MEN chce w ramach zmian w systemie oświaty wyregulować na nowo pracę uczniów i nauczycieli, ale wydaje sprzeczne ze sobą dokumenty.
Reforma oświaty ruszyła z kopyta – do końca marca samorządy mają czas, by ustalić, gdzie dzieci będą zdobywać wiedzę po tym, jak z gmin znikną gimnazja. Dziś minister edukacji podpisze natomiast rozporządzenie w sprawie podstaw programowych, które określa, czego w placówkach ma uczyć się młodzież. W kolejce czeka jeszcze jedno – dotyczące ramowych planów nauczania. Ono ustala plany lekcji – mówi o tym, ile godzin danego przedmiotu trzeba będzie przeprowadzić i w której klasie. Pedagodzy alarmują, że dwa ostatnie dokumenty stoją ze sobą w sprzeczności, zagrażając reformie.
Oto przykłady. Na przedmiot technika zarezerwowano w ramowych planach nauczania jedną lekcję tygodniowo w klasach 4, 5 i 6. Tymczasem w podstawie programowej do tych lekcji znalazły się zalecenia, by technikę prowadzić w dwugodzinnych blokach. „Pozwoli to na sprawną organizację procesu lekcyjnego oraz możliwość zrealizowania przez uczniów wszystkich czynności składających się na pełny cykl działalności technicznej” – uzasadniają celowość takiego działania autorzy dokumentu. Zapis pozostanie jednak jedynie na papierze – dyrektor podstawówki, nawet gdyby chciał, nie może przenieść lekcji techniki między klasami tak, by czwartoklasista nie miał żadnej takiej godziny, za to piątoklasista dwie. Zabrania tego ramowy plan nauczania.