Dziś forma referendum ma dla władz wykonawczych i stanowiących raczej charakter aktu informacyjnego, a nie decyzji. Dlatego proponujemy referendum bezprogowe, czyli ważne bez względu na liczbę osób w nim uczestniczących. Oczywiście dla uruchomienia takiego procesu referendalnego potrzebna jest określona liczba osób, czyli 10 proc. uprawnionych do głosowania. - mówi Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta.
Reklama

Po wakacjach parlament zajmie się prezydenckim projektem ustawy samorządowej. Jakie zmiany ona wprowadza na szczeblu lokalnym?

Reklama
Rozszerza klauzulę domniemania kompetencyjnego samorządów, w szczególności gmin. Jeżeli ustawa nie zastrzega dla organów innych władz publicznych jakichś kompetencji, to znaczy, że z natury rzeczy mogą być one realizowane przez samorząd. Niestety, w praktyce często jest to kwestionowane. Samodzielność to fundament samorządności, pozwalający dostosować sposób działania do potrzeb lokalnej społeczności. W ustawie proponujemy zapis, zgodnie z którym to rada dookreśla, jakiego rodzaju zadania dany samorząd ma w zakresie swoich kompetencji realizować. Druga kwestia to sposób realizacji zadań publicznych. Problem ten uwidocznił się szczególnie przy wdrażaniu ustawy o pieczy zastępczej, przygotowanej przez parlament, nawiasem mówiąc bez oceny skutków tej regulacji. Spowodowała ona duże problemy kosztowe po stronie samorządów. Projekt prezydencki stara się wprowadzić większą możliwość efektywnego wykonywania zadań publicznych lokalnej społeczności.

Dlaczego samorządy storpedowały poprzednią wersję tego projektu, w którego nazwie była mowa o wzmocnieniu udziału mieszkańców?

W poprzedniej wersji projektu wpadliśmy w pułapkę być może nadmiernej mądrości ustawodawcy. Zaproponowane wówczas normy prawne zbyt szczegółowo decydowały o tym, w jaki sposób pewne regulacje prawne byłyby obowiązujące dla samorządów. Wiele samorządów już wypracowało sposoby współdziałania z mieszkańcami i nie ma sensu ich zmieniać. To organ stanowiący powinien o tym decydować.

Można odnieść wrażenie, że Polacy polubili referenda lokalne. Czy prezydent ma zamiar ułatwić mieszkańcom korzystanie z tego narzędzia?

Dziś forma referendum ma dla władz wykonawczych i stanowiących raczej charakter aktu informacyjnego, a nie decyzji. Dlatego proponujemy referendum bezprogowe, czyli ważne bez względu na liczbę osób w nim uczestniczących. Oczywiście dla uruchomienia takiego procesu referendalnego potrzebna jest określona liczba osób, czyli 10 proc. uprawnionych do głosowania. Jeżeli wyniki referendów miałyby powodować, zdaniem władz samorządowych, istotne konsekwencje dla budżetu gminy lub konieczność zaciągania dodatkowych środków finansowych, to wówczas władza miałaby prawo zorganizować równolegle referendum w sprawie samoopodatkowania, przy czym jego wielkość powinna być dostosowana do tych potencjalnych środków, które z tego by wynikały. Wówczas dla takiego samoopodatkowania istniałby próg referendalny jak dziś, czyli 30 proc.

A co z referendami dotyczącymi odwołania władz samorządowych?

W referendum dotyczącym odwołania władzy wykonawczej lub stanowiącej proponujemy, by liczba osób uczestniczących w nim była taka sama jak liczba uczestników powołujących dane władze. Dlaczego bowiem ma być mniejsza frekwencja dla odwołania niż przy powoływaniu tej władzy? To wydaje się uczciwe, choć jest kwestionowane przez niektóre siły polityczne. Rządzenie to też proces inwestycyjny, dajmy więc szansę wybranym władzom zrealizować obietnice wyborcze i nie paraliżujmy ich w trakcie kadencji.

Samorządowcy nie mogą dogadać się z rządem w kwestii ich zachwianych dochodów własnych. Dlatego ich wzrok coraz częściej skierowany jest w stronę prezydenta. Mogą liczyć na jego pomoc?

Projekt ustawy prezydenta zawiera propozycję, zgodnie z którą samorządy mogą, poprzez swoje organizacje, występować do Trybunału Konstytucyjnego i sądów na rzecz swoich członków. Jeśli chodzi o dyskusję o zwiększeniu udziału samorządów we wpływach z PIT – w tej sprawie prowadzimy poważne prace nad formułą zamiany udziałów w podatku na część samorządową PIT.

Na czym polega ta zamiana?

Samorządy podnosiły kwestię, że niektóre rozwiązania rządowe powodowały uszczerbek w wysokości wpływów z PIT, jak np. stosowanie ulg związanych z mechanizmami funduszy emerytalnych. W sposób praktyczny ulgi te w 50 proc. obejmowały sferę administracji rządowej, bo tam minister finansów zmniejszał dochody do budżetu państwa. Ale uszczerbek w swoich dochodach ponosiły też samorządy. Jeżeli stosujemy rozwiązania, które mają służyć realizacji polityki rządu, to warto by było, by dotyczyło to tylko tej części PIT, która jest w kompetencji rządu. Gdyby udział samorządów został zamieniony na część samorządową, nie podlegałby pod ulgi stosowane przez rząd. Mówiąc inaczej – jeżeli 100 proc. PIT jest mniejsze o ulgę systemową 2 czy 3 pkt proc., to samorząd też otrzyma w swoim udziale te 2–3 pkt proc. mniej. Ale jeżeli zamieniamy 100 proc. na złotówki, to ustalamy, że samorządom należy się jakaś część z tego. A jeżeli ktoś stosuje ulgę systemową, to tylko w swojej części, nie dotykając części będącej w gestii innych. To dawałoby stabilność finansów samorządowych oraz zwiększyłoby poczucie kontroli ze strony mieszkańców, bo każdy z nas wiedziałby z deklaracji, ile pieniędzy z ich podatków zostaje w regionie. Koncepcja zamiany udziałów na części była już podnoszona. W czasach rządów premiera Buzka powstały już propozycje ustawowe, ale nie zostały wprowadzone z uwagi na techniczne obawy związane ze zdolnością urzędów skarbowych do realizowania takiego przedsięwzięcia. Teraz, przy tak dużym poziomie skomputeryzowania, czas do tego powrócić.