Przyznaję, że jeszcze kilka lat temu podśmiewałem się z samochodów elektrycznych. I to wcale nie pod nosem. Głośno z nich szydziłem, wypominając im brak charakteru, spartańskie wnętrza, osiągi wózka golfowego i ogólną brzydotę. Wydawało mi się, że będą miały równie świetlaną przyszłość co mała antylopa, która odłączyła się od stada i zabłądziła na sawannie. Mówiąc wprost, czekałem na ich rychłą śmierć. Ale ta nie nadeszła. Przeciwnie – auta na prąd zaczęły nabierać życia.
Na rynku dostępnych jest obecnie kilkanaście modeli. Najczęściej zbudowanych od podstaw jako elektryczne (np. Nissan Leaf, BMW i3, Reanult Zoe, Tesla), ale także zwykłych, tyle że w wersjach z akumulatorami (choćby Volkswagen e-Golf czy e-up!). I wygląda na to, że ta gama będzie się powiększała z każdym miesiącem. Z prostego powodu: bardzo spodobały się Europejczykom. Tylko w III kwartale tego roku w krajach UE i EFTA sprzedano 48 tys. elektryków (nie licząc różnego rodzaju hybryd). A prognoza na cały rok mówi o niemal 200 tys. takich aut – to 600 proc. więcej niż w 2013 r! Eksperci twierdzą, że jeżeli rynek nadal będzie rozwijał się w takim tempie, to do pierwszego sprzedanego w ciągu jednego roku miliona dojedziemy już za cztery, pięć lat. W tym kontekście zapowiedzi polskiego rządu o tym, że za 10 lat po naszych drogach będzie jeździło milion elektryków, przestają brzmieć jak fantazje pensjonariusza zakładu dla obłąkanych.
Nie zmienia to faktu, że pytań bez odpowiedzi nadal jest wiele: co z infrastrukturą do ładowania? Jak w nowej rzeczywistości odnajdzie się branża energetyczna? W jaki sposób rząd zrekompensuje sobie spadek wpływów z akcyzy zawartej w tradycyjnych paliwach? Jak często będziemy musieli wymieniać akumulatory? W jaki sposób będą one utylizowane?