na przykład państwowa firma sprzedawała produkty za pośrednictwem całej grupy prywatnych spółek należących do różnych osób z jej dyrekcji. Przejmowały on zysk i z czasem majątek przedsiębiorstwa. „Częste było też udzielanie spółkom przez przedsiębiorstwa państwowe różnych form »kredytu«” – opisuje Antoni Dudek. Proces uwłaszczenia nomenklatury przebiegał błyskawicznie. Założone przez działaczy PZPR firmy zupełnie legalnie wessały majątek z ponad 2 tys. państwowych przedsiębiorstw. Wiosną 1989 r. wedle obserwacji Władysława Baki w aparacie partyjnym zapanowało „zawołanie enrichissez-vous, bogaćcie się” – zapisał.

Wędliny u Sekuły

Gdy pod koniec 1989 r. Prokuratura Generalna starała się oszacować skalę zjawiska, odkryła wśród założycieli spółek nomenklaturowych: 9 wojewodów, 57 prezydentów miast i około tysiąca dyrektorów państwowych zakładów. Były to jednak obserwacje pobieżne. W przejmowaniu – ponoć wspólnego – dobra brały udział także dużo wyżej postawione w partyjnej hierarchii osoby, acz robiły to dyskretniej. Jeszcze w 1988 r. na własną prośbę zwolniło się 3,5 tys. esbeków i milicjantów. Od początku 1989 r. fala zwolnień była jeszcze większa. Wedle notatki Zarządu Polityczno-Wychowawczego MSW z lutego 1989 r. ok. 40 proc. porzucających służbę esbeków czyniło to, żeby zająć się biznesem. Ci pozostający na państwowym etacie robili to samo za pośrednictwem krewnych. W kwietniu 1989 r. na II Krajowej Konferencji Przewodniczących Rad Funkcjonariuszy MO i SB szef Służby Polityczno-Wychowawczej MSW Czesław Staszczak oznajmił: „Nie jesteśmy przeciwko podejmowaniu działalności handlowej, usługowej czy produkcyjnej na własny rachunek przez rodziny funkcjonariuszy, z wyjątkiem firm polonijnych i z udziałem kapitału zagranicznego”.

Spółkę prowadzącą działalność gospodarczą założyli nawet członkowie KC PZPR, a jej głównym udziałowcem uczynili... Komitet Centralny. Oficjalnym prezesem spółki Transakcja został absolwent ekonomii po Uniwersytecie Warszawskim Wiktor Pitus, a członkami zarządu – młodzi, obrotni działacze średniego szczebla, m.in. Marek Siwiec, Jerzy Szmajdziński i Wiesław Huszcza. Pieniądze na działalność przekazał państwowy koncern prasowy RSW Prasa-Książka-Ruch, a starsi koledzy z KC zapewnili dobre kontakty w ZSRR. Transakcja handlowała sprowadzanym ze Związku Radzieckiego alkoholem, meblami, dywanami, sprzętem RTV, błyskawicznie pomnażając swój kapitał, który wniesiono do utworzonego w czerwcu 1989 r. Banku Inicjatyw Gospodarczych.

W tym czasie przy Okrągłym Stole Jaruzelski i Kiszczak uzgodnili z opozycją porozumienie o stopniowej demokratyzacji Polski, nie przewidując, że 4 czerwca 1989 r. poniosą w częściowo wolnych wyborach tak sromotną klęskę.

Rząd Rakowskiego nie spełnił nadziei partyjnego kierownictwa. Jednak rola, jaką odegrał w historii Polski, nie była jednoznaczna. Gdy rozpoczynał urzędowanie, wedle danych GUS funkcjonowało w PRL 572 tys. drobnych, prywatnych przedsiębiorców. Z tego aż 388 tys. było rzemieślnikami, a 123 tys. – taksówkarzami. Dwa lata później liczba prywatnych firm zbliżyła się do miliona. Każdy, kto miał talent do interesów, otrzymał szansę, aby go wykorzystać.

Z drugiej strony partyjni aparatczycy, przejmując państwowy majątek, dokonali rabunku czegoś, co teoretycznie należało do ogółu. Jednak stając się prywatnymi biznesmenami, tracili zupełnie chęci do obrony realnego socjalizmu. Zaznawszy bogactwa, mając coraz więcej do stracenia, pokochali kapitalizm. Za upadający system polityczny nikt nie zamierzał nawet walczyć. Wymierne korzyści finansowe zapewniły jego szybki zgon.

Niepocieszony z powodu nieuchronnej utraty władzy premier Rakowski w dzienniku pod datą 24 czerwca 1989 r. notował: „Sytuacja na rynku żywnościowym (szczególnie mięso) staje się wręcz dramatyczna”. Ale tego samego dnia dopisał: „Wieczorem na przyjęciu imieninowym u Sekułów, w domku letniskowym (daj Boże zdrowie!) Wiesia Adamskiego, przyjaciela Stefana Olszowskiego. Goście – naładowana pieniędzmi inicjatywa prywatna. Widać, że Irek, podobnie jak Kwaśniewski, żyją z tymi panami za pan brat. (...) Teraz rozumiem, skąd Sekuła ma środki na wystawne przyjęcia” – dodawał jeden z ojców założycieli polskiego kapitalizmu.

Wiem, że nominacja Wilczka wzbudzi ogromne zainteresowanie w kraju, jak i za granicą. Prywatny przedsiębiorca na czele socjalistycznego przemysłu! Dla wielu będzie to szok – zapisał w dzienniku premier Mieczysław F. Rakowski.

Prowadzisz firmę? Opisz nam swoją historię i wygraj udział w elitarnej debacie! Weź udział w konkursie „Moja droga do wolności gospodarczej” i podziel się z nami swoimi doświadczeniami. Szczegóły tutaj.