Samorządowców przede wszystkim nurtują zmiany przepisów, które zakładają zatrzymanie sześciolatków w szkołach czy zastopowanie procesu prywatyzacji placówek służby zdrowia. Wejście nowych przepisów oświatowych to dla nich nie tylko problemy finansowe, ale także organizacyjne. Bo już na początku przyszłego roku będą musieli zmierzyć się z przeładowanymi przedszkolami i pustymi pierwszymi klasami.

Urszula Wróblewska

Urszula Wróblewska

źródło: DGP

A w planach jest przecież jeszcze likwidacja gimnazjów, choć resort powoli zdaje się z tego pomysłu wycofywać. Z kolei zastopowanie prywatyzacji szpitali w obecnym kształcie to tylko generowanie długów przez placówki medyczne. Bo co z tego, że samorządy nie będą musiały spłacać zadłużenia na bieżąco? Przecież dostawcy prądu, lekarstw czy sprzętu medycznego nie będą w nieskończoność kredytować placówek. W przeszłości już bywało tak, że chorzy przebywający w szpitalach musieli sami kupować leki. Do tego jeszcze dochodzi kwestia infrastruktury. Na remonty budynków stać tylko najbogatsze jednostki samorządowe. Placówki znajdujące się w średnich gminach ledwo wiążą koniec z końcem. Resort zdrowia jednak tego zdaje się nie zauważać, a oponentom odpowiada, że nowelizacja ustawy o działalności leczniczej nie zakazuje samorządom poszukać inwestorów. Tylko jaki prywatny podmiot zdecyduje się inwestować w placówkę medyczną, jeżeli nie będzie mógł mieć pakietu większościowego? Zarazem oddala się kwestia nowej wyceny przez NFZ świadczeń medycznych. Czy w tej sytuacji należy się dziwić, że w samorządach coraz częściej pojawiają się głosy, że jeśli rząd chce prowadzić centralną gospodarkę, to niech to robi za własne pieniądze – czytaj: niech przejmie szkoły, szpitale i nimi zarządza.

Niepokój panuje także w urzędach rządowych. W tym przypadku chodzi o nowelizację ustawy o służbie cywilnej. I choć posłowie PiS twierdzą, że zarzuty o upolitycznieniu administracji są wyssane z palca, to zarazem dodają, że poprzedni rząd – PO-PSL – też przeprowadzał zwolnienia. Czy tak powinna wyglądać merytoryczna dyskusja w Sejmie? Moim zdaniem nie. Niestety nasi parlamentarzyści zawsze mieli z tym problemy. Prawie każda partia rządząca okopywała się na zajętych pozycjach, ignorując propozycje czy uwagi opozycji, nawet wówczas, gdy były one jak najbardziej zasadne.