Na jego podstawie autorzy i wydawcy przygotowują podręczniki, nauczyciele programy nauczania, a Centralna Komisja Egzaminacyjna układa testy na koniec szkoły. Na razie program gotowy jest dla podstawówki i szkół branżowych, czyli następców dzisiejszych zawodówek. W przygotowaniu są kolejne dokumenty – dla liceum i technikum.

Według zapewnień MEN prace nad podstawą trwały rok – od lutego ubiegłego roku. W listopadzie resort udostępnił pierwszy szkic dokumentu. Od tego czasu zbierał do niego uwagi. Łącznie naukowcy, społecznicy, nauczyciele, związkowcy przysłali ich ok. 800.

O   ile kolejne etapy prac były przez MEN ujawniane, o tyle wiedzą tajemną pozostaje, kto dokładnie dokumenty przygotował. Resort ujawnił jedynie nazwiska szefów zespołów. Tymczasem dokumenty opracowywało łącznie ponad 170 osób. MEN zapłaciło im 831 tys. zł, poszczególne osoby otrzymały od 500 do 8 tys. zł.

O   nazwiska ekspertów pytaliśmy resort kilkakrotnie. Najpierw – za pośrednictwem biura prasowego. Następnie, kiedy odpowiedzi na pytania nam odmówiono, poprzez wniosek o dostęp do informacji publicznej. Także taka ścieżka nie przyniosła jednak rezultatów. Minister Anna Zalewska wydała decyzję o tym, by informacji nam odmówić. Przyznała, że nazwiska ekspertów przygotowujących podstawę programową są informacją publiczną, ale nie podlegają udostępnieniu w trybie ustawy. W interpretacji ministerstwa dotyczą bowiem sfery prywatności ekspertów, zwłaszcza powiązane z wynagrodzeniem, które otrzymali za pracę na rzecz MEN. Jak napisała Anna Zalewska, resort nie zbierał od ekspertów oświadczeń, że ci rezygnują z przysługującego im prawa do ochrony prywatności.

Dlaczego nazwiska osób tworzących podstawy programowe są ważne? Wbrew pozorom nie chodzi o pieniądze. Koszt prac jest porównywalny do tego, który MEN poniosło przy poprzedniej zmianie rozpoczętej dziewięć lat temu. Podstawa pisana za czasów minister Katarzyny Hall kosztowała 10 mln zł. Podobnie jak teraz prace sfinansowano ze środków europejskich. Pracowało nad nią ok. 100 osób. Dużo ważniejsze niż wynagrodzenia jest to, gdzie jeszcze eksperci opracowujący podstawę są zatrudnieni. To, że MEN nie chce ujawnić nazwisk, może być sygnałem ostrzegawczym.

Minister Katarzyna Hall (w rządzie Donalda Tuska – red.) także przez wiele miesięcy nie chciała ujawnić, kto przygotowuje na jej zlecenie „rozkłady jazdy” dla szkoły. Podobnie jak dziś znani byli tylko szefowie zespołów pracujących nad dokumentami. Kiedy wreszcie dziennikarzom udało się dotrzeć do nazwisk autorów podstaw, okazało się, że część z nich równolegle... pisze podręczniki. Tę sytuację wielokrotnie potępiali posłowie Prawa i Sprawiedliwości. Jacek Sasin w interpelacji do MEN ostrzegał: „osoby te mogły wykorzystać swoją pozycję eksperta do realizacji partykularnych interesów, tj. doprowadzenia do wykorzystania podręczników ich autorstwa, nie zważając przy tym na kwestie merytoryczne”.

P race nad poprzednią podstawą w podobnym duchu wielokrotnie komentowała też minister edukacji Anna Zalewska. Przekonywała, że jej dokumenty wyznaczą w tej kwestii inny, lepszy standard. Jeśli minister chce pozostać wiarygodna, powinna więc opublikować listę ekspertów. Inaczej zawsze będzie narażona na oskarżenia podobne do tych, które spotkały jej poprzedniczkę. W czasie konsultacji podstawy programowej przedstawiciele oświatowej Solidarności zwrócili na przykład uwagę, że w jednym z  dokumentów nazwy kolejnych działów wręcz pokrywają się z nazwami działów konkretnego podręcznika. Dobrze byłoby takie wątpliwości rozwiewać od razu.

Zwłaszcza że w środowisku oświatowym zatrudnianie ekspertów rządowych instytucji jest w cenie. Mechanizm tak opisywał kiedyś na swoim blogu łódzki nauczyciel Dariusz Chętkowski: „Ekspert jest cenny dla prywatnych firm, ponieważ wcześniej zna nowe wymagania i standardy egzaminacyjne. Nie byłoby tak, gdyby zmiany w prawie oświatowym i w zasadach egzaminowania opracowywano odpowiednio wcześniej. Ponieważ jednak dzieje się to na ostatnią chwilę, wydawnictwo musi znaleźć człowieka, który ma dostęp do informacji”.

Nie podając nazwisk ekspertów, którzy tworzyli podstawę programową, minister wystawia się też na inne zarzuty, na przykład o to, że plan nauczania powstawał w chaosie. Zwłaszcza w kontekście tego, że listę „generałów” opublikowano dopiero w połowie września, a już po kilku dniach od oficjalnej prezentacji „Gazeta Wyborcza” donosiła, że cztery osoby z zadania zrezygnowały. Jeśli faktycznie zespoły zebrano dopiero wtedy, oznacza to, że podstawa powstawała nie rok, a pięć miesięcy.

Odmawiając nam ujawnienia listy, MEN podał jednak inne, bardzo ciekawe informacje – dotyczące tego, w jaki sposób programy powstawały. Według ujawnionych danych z ekspertami zawarto umowy cywilnoprawne. Na ich podstawie przygotowywali oni „określone części założeń podstawy programowej”. Finalnie jednak osoby te „nie miały jakiegokolwiek wpływu na to, czy i w jakim zakresie opracowane przez nich materiały zostaną wykorzystane przez ministra edukacji narodowej w  pracach legislacyjnych nad projektem rozporządzenia”. Oznacza to, że resort mógł posłuchać sugestii ekspertów, a potem przyjąć je lub w całości odrzucić. Może być więc też i tak, że ostateczna wersja dokumentów nie ma nic wspólnego z ekspercką pracą. W tym kontekście nic dziwnego, że przygotowujący dokumenty naukowcy woleliby pozostać anonimowi.

Jeśli tak nie jest, a   podstawa ma merytoryczne uzasadnienie w   pracy ekspertów, MEN tym bardziej powinien odkryć karty.

Resort ujawnił jedynie nazwiska szefów zespołów. Tymczasem dokumenty opracowywało ok. 170 osób