Na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie huczy od plotek o znanym profesorze, który w kolejnych monografiach przepisuje swoje poprzednie teksty. Pomimo oficjalnych wniosków o wyjaśnienie tego procederu w ciszy uczelnianych gabinetów próbuje się ukręcić łeb sprawie.
Chodzi o zasłużoną dla SGGW postać, kierownika jednej z katedr na wydziale medycyny weterynaryjnej – dla potrzeb tego tekstu będę nazywać go Profesorem. Został on przez swoich kolegów oskarżony o kilkukrotny plagiat oraz autoplagiat. A także o to, że uzyskane w sposób niezgodny z przepisami punkty za publikacje zalicza sobie do dorobku naukowego. I jeszcze, że swoim postępowaniem daje zły przykład studentom oraz młodym pracownikom naukowym. Pierwsze postępowanie dyscyplinarne wobec Profesora zostało umorzone. Teraz ma zostać wszczęte kolejne, jednak część środowiska obawia się, że nigdy nie dojdzie do rozstrzygnięcia. A byłoby ono ważne, bo mogłoby ono wyznaczyć standardy, istotne z perspektywy własności intelektualnej i jej poszanowania.
Awantura plagiatowa z jego nazwiskiem wybuchła dwa lata temu, kiedy pewien pracownik SGGW (dziś nie chce komentować tej sprawy) zauważył, że w jednej z monografii sygnowanej nazwiskiem Profesora, bohatera tego tekstu, trzy materiały, do których powstania się przyczynił jako współautor, zostały pozbawione jego nazwiska. W pierwszej monografii z 2012 r. został pod nimi, będąc współautorem, podpisany jak trzeba. W późniejszej, gdzie te same artykuły, ale pod zmienionymi tytułami pojawiły się ponownie, już jego nazwisko nie figurowało.