Opublikowany w Gazecie Prawnej w dniu 24 stycznia 2018 r. artykuł pt. „Dyrektorzy obchodzą przepisy, które miały ograniczyć ich pensje” w swojej wymowie może sugerować, iż prowadzący niepubliczne i publiczne szkoły i przedszkola w większości są kombinatorami czy wprost oszustami. Pokazane zaś w nim „sztuczki” mają obrazować, w jaki sposób celowo obchodzone są przepisy, by jak najwięcej z samorządowej kasy trafiło do rąk prywatnych właścicieli. To nie jest zasada, a raczej wyjątek od reguły.
Reklama
Dofinansowania w postaci dotacji oświatowych dla szkół i przedszkoli niepublicznych stanowią przeważającą część ich finansowania. Znam w praktyce dziesiątki placówek przedszkolnych, które za opiekę albo nie pobierają żadnych opłat od rodziców, albo są to znikome kwoty (które nawet razem z dotacją nie zbliżają się w żaden sposób do poziomu 1000 zł czesnego, który tak chętnie był przywoływany przez panią minister edukacji narodowej, choćby w Sejmie przy procedowaniu ustawy). Przedszkola te żyją z dotacji wynoszącej 75 proc. kosztów, które ich gmina bądź najbliższa przeznacza na swoje przedszkola. A te dotacje to często kwoty poniżej 400 zł miesięcznie na ucznia.

Reklama
Czy za to naprawdę można poszaleć? Rzeczywistość jest taka, że dotacje wystarczają, czasem z trudem, na wynagrodzenia zatrudnionych nauczycieli i może na wynajem lokalu. A gdzie wszystkie zakupy, pomoce dydaktyczne, wyjścia do teatru czy zajęcia dodatkowe dla dzieci? To muszą już finansować bezpośrednio i wyłącznie rodzice. Na wynagrodzenie właściciela naprawdę niewiele już zostaje, wielu może tylko pomarzyć o 7,6 tys. zł miesięcznie. Tak wygląda rzeczywistość przedszkoli w Polsce. Może nie w wielkich miastach, ale niemal wszędzie poza nimi.
Truizmem i wręcz banałem jest powtarzanie, że samorządy od lat oszukują właścicieli, zaniżając im należne dotacje. Stąd wysyp spraw sądowych, przed którymi ministerstwo tak broni samorządowców. Ale gdyby MEN raczej zajęło się kontrolą, czy samorządy dobrze wyliczają dotacje, zamiast bronić ich przed słusznymi roszczeniami placówek, byłoby to na pewno z większym pożytkiem przede wszystkich dla uczniów i dzieci. Trochę to przypomina filozofię Kalego. Z jednej strony piętnujemy, a z drugiej bronimy oszustów. Bo nasi.
A jak się dzieje w przedszkolach publicznych, prowadzonych przez osoby fizyczne i prawne, oraz tzw. konkursowych? W zamian za 100 proc. dotacji nie pobierają żadnych opłat, poza wyżywieniem i tą symboliczną złotówką za dodatkową godzinę opieki. Z tego muszą sfinansować wszystko. A gdyby okazało się, że jakiś wydatek nie mieści się, zdaniem kontrolujących urzędników, w dozwolonych, to pokrywają z własnej kieszeni. MEN bardzo dla siebie (i samorządów) wygodnie przerzuca w istocie całą odpowiedzialność i ciężar finansowy na barki właścicieli, mówiąc, że skoro prowadzą taką zarobkową działalność, to powinni być traktowani jak inni przedsiębiorcy, z ryzykiem stąd wynikającym. Otóż nie! Przede wszystkim prowadzenie szkół i przedszkoli, zgodnie z poprzednią i obecną ustawą (Prawo oświatowe), działalnością gospodarczą nie jest. Więc nie jest też prowadzona na takich zasadach, jak robią to przedsiębiorcy. Państwo i samorządy nadal zdają się nie rozumieć tego faktu. Co więcej, nie rozumieją tego także sądy administracyjne. Tak więc pytam się pani minister: z jakich środków osoba prowadząca publiczne przedszkole w swoim budynku, zakupionym kilka lat temu za potężny kredyt, ma go spłacać, skoro nie wolno jej pobrać złotówki na ten cel z dotacji? Z jakich pieniędzy właściciel ma zapłacić za poważniejszy remont (nie bieżący, lecz inwestycyjny), skoro dotowane są tylko wydatki bieżące? A przecież, zgodnie z ministerialnym przekazem, z dotacji nie można grosza przeznaczyć na „zysk” właściciela! Jedynym zaś „zyskiem” jest wynagrodzenie za ciężką pracę jako dyrektor przedszkola czy szkoły. Czy w tej sytuacji owe niemal mityczne 12 tys. zł to takie kokosy, by rzucać wszystko i prowadzić przedszkole, ze wszystkimi tego konsekwencjami?
Wracając do niebotycznych zarobków właścicieli. Od kilku lat obowiązuje przepis o wynagradzaniu właścicieli, gdy pełnią funkcję dyrektora. Nie wiem, czy rzeczywiście wypłacali sobie po 50 tys. zł miesięcznie, ja takich przypadków nie znam. Ale teraz MEN w nowej ustawie postanowiło dobrać się do kieszeni, nie tylko ich, ale także wszystkich nauczycieli. Stąd przepis ograniczający wynagrodzenia do 150 proc., a w publicznych i konkursowych placówkach do 250 proc. średniego wynagrodzenia nauczycieli dyplomowanych. Przy okazji, przepis napisano w tak fatalny sposób, że nie wynika z niego, czy ograniczenie dotyczy tylko dyrektorów, czy wszystkich pracowników. Prawidłowa interpretacja prowadzi do wniosku, że dotyczy pracowników i właścicieli, gdy pełnią funkcję dyrektora. Stąd moja wątpliwość, czy wykładnia MEN jest zgodna z treścią samego przepisu. I druga nieścisłość – w tym przepisie mowa jest o zatrudnionych, w tym na umowie cywilnoprawnej, a przecież pani minister doprowadziła do zmiany w Karcie Nauczyciela nakazującej zatrudnianie wszystkich nauczycieli na umowach o pracę. Zatem – mogą być zatrudnieni na zlecenia (jak pokazuje art. 35 ustawy o finansowaniu) czy nie mogą? I co się będzie działo z osobami prowadzącymi indywidualną działalność gospodarczą, np. psychologami, pedagogami, logopedami, lektorami języków obcych? Czy MEN zmusi ich do zatrudnienia na umowach o pracę, gdy sami nie chcą tego, czy niekonstytucyjnie pozbawi prawa do wykonywania działalności gospodarczej, zagwarantowanej ustawą notabene o swobodzie działalności gospodarczej?
Jeśli MEN zamierza ograniczyć wysokość wynagrodzenia wszystkich nauczycieli w niesamorządowych placówkach, to jak wytłumaczyć na gruncie konstytucyjnej zasady równości, że w jednej nauczyciel może zarobić 150 proc., a w innej, takiej samej, już 250 proc. średniej? I niech Państwa nie zmylą słowa, że przecież nikt ich nie ogranicza i mogą zarabiać dowolnie z czesnego. Spotykam się z tego powodu z oburzeniem fundacji i stowarzyszeń prowadzących edukację dla dzieci niepełnosprawnych. W ich placówkach nie pobiera się czesnego, skąd zatem nauczyciele, najlepsi specjaliści, pracujący z dotkniętymi niepełnosprawnościami dziećmi, mogą dostać więcej niż 150 proc.? I jak im wytłumaczyć, że w takim samym specjalnym przedszkolu, ale publicznym, ich koleżanka zarobi 250 proc.? Czy o tym pani minister na pewno pomyślała?
Polemizując zaś z treścią i przykładami opisanymi w artykule, przede wszystkim nie wyrażam zdania, że właściciele kombinują i „przemeblowują” swoje placówki, by nielegalnie uzyskiwać wysokie dochody. A także nie znam przypadków zatrudnienia żony jako wicedyrektora z wyższą pensją i płacenia 50 tys. zł za sprzątanie. Nie ma też nic nielegalnego w zatrudnieniu małżonka jako nauczyciela, przecież szkoły i przedszkola prowadzi wiele nauczycielskich małżeństw. A za pracę należne jest wynagrodzenie (tak stanowi konstytucja), i tak ograniczane przez MEN. Podawałem już przykład kosztów kredytu na zakup lokalu przedszkola. Samorządowe placówki mają budynki za darmo (a właściwie za pieniądze podatników), a prywatne muszą je wynająć lub zakupić. A to przecież kosztuje. Czyli, cytując dyrektora MEN, bogacenie się za publiczne pieniądze jest złe, a za prywatne już dobre?
Na sam już koniec refleksja wynikająca z lat pracy nad tego typu sprawami. Widać, że oświata niepubliczna nie jest ani preferowana, ani nawet choć odrobinę doceniana. Rozpoczął się końcowy akt dobijania, a jak zrobić to najłatwiej, jeśli nie przy użyciu pieniędzy? A właściwie ich pozbawiania.