Problem ten dotyczy głównie czterech płaszczyzn tematycznych: mienia zabużańskiego, dekretu Bieruta odnoszącego się do granic historycznej Warszawy, przemysłu i nieruchomości ziemskich. Pierwszy z tych problemów został właściwie już rozwiązany, natomiast pozostałe ciągle nie. Dlatego należy stwierdzić, że senatorski projekt nowelizacji to długo oczekiwana i pożądana społecznie inicjatywa, aczkolwiek moim zdaniem spóźniona i zapewne obliczona na efekt wyborczy w nadchodzącej kampanii parlamentarnej.

Niemniej jednak przyjęta przez Sejm nowelizacja daje publicznym podmiotom instrumenty do obrony przestrzeni publicznej w Warszawie. Ustawa ta, jako akt generalny i abstrakcyjny stara się równoważyć wartości konstytucyjne, w tym przypadku prawo własności czy użytkowania wieczystego właścicieli znacjonalizowanych nieruchomości i ich spadkobierców, z zadaniami publicznymi, jakie miasto stołeczne Warszawa jest zobligowane realizować zarówno na zasadzie domniemania kompetencyjnego gminy, jak i te uwarunkowane jej stołecznym charakterem. Należy także wspomnieć, iż problem reprywatyzacji jest kwestią wspólną wszystkich krajów naszego regionu, które doświadczyły rządów komunistycznych. W wielu z nich już na początku lat dziewięćdziesiątych uchwalono ustawy o zwrocie własności. Stało się tak na Węgrzech (1991), w Bułgarii (1992), w byłej Czechosłowacji (w latach 1990–1991 uchwalono cztery ustawy reprywatyzacyjne). Podobną drogą poszły kraje bałtyckie (w szczególności Łotwa i Estonia), które w sposób jednoznaczny zerwały z sowieckim dziedzictwem prawnym. W Polsce próbę systemowego rozwiązania tego problemu podjęto w III kadencji Sejmu. Niestety, nie zakończyła się ona sukcesem z powodu prezydenckiego weta.

Oczywiście przywracanie własności tak dziś, jak i dawniej nie było sprawą łatwą ani pewną. Można zauważyć, że w II Rzeczypospolitej również nie dokonano zwrotu majątków. Przy czym osobami poszkodowanymi przez Imperium Rosyjskie były osoby zaangażowane w działalność niepodległościową, nie zaś osoby przypadkowe, które w dzisiejszych warunkach pojawiają się częstokroć znikąd, przypominając sobie o własności sprzed kilkudziesięciu lat. Władze II Rzeczypospolitej zwlekały z rekompensatą, obawiając się niekorzystnych skutków dla budżetu państwa. Próbę uregulowania problemu podjęto dopiero na początku lat trzydziestych po wielu negatywnych dla Skarbu Państwa orzeczeniach sądowych nakazujących zwrot mienia w naturze. Czyż nie przypomina to nam obecnej sytuacji? Wszak ubiegłotygodniowa ustawa jest reakcją na kolejne przegrane przez miasto stołeczne Warszawa procesy sądowe.

Uchwalona ustawa, choć tylko częściowo rozwiązuje problem reprywatyzacji, jest próbą znalezienia balansu pomiędzy interesem społecznym a interesem indywidualnym. Nie można bowiem doprowadzić do sytuacji, w której działania służące naprawianiu krzywd z przeszłości rodziłyby krzywdę współcześnie. Tymczasem wedle informacji stołecznego ratusza roszczenia dotyczą około stu boisk szkolnych, trzydziestu parków i skwerów i aż około dwóch tysięcy budynków, w dużej mierze kamienic czynszowych zamieszkałych przez kilkanaście tysięcy osób. Przywrócenie do stanu sprzed nacjonalizacji spowodowałoby gigantyczne problemy miasta, których rozwiązanie pokrywane byłoby ze śroków publicznych. Jeżeli dopuszczono by szerszą rewindykację mienia przez byłych właścicieli, wówczas należałoby dokonać policzenia kosztów, jakie zostały poniesione na odbudowę i utrzymanie nieruchomości, w stosunku do których wysuwają oni swoje roszczenia. I stosownie do tego pomniejszyć należne im odszkodowanie za nieruchomość. Jednocześnie w przypadku nieruchomości położonych w Warszawie należy zauważyć, że szacunek wartości powinien być dokonywany nie obecnie, tylko stosownie do momentu przejęcia nieruchomości przez m.st. Warszawę. Powód? W przeważającej większości były to porzucone ruiny.

Mimo pozytywnej oceny inicjatywy i jej efektu w postaci ustawy sam akt normatywny nie jest jednak, moim zdaniem, pozbawiony wad. Po pierwsze, przepisy przejściowe ustawy są zbyt lakoniczne. Niestety ich stosowanie może sprawiać w praktyce niemałe problemy – nie chodzi tutaj tylko o organy administracji publicznej, lecz także o sądy. Bo to, że część spraw będzie znajdowała swój finał w sądzie, nie ulega wątpliwości.

Kontrowersje wzbudza także okres wejścia w życie ustawy – jakkolwiek przekraczający standardowe 14 dni, jest z całą pewnością za krótki na zapoznanie adresatów – w tym spadkobierców, urzędników czy sędziów – ze zmianami. Wydaje się także, że zmiana w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym jest zbędna. A dokonanie takiej nowelizacji kodeksu powinno nastąpić raczej w wyniku działań Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego, a nie w ustawie nowelizującej obowiązujące przepisy. Brakuje mi również kalkulacji finansowej, czyli rzetelnej wyceny skutków tej regulacji.

Te mankamenty legislacyjne oczywiście nie dają argumentów, żeby stwierdzić, iż ustawa jest niekonstytucyjna, zła czy niepotrzebna. Warto także pamiętać, że jest to jedynie fragmentaryczna regulacja, a przecież Polacy utracili swoje nieruchomości na rzecz kolektywnej własności państwowej w wyniku nie tylko zmiany granic państwa czy dekretu warszawskiego Bieruta, lecz także wielu innych aktów prawnych. Dlatego mimo jej ułomności należy tę próbę ustwodawcy docenić. Jest ona pozytywna także z punktu widzenia atrakcyjności inwestycyjnej miasta. Z powodu niejasności – co do stanu prawnego nieruchomości – nie doszło już do wielu inwestycji. Miejmy nadzieję, że teraz łatwiej będzie też tworzyć lokalne plany zagospodarowania przestrzennego.