Coraz mniej śmieci trafia na wysypiska. Do 2020 r. nie więcej niż 35 proc. masy odpadów komunalnych, które ulegają biodegradacji, może być przekazanych do składowania. Taki obowiązek nakłada na nas unijna dyrektywa.
Tymczasem jak wynika z najnowszych danych resortu środowiska, w zeszłym roku osiągnęliśmy o wiele lepszy wynik. Gminy przekazały na wysypiska 28 proc. odpadów, choć zgodnie z unijnymi przepisami mogły aż 50 proc. Tak wynika z najnowszej analizy Ministerstwa Środowiska „Obowiązujące poziomy recyklingu i odzysku odpadów w dokumentach UE wobec Polski – stan obecny i zagrożenia”.
Reklama

Reklama
– Polska w tym zakresie wywiązała się z dyrektywny – ocenia skuteczność działań podejmowanych na rzecz segregacji śmieci Ministerstwo Środowiska.
Nie tylko ze zmniejszaniem liczby składowanych śmieci radzimy sobie dobrze, ale również ze zwiększaniem poziomów recyklingu. Trafiło do niego w 2015 r. 26 proc. odpadów komunalnych, podczas gdy wymaganych było zaledwie 16 proc. Resort martwi się jednak o plany Komisji Europejskiej, która chce w przyszłości stosować bardziej wyśrubowane normy. Zgodnie z założeniami od 1 stycznia 2025 r. kraje unijne powinny odzyskiwać 60 proc. odpadów, a od 2030 r. – 65 proc. – Osiągnięcie tych poziomów może okazać się niemożliwe – uważa resort środowiska. Ponieważ oznacza to dla Polski, że musiałaby dynamicznie przyśpieszyć z recyklingiem śmieci komunalnych – nie wystarczyłby już kilku procentowy wzrost z roku na rok.
Kolejną kategorią, w której wypadamy lepiej niż unijne wymogi, jest recykling odpadów budowlanych i rozbiórkowych. W 2015 r. Polska miała ponownie wykorzystać 40 proc. z tych, które wyprodukowała. A osiągnęliśmy wskaźnik aż 105 proc. – ponieważ odzyskaliśmy część odpadów składowanych także w latach ubiegłych. Tymczasem Unia wymaga 70 proc. i to dopiero w 2020 r.
Zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny również zbieramy skuteczniej, niż jest to wymagane. Limit to przynajmniej 4 kg urządzeń na osobę, tymczasem w 2015 r. udało się osiągnąć średnią ponad 4,9 kg na mieszkańca. Resort zapowiada jednak okreslenie kolejnych wymogów. Podmioty wprowadzające sprzęt na rynek będą zobowiązane w latach 2016–2020 do osiągnięcia minimalnych rocznych poziomów, które wyniosą nie mniej niż 40 proc. masy urządzeń wprowadzonych do obrotu w trzech poprzednich latach, a w przypadku oświetlenia – nie mniej niż 50 proc. W resorcie środowiska właśnie trwają prace nad projektem rozporządzenia, który określi minimalne poziomy sprzętu do zebrania do 2020 r. Na razie zatem trudno ocenić, jak poradzą sobie firmy z tym wymogiem. Główny inspektor ochrony środowiska, który co roku przekazuje ministrowi środowiska raport o funkcjonowaniu systemu gospodarki zużytym sprzętem, dopiero w lipcu 2017 r. przedstawi informacje za rok obecny.
To, czego z raportu resortu środowiska się nie dowiemy, to poziom wywiązania się przez Polskę z wymogu zbierania zużytych baterii i akumulatorów. Do 26 września 2016 r. powinniśmy osiągnąć 45 proc. GIOŚ prześle te dane dopiero w maju 2017 r. Z informacji za 2015 r. wynika, że Polska osiągnęła poziom 38 proc. Resort ma jednak plan awaryjny. – W przypadku nieuzyskania przez nasz kraj wymaganego poziomu w 2016 r. możliwe jest podjęcie kroków stymulujących zbieranie tego typu odpadów – wskazuje resort. Już zgodnie z obecnymi przepisami ustawy o bateriach i akumulatorach (Dz.U. z 2016 r. poz. 1803), podmiot wprowadzający je do obrotu, który nie osiągnie rocznych poziomów odzysku zużytych elektroodpadów tej kategorii, ma obowiązek uiścić opłatę produktową. Obecnie jej wysokość to 9 zł za 1 kg. Tymczasem może ona wzrosnąć nawet do 12 zł. – Byłoby to skutecznym bodźcem ekonomicznym służącym zapewnieniu osiągnięcia wskazanego poziomu zbierania zużytych baterii i akumulatorów – uważa MŚ.
Na wysypiska trafiło w 2015 r. 28 proc. odpadów. Zgodnie z przepisami UE mogło aż 50 proc.