Systemowa reforma PAN jest niezbędna i czas się nią zająć. Dotyczy to również wynagrodzeń w instytutach akademii - mówi w wywiadzie dla DGP wiceminister nauki Sebastian Skuza.
Reklama
To ile jest pieniędzy na naszą naukę i szkolnictwo wyższe – zdecydowanie za mało, wystarczająco czy za dużo?
Jest mniej, niż chcieliśmy. W projekcie ustawy ze stycznia br. zamieściliśmy ścieżkę dojścia do 1,8 proc. PKB, ale w trakcie uzgodnień i negocjacji rządowych musieliśmy zrewidować nasze postulaty. W porównaniu z sytuacją sprzed ustawy pieniędzy w systemie będzie zdecydowanie więcej. To dzięki wprowadzeniu corocznej waloryzacji nakładów na szkolnictwo wyższe i naukę. Łącznie kwota na oba działy będzie rosła rok do roku o 700 mln do 1,2 mld zł. Obecnie minimalny wzrost gwarantowany przepisami to jedynie 100 mln zł. Oprócz tego uczelnie publiczne dostaną w 2019 r. obligacje skarbowe warte 3 mld zł. To dokapitalizowanie ma pozwolić im na inwestowanie, dzięki czemu zostanie im więcej środków na bieżące wydatki.
Dotychczas pieniądze były „znaczone”: tyle ma pójść na to, a tyle na to. Teraz szkoły będą decydowały same.
To zwiększy ich autonomię. Na przykład do tej pory za pieniądze na wydatki bieżące uczelnia nie mogła kupić środka trwałego, który byłby droższy niż 3,5 tys. zł. Zmienia się jeszcze to, że konsolidujemy różne drobne dotacje w jedną subwencję. Część pieniędzy będzie jednak nadal przekazywana w postaci dotacji. Chodzi o sprawy, na których nam zależy, aby były właściwie i celowo finansowane – np. pomoc dla niepełnosprawnych.
Do tej pory średnio 80 proc. dotacji podstawowej uczelnie wykorzystywały na wynagrodzenia. Nie obawia się pan, że teraz będzie jeszcze więcej? Przy czym niekoniecznie dostaną je naukowcy, którzy robią coś sensownego, a znajomi królika czy panie z administracji, bo rektorzy będą chcieli zostać wybrani na następną kadencję.
My możemy systemowo uregulować poziom najniższych zarobków w szkolnictwie wyższym, nie można jednak ustalać jednostkowych wynagrodzeń.
Dlatego, jak zauważają prości naukowcy, w system może zostać wrzucona dowolna ilość pieniędzy, które natychmiast zostaną skonsumowane. Sporą ich część zjada biurokracja. Pracę, którą w prywatnej firmie wykonuje góra kilka osób, na uczelniach załatwia personel dwóch budynków. Administracja mnoży się przez pączkowanie.
Ja tego nie dostrzegam. Robimy dużo, aby zmniejszać administracyjne obciążenia. Już teraz większość informacji przechodzi przez elektroniczny system POL-on, co znakomicie przyśpiesza ich obieg. Poza tym już dwa lata temu znowelizowaliśmy ustawę tak, aby ograniczyć biurokrację do niezbędnego minimum.
Wiem i doceniam. Natomiast pan minister nie docenia chyba inwencji szkół w tworzeniu kolejnych zapisów w swoich regulaminach i wewnętrznych rozporządzeniach.
Uczelnie są autonomiczne, także w tym zakresie. Nie możemy mówić, że szkoła decyduje sama o sobie, a z drugiej strony nakazywać jej stosowanie szczegółowych rozwiązań i uznawać, że to, co sprawdziło się na politechnikach, zda egzamin w akademiach wychowania fizycznego. Konstytucja dla nauki tworzy ramy prawne funkcjonowania uczelni w Polsce, a decyzja, jak zorganizować każdą uczelnię, administracyjnie, kadrowo i naukowo, leży po stronie rektora i senatu uczelni.
Dużo tej autonomii w nauce, ale niekoniecznie dobre rzeczy z niej wynikają. Po opublikowaniu raportu NIK na temat wynagradzania dyrektorów instytutów PAN – kiedy okazało się, że przekraczali oni ustawę kominową – jej wiceprezes prof. Rowiński tłumaczył mi, że nie ma narzędzi, aby to kontrolować. I jeśli dyrektorzy instytutów zechcą mu pokazać dokumentację, to pokażą. A jak nie, to nic nie może im zrobić.
To ciekawe, nie słyszałem o tym. Minister nauki i szkolnictwa wyższego w pełni zgadza się ze stanowiskiem zaprezentowanym przez NIK w kontekście naruszenia ustawy kominowej w wyniku utworzenia i dokonywania wypłat z funduszu nagród. Zgodnie z ustawą o PAN to jej prezes sprawuje nadzór nad działalnością instytutów. Moim zdaniem on i jego zastęp cy mają instrumenty do prowadzenia skutecznych kontroli.
Resort nauki także sprawuje nadzór nad PAN. Proszę mi w takim razie powiedzieć, ile kosztują pensje dyrektorów instytutów i jaki stanowią procent kwoty wydawanej na wynagrodzenia w ogóle? Na podstawie danych z raportu NIK można oszacować, że w niektórych jednostkach jest to jakieś 25 proc.
Zgodnie z ustawą o PAN minister nauki i szkolnictwa wyższego sprawuje nadzór (w zakresie finansowym) nad akademią, a nie jej instytutami. I nie dysponuje tak szczegółowymi danymi w zakresie struktury wynagrodzeń pracowników instytutów. Przekazaliśmy im w 2018 r. blisko 700 mln zł dotacji statutowej. Szacujemy, że koszty związane z zatrudnieniem w instytutach stanowią 58 proc. całej dotacji. Oczywiście ten udział różni się między poszczególnymi jednostkami.
A co powie pan naukowcom zatrudnionym w instytutach, którzy czasem bardzo mało zarabiają (profesorowie mniej niż adiunkci na uczelniach) bo nie mogą się doprosić, aby ustalić im pensje minimalne, tak jak jest to na uczelniach? Dysproporcje w zarobkach są olbrzymie – dyrektor instytutu dostaje 30 tys. zł, a taki sam profesor zwyczajny jak on 3 tys. zł.
Obecnie pracowników naukowych zatrudnionych w PAN obowiązują ogólne regulacje prawa pracy. Zmiany stawek minimalnych wprowadzone w Konstytucji dla nauki dotyczą wyłącznie nauczycieli akademickich.
Tak, dlatego nic nie stoi na przeszkodzie, aby profesor zarabiał 2,1 tys. zł brutto.
No, proszę nie żartować, rynek to reguluje i żaden profesor tyle nie zarabia.
Tak mało nie, ale opowiadano mi o naukowcu z najwyższym tytułem, który ma 2,7 tys. zł. Za czasów minister Kudryckiej zlikwidowano stawki minimalnych wynagrodzeń w instytutach PAN, a resort pana i premiera Gowina nie chce ich przywrócić.
To nie jest tak, że nie chcemy. Konstytucja dla nauki jest aktem normującym kwestie funkcjonowania uczelni w Polsce. Reforma systemowa PAN jest niezbędna i jest następną w kolejności, jaką chcemy się zająć. Teraz będzie czas na to, aby wypracować ze środowiskiem kompleksowe zmiany dotyczące zasad działania PAN. Wówczas zajmiemy się także wynagrodzeniami.
Pojawiły się plotki (one zresztą krążą od kilku lat), że zamierzacie rozparcelować instytuty po szkołach wyższych, aby podnieść ich pozycję w rankingach.
To nieprawda. Nie mieliśmy i nie mamy takiego zamiaru. Byłoby to nieskuteczne rozwiązanie. Znacznie lepszym pomysłem – na który pozwala nowa ustawa – jest możliwość wchodzenia uczelni w federacje z instytutami.
To jakich dogłębnych zmian wymaga PAN?
Będziemy o tym dyskutować podczas prac nad ustawą, którą zajmiemy się w najbliższym czasie, jak to zapowiedział już premier Jarosław Gowin. Na razie zmiana wynikająca z Konstytucji dla nauki jest taka, że także instytuty PAN przejdą na finansowanie subwencyjne. I podobnie jak uczelnie będą miały zapewnioną większą elastyczność, także w zakresie finansowania inwestycji.
Zatrzymajmy się na chwilę przy tych inwestycjach. Nieraz słyszałam od naukowców, że łatwiej jest dostać środki na infrastrukturę czy drogi sprzęt, niż później na odczynniki niezbędne do prowadzenia badań. I czasem jest tak jak z aquaparkami budowanymi przez gminy: jest budynek, jest sprzęt, ale nie są wykorzystywane.
Ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że wniosków na dofinansowanie inwestycji jest tyle, że znacznie przekracza to nasze możliwości finansowe. Natomiast kwestia odczynników to sprawa bieżącego funkcjonowania uczelni. Środków uzyskanych z wykupu obligacji uczelnia nie musi natychmiast wykorzystać, tylko czerpać z nich stopniowo, w miarę potrzeby. I teraz ja zapytam: gdzie powstały takie niepotrzebne inwestycje?
Podobno w jednej z katedr w SGGW, którą to szkołę opisywałam niedawno z uwagi na aferę plagiatową, jaka ma tam miejsce.
Nie znam tej sprawy. Mogę powiedzieć, że SGGW większość inwestycji finansowała ze środków własnych lub unijnych.
Jeden z profesorów tej uczelni ma dobre układy z urzędem marszałkowskim, w tym roku zdobył połowę całego zewnętrznego dofinansowania.
Konstytucja dla nauki zmienia pewne praktyki. Środki będą przekazywane nie wydziałom, ale uczelniom.
Część naukowców wyraża także obawy, że utrudnione będą badania międzydyscyplinarne – a to w związku z nową regulacją, jeśli chodzi o przyznawanie tytułów naukowych.
Nie ma się czego obawiać. Poprzednio prawo do przyznawania stopni i tytułów naukowych miały wydziały, a teraz uczelnia. Dlatego też możliwość prowadzenia badań interdyscyplinarnych będzie większa. Rektorzy będą musieli tylko poświęcić trochę czasu na poukładanie struktury szkoły od nowa. Dyscyplin będzie mniej, więc będzie prościej. Wcześniej naukowcy często zamykali się w swoich dyscyplinach, teraz będą musieli ze sobą współpracować.
Znana jest pewnie panu reguła Goodhearta, zgodnie z którą ludzie, znając kryterium oceny, są w stanie tak się do niego dostosować, aby uzyskać jak najwyższą notę przy jak najmniejszym nakładzie pracy. Do tej pory naukowcy byli oceniani za ilość publikacji, więc produkowali tony makulatury, zadrukowywanej w zaprzyjaźnionych wydawnictwach tą samą treścią co roku.
Z tym też kończymy. Do ewaluacji działalności naukowej będzie można przedstawić tylko cztery pozycje spośród wszystkich swoich prac. Zakładam, że będą to prace opublikowane w najlepszych, a więc najwyżej punktowanych wydawnictwach, zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Opłaci się jakość, a nie ilość. W interesie rektorów będzie też, aby dopilnować jakości prac, bo punktacja poszczególnych osób będzie się składała na status i ocenę całej uczelni, jej prestiż, uprawnienia, a także przyszłe środki finansowe. Mam nadzieję, że uda się skończyć z „punktozą”.
A czy Konstytucja dla nauki ma narzędzia, aby skończyć z ustawkami przy grantach?
Nie mamy sygnałów o ustawkach. Proces przyznawania grantów jest procesem konkursowym, sformalizowanym i transparentnym.
Zobowiązuję się zatem dostarczyć panu materiały i wrócimy do tego tematu. Nie żałuje pan, że nie udało się przeforsować rady uczelni w takiej postaci, jak w projekcie?
To prawda, że rady nie będą dokładnie takie, jak chcieliśmy. Staną się ciałami doradczymi, nie kontrolnymi. Chociaż nadal uważam, że dla wielu uczelni otwarcie się na środowisko zewnętrzne przyniosłoby znaczne korzyści.
A zważywszy, że rektor będzie im wypłacał wynagrodzenie, to można się spodziewać, że będą klaskali, cokolwiek powie czy zrobi.
Ale zmniejszyło się uposażenie osób zasiadających w radach. Będą mogły dostać maksymalnie średnią krajową.
Wraz z Konstytucją dla nauki pojawił się trzeci rodzaj profesorów, ochrzczonych już mianem marcowych. I nie mam na myśli prawników zatrudnionych w TK czy SN, ale doktorów, którzy mogą zostać profesorami za szczególne zasługi. Jakie? Za noszenie teczki za rektorem?
Tytuł profesora belwederskiego się nie zdewaluuje. Już obecne rozwiązania prawne umożliwiają w szczególnych przypadkach nadanie tytułu profesorskiego doktorowi. A szczególne zasługi to wybitne osiągnięcia naukowe w skali międzynarodowej i – co nowe – dydaktyczne. Proszę też pamiętać, że habilitacja zgodnie z nowymi przepisami nie jest obowiązkowa.