Z jednym podręcznikiem przez całe studia. Z wykładowcami tylko na papierze. Ale za to z grantami na edukację, dzięki którym uczelnia przejdzie do historii. Ściemy.
Studentów coraz mniej. A jak mniej studentów, to niższe dochody dla uczelni. Sztuczek, by przetrwać w trudnych czasach i sprawić, żeby interes się kręcił, jest wiele. Można podpierać się znanymi nazwiskami, współpracą z zagranicznymi szkołami lub dodatkowymi udogodnieniami dla studentów. Darmowy rower, miejsce na parkingu czy ekologiczny catering zachęcą kilkunastu, czasem nawet kilkudziesięciu potencjalnych kandydatów. Cel jeden – czesne, kaucje i zaliczki. Ale gdzie w tym wszystkim sens studiowania?
Reklama
Obecni oraz byli studenci przyznają, że wiedza, którą wyszarpali na niektórych uczelniach, jest funta kłaków warta. Że za te pieniądze mogliby opłacić kilka kursów i wybrać się w podróż na drugi kontynent. – Wkuwanie na pamięć podręcznika z lat 90. tylko dlatego, że wykładowca go napisał i wymaga znajomości na blachę, to norma. Tylko po co? – zastanawia się Marcin Kozłowski, były student uczelni technicznej z Warszawy. – I tak żeby mieć szansę na pracę w zawodzie, musiałem uczyć się z zagranicznych publikacji, zrobić kilka kursów i odbyć praktyki u specjalistów z branży. W przeciwnym razie mógłbym co najwyżej pracować w punkcie napraw sprzętu AGD.

Reklama
Bitwa o dusze
Kuszeni przeróżnymi bonusami maturzyści mają wierzyć, że studia na prywatnej uczelni to najlepsze, co może im się po szkole średniej przytrafić. Bez względu na jej rangę oraz wielkość, na jakość programów i wykładowców. A ponieważ nie przemija moda na wyższe wykształcenie, które ma być gwarancją zdobycia pracy, z roku na rok uczelnie muszą coraz agresywniej ze sobą rywalizować o studenckie dusze. I ich pieniądze.
– Maturzystów, zwłaszcza tych z małych miejscowości i wsi, kusi wszystko. Jak taki młody człowiek przeczyta, że studiując, ma przeróżne udogodnienia, a przy okazji będzie się uczył od nazwisk z pierwszych stron gazet, dostaje gęsiej skórki z wrażenia – przyznaje Piotr, doktorant na jednej z uczelni na Mazowszu. – Ale szybko okazuje się, że obiecanki uczelni to pic na wodę. Kiedy student zaczyna zdawać sobie z tego sprawę, jest za późno na wycofanie się. Bo wpisowe i czesne zostały już przelane na konto uczelni. A nikt wtedy się nie przyzna, że popełnił błąd. I brnie w taką uczelnianą ściemę, licząc, że uda się zdobyć papierek, zanim taka szkoła zbankrutuje.
Jak się tę studencką duszę zwabi, niekiedy do uczelni mieszczącej się w wynajmowanej na lewo willi na obrzeżach miasta, to należy zrobić wszystko, żeby przez kolejne cztery lata jej nie wypuścić. – Studiowanie, zwłaszcza na małych uczelniach prywatnych, oznacza często podpisanie cyrografu – mówi mi jeden z tzw. gościnnych wykładowców uczelni w Poznaniu. – Widzę, co podpisują studenci, i czasem aż mną trzęsie. Przyrzekają, że nie spóźnią się z czesnym, a jeśli się spóźnią, to wylecą i jeszcze zapłacą podwójnie za ponowne rozpatrzenie wniosku o przywrócenie do szkoły. Ale bez gwarancji, że ich prośba zostanie spełniona. Im bardziej lokalna i udziwniona uczelnia, tym warunki gorsze.
Cyrograf podpisał 21-letni Antek, student psychologii na prywatnej uczelni w województwie pomorskim. I jak sam mówi, niewiele brakuje, by sam musiał korzystać z terapii. Walka z dziekanatem, dodatkowe koszty, które wyskakują niczym królik z kapelusza. Wszystko to sprawia, że wymarzone studia stały się dla niego przekleństwem. – Gdyby nie świadomość, że jeszcze trochę i studia skończę, to już 10 razy bym zrezygnował. Koszty, jakie poniosłem, są kompletnie nieadekwatne do wiedzy, którą zdobyłem. A raczej na siłę wyciągnąłem. Niestety, ale czas studiów uważam za stracony. Ktoś zarzuci mi, że jak poszedłem na taki „luźny” kierunek, to nie powinienem mieć do nikogo pretensji. Tylko że ja psychologią się interesuję i wiążę z nią plany zawodowe. Gdyby nie wiedza, którą zdobywam na seminariach, konferencjach i wykładach gościnnych w innych placówkach, mógłbym się z planami pracy w poradni psychologicznej pożegnać – uważa Antek.
Stawka większa niż wiedza
Zdaniem studentów oraz specjalistów wykładających gościnnie wykładowcy stacjonarni, związani z uczelniami od lat, często zamiast iść z duchem czasu, robią w tył zwrot. Z uwagi na trudne czasy nie chcą jednak wypowiadać się pod nazwiskiem, bo jak powtarzają, pecunia non olet. – Stali wykładowcy nie są na bieżąco ze zmianami w swojej dziedzinie, mówią o oczywistych oczywistościach, na dodatek w sposób nudny i nieatrakcyjny. Nie czytają zachodnich publikacji, nie otwierają się na nowe tezy, nie dopuszczają dyskusji, a co najgorsze dla młodych ludzi: wierzą w swoją nieomylność – wylicza Piotr. – Najgorzej jest oczywiście w oddziałach zamiejscowych lub na małych uczelniach lokalnych. Tam wykładają przypadkowi edukatorzy, znajomi królika, którzy studentom mają niewiele do powiedzenia, ale za to chętnie pobierają kasę za wykłady.
Przez zatrzymanych w czasie, czasem nieprofesjonalnych wykładowców, wraz ze spadającą liczbą maturzystów pikuje też poziom edukacji. Rosną za to słupki i zyski uczelni. Już przed kilkoma laty Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ostrzegało, że uczelnie nie mogą obciążać studentów konkretnymi kosztami, jednak im dalej od Warszawy i resortowych urzędników, tym mniej uczelni się tymi ostrzeżeniami przejmuje.
Od 1 stycznia 2012 r. obowiązuje tzw. czarny katalog, który precyzuje, za co uczelnie nie mogą pobierać opłat. Ale chociaż zakaz dotyczy m.in. egzaminów czy opłat za złożenie i ocenę pracy dyplomowej, w niektórych szkołach wciąż pieniądze są pobierane. Tyle że wymagane opłaty figurują pod zmienionymi dla niepoznaki nazwami. I tak na przykład w wewnętrznym regulaminie na samym końcu znajduje się adnotacja, że na ostatnim roku pobierane są opłaty za przygotowanie dokumentów do egzaminu dyplomowego. Żeby było ciekawiej, przed wejściem w życie wykazu opłat zakazanych identyczna kwota pobierana była za egzamin. Zgodnie z czarnym katalogiem za łamanie prawa uznaje się też pobieranie opłat za rejestrację studenta na kolejny semestr lub rok studiów, za egzaminy – także poprawkowe, egzamin komisyjny czy dyplomowy. Teoretycznie nie powinno się płacić za dziennik praktyk zawodowych czy wydanie suplementu do dyplomu. I nieważne, jak się owa opłata nazywa, ważne, jaki jest rzeczywisty cel jej pobrania. – Ale nawet podczas kontroli wiele uczelni niepublicznych udaje Greka, tłumacząc, że były przekonane, iż katalog obowiązuje jedynie studentów szkół publicznych – dodaje jeden z wykładowców gościnnych z Poznania.
Po wielu listach ze skargami wnoszonymi anonimowo przez studentów i doktorantów resort wydał nawet specjalny komunikat, w którym wyjaśniał, że katalog opłat zakazanych dotyczy wszystkich, bez względu na rodzaj uczelni. Jakby tego było mało, „ma charakter zamknięty i bezwzględnie nie może podlegać żadnym modyfikacjom”. – O ile student jest w stanie to udowodnić. Przecież wiadomo, że to równoznaczne z rozpoczęciem wojny z dziekanatem i wykładowcami. A jeśli się studiuje, to studia chce się skończyć, a nie wojować z wiatrakami – mówi Anka, studentka III roku pedagogiki z Warszawy.
Najciemniej jest pod latarnią
Nie tylko prywatne uczelnie mają grzeszki na sumieniu. Pod lupą Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów znalazł się m.in. Katolicki Uniwersytet Lubelski. Na KUL nałożono 137 tys. zł kary za stosowanie niedozwolonych klauzul w umowach ze studentami i pobieranie opłat za studia doktoranckie. Zapisy w umowach przewidywały m.in. natychmiastowe skreślenie z listy studentów wszystkich tych, którzy nie wpłacą na czas kolejnej raty czesnego, przy czym uczelnia zatrzymywała pieniądze wpłacone wcześniej. Tymczasem uczelnia najpierw powinna studenta zalegającego z opłatą wezwać do jej uiszczenia, a jeśli ten nadal tego nie zrobi, dopiero wtedy można go skreślić z listy. Nawet wtedy trzeba zwrócić mu tę część opłat, która nie miała pokrycia w udzielonych świadczeniach. Odrębną kwestią były opłaty pobierane przez KUL na studia doktoranckie, które zgodnie z prawem powinny być bezpłatne. Jak oszacował urząd, KUL pobierał za nie opłaty od 2003 r. Przez tyle lat nikt nie reagował. – Mam znajomych, którzy za studia na KUL mogliby sobie kupić dobry samochód – przyznaje Marek, tegoroczny maturzysta z Lublina. – Wielokrotnie zgłaszali do władz, że opłaty za studia doktoranckie są bezprawne, ale wmawiano im, że te studia są takie same jak każde inne. A jeśli za inne się płaci, to za doktoranckie tym bardziej się powinno. Sugerowano im też delikatnie, że jeśli nie chcą płacić, to niech nie liczą na pozytywną opinię przy próbie przeniesienia się na inną uczelnię. Po tym wszystkim omijam KUL szerokim łukiem, a papiery złożyłem w Rzeszowie. Wprawdzie gwarancji też nie mam, ale chociaż nie wiem o wcześniejszych przekrętach, a to już dużo.
Zarzutów wobec uczelni jest wiele. Poza pobieraniem zakazanych opłat wabikiem coraz częściej są podwydziały czy katedry o modnych swego czasu dziedzinach, jak np. marketing sieciowy. – Na tym przejechało się kilka małych uczelni. Tworzyły podwydziały za namową różnych firm marketingowych, reklamowały wykłady z bogami marketingu sieciowego, a po paru miesiącach okazywało się, że bogowie bardziej zainteresowani są nabijaniem kabzy niż dzieleniem się czymkolwiek ze studentami – mówi jeden z doktorantów z Małopolski.
Studia byle jakie
Nielegalnie pobierane opłaty, szantaże studentów, wydziały widma. Gdyby zliczyć wszystkie uczelniane przewinienia, okazałoby się, że studia są dla naiwnych. Kształcenie pozorne, nieprzemyślane kierunki. Seminaria odwoływane w ostatniej chwili i wirtualni wykładowcy, którzy w spisie są, lecz na uczelni nikt ich nigdy nie widział. Mimo to wciąż pokutuje przeświadczenie, że każde studia są lepsze od szkoły przygotowującej do konkretnego zawodu. Certyfikaty, nagrody z niewiadomego źródła tylko te przeświadczenie potęgują. – Zapłacisz, kupisz dobrą butelkę rektorowi i masz dyplom, nawet jeśli praca jest jednym wielkim plagiatem. Nie posmarujesz, to będziesz powtarzał rok – wzdycha jeden z obecnych studentów z Trójmiasta.
Wykładowcy nie czytają zachodnich publikacji, nie dopuszczają dyskusji, a co najgorsze dla młodych ludzi – wierzą w swoją nieomylność – wylicza Piotr, doktorant na jednej z uczelni na Mazowszu. – Najgorzej jest oczywiście w oddziałach zamiejscowych lub na małych uczelniach lokalnych. Tam wykładają przypadkowi edukatorzy, znajomi królika, którzy studentom mają niewiele do powiedzenia, ale za to chętnie pobierają kasę za wykłady
Profesor Bogusław Śliwerski, pedagog związany z Uniwersytetem Łódzkim, przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk, uważa, że Polacy są mistrzami świata w falandyzacji prawa. – Instytucje typu Polska Komisja Akredytacyjna są przykrywką dla dziesiątek pseudoszkółek wyższych, których założyciele „kręcą lody” kosztem naiwnych studentów. Jak wiem także z własnego doświadczenia jako zewnętrzny ekspert PKA, co z tego, że zespół akredytacyjny wykrył poważne naruszenia prawa, skandaliczne błędy, patologie, skoro i tak prezydium organu zmieniało wniosek przewodniczącego zespołu akredytacyjnego z oceny negatywnej czy warunkowej na pozytywną z zaleceniami – uważa prof. Śliwerski. – Kpina. Wyrzucone w błoto pieniądze, stracony czas naukowców, którzy wierzyli, że jadąc na akredytację i formułując rzetelną opinię, spotkają się z konsekwentną i adekwatną do patologii reakcją kierownictwa tego organu. Tak nie było. Ponoć to prawo na to nie pozwala. Tylko kto je tworzy? Może teraz będzie lepiej. Oby.
Profesor na swoim blogu opisuje m.in. przypadek Wyższej Szkoły Kupieckiej w Łodzi. Ministerstwo miało podjąć decyzję o likwidacji tej szkoły na wniosek jej właściciela. Natychmiast pojawiły się oferty innych szkół wyższych, które były gotowe przejąć studentów upadającej placówki. – Doskonale pamiętam lata świetności tej instytucji, ale i czas chylenia się ku upadkowi na skutek fatalnego zarządzania (nieustanne problemy z płatnością pensji, zaleganie z opłatami wobec urzędu skarbowego, ZUS itp.). Mimo wniosku o likwidację szkoła wciąż promowała się m.in. w mediach społecznościowych, a na stronie kusiła oferta: „Szanowni Państwo! Zapraszam serdecznie do Wyższej Szkoły Kupieckiej – jednej z pierwszych niepaństwowych uczelni w województwie łódzkim” – ujawnia prof. Śliwerski.
Właściciele wielu wyższych szkół prywatnych naciągają naiwnych studentów czy kandydatów, bo wiedzą, że oni niczego nie sprawdzą, nie dojdą prawdy. – A im oni dłużej będą wpłacać czesne na konto szkoły czy firmy de facto biznesowej, tym lepiej dla właściciela, bo będzie miał z czego spłacać zaciągnięte długi, pokrywać koszty procesów sądowych, a przy tym jeszcze akumulować na ich koszt własny kapitał (zapisany na kogoś z rodziny) – dodaje na swoim blogu profesor i jasno wypowiada się o firmach, które ze względu na procesy sądowe albo zmieniły nazwę, albo pierwotne logo zastąpiły nowym, albo z kolei przemieszczają się z jednego miejsca na drugie, byle tylko uniknąć weryfikacji. Najważniejsze, przekonuje, by wciskać kit o rzekomo międzynarodowej współpracy (nikt tego nie sprawdzi), o projektach, które kiedyś istotnie były w tych szkołach realizowane, ale dawno już nikt o nich nie słyszał, o rzekomo pozytywnej ocenie PKA (bez ujawnienia, że jest to ocena z zaleceniami, a wcześniej była warunkowa) itd., itp. Jakby tego było mało, niektóre uczelnie ukrywają na swoich stronach kategorię kadra, umieszczając komunikat o aktualizacji strony lub poufności danych i przechowywaniu ich w dziekanacie.
– Może więc i kadra w takim miejscu jest wirtualna? Można bowiem przypuszczać, że takie uczelnie nie mają godnej i kompetentnej do kształcenia studentów kadry albo nie spełniają wymogów formalnych, więc ukrywają te dane przed opinią publiczną. Co z tego, że w przypadku oferty kształcenia na kierunku pedagogika są nawet wymienione nazwiska i stopnie naukowe kadry, skoro kandydat nie jest w stanie sprawdzić, czy ta kadra jest rzeczywiście kwalifikowana, czy spełnia akademickie lub oświatowe wymogi? To samo w przypadku regulaminu stypendialnego, kiedy uczelnia zabezpiecza się dość wątpliwym prawnie przepisem, że podmiot przyznający stypendium zastrzega sobie prawo do zmiany wysokości każdego stypendium w przypadku obniżenia dotacji lub zmian organizacyjnych. Tymczasem nie ma podstawy prawnej, na którą zezwoliłoby resortowi edukacji, by obniżyć komuś stypendium ze względu na „zmianę organizacyjną” – podkreśla profesor. – Owa „zmiana organizacyjna” oznacza, że jak np. właściciel takiej uczelni stwierdzi, że trzeba ją zlikwidować, skubnie sobie jeszcze z budżetowej dotacji na własny użytek. Co z tego, że jakaś szkoła była pierwszą czy najbardziej znaną w danym mieście lub regionie? Firma Amber Gold też była znana, a jej koniec zna duża część Polaków – kwituje profesor.
Czy to koniec
Czy liczbę nieuczciwych pseudouczelni zmniejszy niż demograficzny? Za kilka lat w Polsce może być niecały milion studentów zarówno uczelni publicznych, jak i prywatnych. W porównaniu do dwóch milionów w 2005 r., z czasów wielkiego boomu, to liczba drastycznie mała. Z raportu „Demograficzne tsunami” sporządzonego przez Instytut Rozwoju Kapitału Intelektualnego im. Sokratesa, wynika, że w każdym kolejnym roku aż do 2020 r. łączna liczba osób w wieku od 19 do 24 lat będzie malała. W roku 2020 spadek wyniesie aż 31 proc., co oznacza, że niemal o jedną trzecią zmniejszy się grupa potencjalnych studentów w tzw. wieku tradycyjnym.
Wszystko to sprawi, że przyszli studenci spokojnie znajdą miejsce na uczelniach publicznych. O ile te nie staną się płatne. Według Instytutu Sokratesa jeden z czarnych scenariuszy przewiduje wprowadzenie odpłatności na kierunkach dziennych uczelni publicznych. A to paradoksalnie może sprawić, że uczelnie prywatne nie będą skazane na zagładę. – Po pierwsze odpłatne studia prywatne mogą być tańsze niż publiczne, a po drugie będzie można studiować bliżej miejsca zamieszkania, odejdą więc koszty dojazdów czy wynajmu mieszkania lub akademika – mówi jeden z obecnych doktorantów.
Fatalną sytuację uczelni potwierdza raport prof. Jerzego Wilkina przygotowany na zlecenie Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP). Z raportu wynika, że rywalizacja o studentów między placówkami publicznymi a niepublicznymi, jak i między uczelniami publicznymi a ich wydziałami, prowadzi i będzie prowadzić do coraz większego łagodzenia kryteriów przyjmowania na studia i egzaminowania. Już teraz uczelnie przyjmują niemal każdego, a na niektórych kierunkach wciąż zostają wolne miejsca. W 2017 r. maturę może zdawać około 259 tys. młodych ludzi, tymczasem zgodnie z prognozą GUS miejsc na pierwszym roku w szkołach publicznych będzie około 268 tys. A to oznacza uczelnianą zapaść. Już teraz blisko 30 prywatnych szkół wyższych jest w stanie likwidacji, a 41 z ponad 300 takich uczelni zostało zamkniętych, przejętych lub wykupionych.
Profesor Śliwerski dowiedział się niedawno o wykupie jednej z warszawskich prywatnych szkół wyższych przez drugą, poznańską. I pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że 20 lat ciężkiej pracy na wizerunek, kapitał i dorobek naukowy musiał ulec tzw. wyprzedaży. Mimo prób nie znaleziono inwestora, który chciałby wesprzeć uczelnię. – Dotychczasowego właściciela uczelni już nie było stać na utrzymanie potencjału naukowego, a zatem stanął przed dylematem: doprowadzić ją do bankructwa lub poszukać zewnętrznego inwestora. Niestety, nie w gospodarce, tylko wśród bogatszych biznesowo, lecz bardzo słabych akademicko podmiotów w innym mieście. A nabywca, jak przypuszczam, był zainteresowany tym, żeby nie inwestować we własne środowisko akademickie, a mieć już „gotowe” uprawnienia do nadawania stopnia naukowego doktora w określonej dziedzinie naukowej – zauważa profesor.