Polski kapitalizm zaczął budować nie Leszek Balcerowicz, lecz dwaj Mieczysławowie i korzystający z ich reformatorskiego zapału najbardziej obrotni członkowie PZPR.
Wróćmy do ustawy Wilczka z grudnia 1988 r.– to hasło pomalutku zdobywa coraz większą popularność. Zwłaszcza w środowiskach liberalnych, uparcie przypominających art. 4 wspomnianego prawa, który głosił: „Podmioty gospodarcze mogą w ramach prowadzonej działalności gospodarczej dokonywać czynności i działań, które nie są przez prawo zabronione”. Jak mawiano: wszystko dozwolone, co nie zabronione. Zwłaszcza że upadający reżim w sferze ekonomii z dnia na dzień zrezygnował niemal z zakazywania czegokolwiek. Otwierając tym nieograniczone wprost możliwości dla każdego, kto miał talent do interesów, acz posiadany kapitał zachował dla swoich.
„Jesteś moją ostatnią deską ratunku” – takimi słowami przed 25 laty powitał Mieczysława F. Rakowskiego w swoim gabinecie gen. Wojciech Jaruzelski. W gmachu Komitetu Centralnego od dawna krążyły plotki, że czołowy partyjny liberał, były naczelny tygodnika „Polityka”, będzie nowym premierem. Rakowski, cieszący się opinią światowca, od lat nawoływał do urynkowienia socjalistycznej gospodarki. Tym sposobem dorobił się wizerunku czołowego reformatora, choć z jego politycznej działalności niewiele wynikało, nawet gdy w latach 1981–1985 był wicepremierem.