– Uczelnie publiczne muszą zobaczyć, że piekło istnieje – stwierdził w rozmowie z DGP Jarosław Gowin, wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego. Do tej pory zamknięcie publicznej szkoły wyższej zawodowej graniczyło z cudem. Dlaczego? Bo mógł to zainicjować tylko rektor uczelni albo sejmik województwa. Tyle że żaden nie miał w tym interesu. Przez to są w Polsce takie placówki, które praktycznie nie mają chętnych, przyjmują kogo popadnie, są na minusie, a za to grube miliony łoży na nie budżet państwa. Ale to się zmieni.

Do wycięcia

Od 1 października br., aby rozpocząć proces likwidacji uczelni zawodowej, wystarczy inicjatywa ministra. Taką zmianę wprowadzi nowelizacja z 23 czerwca 2016 r. ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym (Dz.U. poz. 1311). A minister nauki zamierza z niej skorzystać.

Jak wynika z ustaleń DGP, pierwszą uczelnią, wobec której resort zamierza wszcząć proces likwidacji, ma być PWSZ w Sandomierzu. Przemawiają za tym dwa argumenty. Po pierwsze niska liczba studentów – z danych GUS wynika, że na uczelni w ubiegłym roku kształciło się zaledwie 167 osób, a teraz jest ich jeszcze mniej. Po drugie problemy finansowe – od 2013 r. w tej placówce jest wdrażany program naprawczy. Stosuje się go do tych uczelni, które kilka lat z rzędu przynoszą stratę.

Uczelnie w pigułce

Uczelnie w pigułce

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

– To byłby pierwszy przypadek całkowitej likwidacji państwowej szkoły wyższej – mówi prof. Jerzy Woźnicki, przewodniczący Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Przedstawiciele PWSZ są zaskoczeni tą informacją. – Widzieliśmy, że w ustawie jest szykowana taka zmiana, ale nie sądziliśmy, że minister zamierza z niej skorzystać – popodkreśla Witold Stankowski, przewodniczący Konferencji Rektorów Publicznych Szkół Zawodowych. – Przecież nasze uczelnie pełnią ważną funkcję w środowisku: kulturotwórczą, społeczną. Często są dla osób po maturze jedyną alternatywą: albo uczelnia w regionie, albo żadna – dodaje.

Właściwy wybór

Eksperci jednak uważają, że plany resortu są słuszne. – PWSZ odgrywają ogromną rolę, ale wszystko ma swoje granice – zaznacza prof. Jan Szmidt, rektor Politechniki Warszawskiej, przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich. I wyjaśnia, że budżet państwa nie może w nieskończoność utrzymywać uczelni publicznych, które w danym regionie nie są potrzebne, o czym świadczy brak kandydatów.

Podobnie uważa prof. Marek Ratajczak, były wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego. – Decyzja o likwidacji powinna być jednak poprzedzona bardzo wnikliwą analizą. Przecież są jeszcze inne możliwości – stwierdza. Szkoła wyższa, zamiast zostać zamknięta, może ulec przekształceniu, np. połączyć się z większą jednostką. – Może się jednak okazać, że likwidacja jest jedyną opcją – mówi Ratajczak.

– Niewykluczone, że muszą z nią się liczyć także inne PWSZ – przyznaje prof. Jan Szmidt.

Nie tylko sandomierska uczelnia boryka się z niedoborem kandydatów. Wśród takich placówek są także szkoły w Sulechowie, Gnieźnie czy Wałczu.

– Minister nauki nie ma zamiaru zamykać tych PWSZ, które dobrze sobie radzą i w regionie znalazło się dla nich miejsce – uspokaja prof. Jan Szmidt. Dodaje, że resort ma środki na pomoc uczelniom i zamierza je wspierać. Z likwidacją muszą się jednak liczyć te, które nie wykorzystają szansy stworzonej przez rząd. – Narzędzie, które wprowadza nowelizacja, jest ostre, więc musi być stosowane z umiarem i ograniczone co do swojego zasięgu – przestrzega prof. Jerzy Woźnicki.

Iluzoryczna ochrona

Co z pracownikami i studentami likwidowanych placówek? Pierwsi trafią na bruk – chyba że resort wraz z uczelnią wypracują rozwiązania osłonowe. Drudzy – trudno powiedzieć. O ile w przypadku uczelni niepublicznych przepisy ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym jasno wskazują, że likwidowana placówka jest zobowiązana zapewnić studentom możliwość kontynuowania nauki w innej uczelni, o tyle takich przepisów brakuje w odniesieniu do szkół państwowych.

– Dostrzegamy ten brak i będziemy zabiegać o to, aby przy okazji prac nad nową ustawą zostało wprowadzone rozwiązanie chroniące tych studentów – zapowiada Piotr Gutowski z Parlamentu Studentów Rzeczypospolitej Polskiej. I dodaje, że obecne uregulowania są niesatysfakcjonujące również z uwagi na to, iż mimo że uczelnia niepubliczna ma obowiązek zapewnienia kontynuacji nauki, to zdarza się, że student trafia na inny kierunek niż ten, na którym się kształcił, i to w placówce znajdującej się kilkaset kilometrów od siedziby poprzedniej uczelni.