Spada liczba osób leczących się w ramach ubezpieczenia zdrowotnego w poradniach specjalistycznych. I to znacząco, mimo że potrzeby medyczne ewidentnie rosną, m.in. z powodów demograficznych
Reklama
Walka z kolejkami do specjalistów przybrała dość nieoczekiwany kształt. Otóż lekarze POZ zrealizowali w 2016 r. o 2,6 proc. więcej wizyt rok do roku. Równocześnie liczba wizyt u specjalistów nieznacznie spadła (o 0,3 proc.). Podobnie było pod względem liczby korzystających ze świadczeń – w podstawowej opiece rosła, u specjalistów spadała. Ten sam trend utrzymał się w pierwszym półroczu 2017 r. – wynika z danych NFZ, do jakich dotarliśmy.
I tak z podstawowej opieki zdrowotnej w pierwszych sześciu miesiącach roku skorzystało 23,47 mln osób, wobec 23,33 mln rok wcześniej. Z kolei z ambulatoryjnej opieki specjalistycznej korzystało odpowiednio 13,79 mln wobec 13,97.
Skąd taka zmiana?
Rosnąca popularność i tak przeciążonych już gabinetów lekarzy rodzinnych ma proste przyczyny. Nie chodzi o powtarzane przez polityków i ekspertów hasła, by więcej spraw załatwiać właśnie u nich. Gdyby pacjenci mieli wybór, pewnie w większości nadal woleliby leczyć się np. u endokrynologa, diabetologa czy kardiologa. Ale mają z tym coraz większy problem. Na przykład na wizytę u endokrynologa czekało się w zeszłym roku średnio 194 dni, a lista oczekujących przekraczała w grudniu 108 tys. osób. Do specjalisty od chorób zakaźnych pacjenci czekali ok. trzy miesiące.
Powód: nakłady na opłacenie wizyt u specjalistów prawie nie rosną. Pacjenci w POZ, gdzie fundusz nie płaci za każdą wizytę, tylko rodzaj ryczałtu, są przyjmowani tego samego dnia lub w ciągu dwóch, trzech kolejnych, a nie za parę miesięcy. Dodatkowo większe wykorzystanie POZ wynika z poszerzania kompetencji lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej i przyznaniu im (i zatrudnionym w POZ pielęgniarkom) wyłączności na przepisywanie recept na leki 75 plus (wydawane seniorom bezpłatnie). Część seniorów przestało po wypisywanie recept chodzić do specjalistów, co akurat jest zjawiskiem korzystnym.
– Mamy chroniczny deficyt finansowy w ochronie zdrowia, zwłaszcza w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej – podkreśla Małgorzata Gałązka-Sobotka z Uczelni Łazarskiego, która zasiada też w Radzie NFZ. Podkreśla, że załatwianie większej liczby spraw na poziomie POZ jest, co do zasady, zjawiskiem dobrym. – Pozostaje pytanie, czy faktycznie część z pacjentów, którzy otrzymali pomoc tylko od lekarza rodzinnego, nie powinna jednak trafić do specjalisty – pyta Gałązka-Sobotka.
Podkreśla, że dostęp do specjalistów w poradniach powinien być poszerzony, ponieważ wielomiesięczne kolejki powodują m.in. pogorszenie stanu zdrowia części pacjentów, dłuższe absencje w pracy czy zwiększoną liczbę hospitalizacji. Te dodatkowe koszty mogą być wyższe niż sfinansowanie większej liczby wizyt czy diagnostyki.
– Nadzieją na rozwiązanie pata w tym obszarze jest koordynacja opieki nad pacjentem, zwłaszcza chorym przewlekle, z poziomu podstawowej opieki zdrowotnej z lekarzami specjalistami – dodaje.
Zakup świadczeń nie z budżetu
Jednak nawet koordynacja nie załatwi głównego problemu, czyli braku pieniędzy na zakup większej liczby świadczeń.
Przypomnijmy, że pod koniec sierpnia powstał projekt, zgodnie z którym z budżetu państwa miałoby trafić 2,8 mld zł na zakup dodatkowych świadczeń, co skutkowałoby skróceniem kolejek, oraz zakup sprzętu medycznego. Ostatecznie w rządowej specustawie, którą w tym tygodniu podpisał prezydent Andrzej Duda i która od razu weszła w życie, znalazło się niespełna 282 mln zł dofinansowania z budżetu. I to na zakupy sprzętu. Na skracanie kolejek pieniądze trafią z rozwiązanego funduszu zapasowego NFZ. To w sumie ok. 764 mln zł. Tyle tylko, że trudno nazwać to dodatkowymi środkami, bo to pieniądze ze składek zdrowotnych, które i tak trafiłyby na opłacenie leczenia i refundację leków.
Kolejną kwestią jest pogłębiający się brak kadr lekarskich. W tym przypadku znalezienie pieniędzy na lepsze płace i zwiększenie naboru na studiach medycznych nie przyniesie efektu natychmiast, lecz w perspektywie kilkunastu lat.
– Dobrze, że to POZ staje się pierwszym miejscem, gdzie zgłasza się pacjent z chorobą, ale ta tendencja może się zmienić, jeśli przed gabinetem lekarza rodzinnego ustawią się długie kolejki – mówi Jacek Krajewski, lekarz rodzinny i szef Porozumienia Zielonogórskiego.
Sposobem na to jest zainwestowanie w zwiększenie liczby lekarzy i stworzenie zachęt do specjalizowania się właśnie w medycynie rodzinnej.