Do 17 grudnia mamy poznać taryfy dla energii elektrycznej na 2026 r. Czy zgadza się pani z przewidywaniami rządu, że nie powinny one przekroczyć 500 zł, czyli poziomu, na jakim są zamrożone dziś?

Obserwując ceny energii na Towarowej Giełdzie Energii, rzeczywiście jest bardzo prawdopodobne, że cena energii czynnej zostanie zatwierdzona na poziomie ok. 500 zł. Trzeba jednak pamiętać, że to tylko część rachunku – dochodzą jeszcze opłaty sieciowe, mocowe, kogeneracyjna, opłata OZE czy VAT.

Czy w takim razie całkowity koszt na rachunkach będzie niższy? Prąd ma nadal kosztować ok. 500 zł, ale wzrosną opłaty mocowa oraz OZE. Ale Ministerstwo Energii zapowiedziało wygaszenie tzw. opłaty przejściowej, czyli kolejnego elementu rachunku. Można się pogubić.

Nie chcę bawić się w zgadywanki – ostateczny kształt rachunku wciąż obarczony jest pewną niepewnością. Na dziś wszystko wskazuje jednak, że choć cena energii czynnej będzie niższa, to rachunek dla odbiorcy końcowego wzrośnie z powodu dodatkowych opłat. Stawka opłaty mocowej wzrośnie o ok. 50 proc., a opłaty OZE – o ponad 100 proc. I choć wartość każdej z nich jest stosunkowo niewielka [opłata OZE wyniesie 7,3 zł za MWh – red.], to po zsumowaniu tworzą już znaczącą część rachunku.

Wpływa na niego także taryfa dystrybucyjna, której poziom zależy od wartości inwestycji spółek dystrybucyjnych oraz zatwierdzonych przez prezesa URE stóp zwrotu z zainwestowanego kapitału (WACC). W ostatnich latach prezes URE podchodził bardzo frywolnie do tematu, akceptując wysokie poziomy WACC. To zwiększało zysk spółek oraz podwyższało rachunki dla odbiorców. Dlatego w inicjatywie prezydenta dotyczącej obniżki cen prądu proponujemy ograniczenie poziomu WACC, który mogą zaproponować spółki. Ta część rachunku i tak będzie rosła, ale przynajmniej ograniczymy ten wzrost.

Mechanizmy wsparcia i nakłady na rozbudowę sieci utrudniają obniżkę rachunków za prąd

Stawki taryf dystrybucyjnych zależą bezpośrednio od nakładów inwestycyjnych spółek.

Dokładnie. W czerwcu razem z Marcinem Izdebskim opublikowaliśmy raport „Zielony rachunek sumienia. Prawdziwe koszty transformacji energetycznej”. Przyznaję, że podeszliśmy do niego z tezą, a w zasadzie spodziewaliśmy się, że analiza potwierdzi, że wraz ze wzrostem udziału OZE w miksie energetycznym, rachunki za prąd dla odbiorców spadają. Okazało się jednak, że w żadnym kraju Unii Europejskiej w ostatnich pięciu latach nie została wykazana taka korelacja. Przyczyną były przede wszystkim szybko rosnące nakłady na rozbudowę sieci i różne mechanizmy wsparcia, które wzrastały wraz z rozwojem OZE i spadkiem cen energii czynnej.

Ograniczenie dopuszczalnych stóp zwrotu spółek dystrybucyjnych jest jednym z najważniejszych elementów propozycji prezydenckiego projektu ustawy, który ma obniżyć ceny prądu. Czyli obecnie spółki dystrybucyjne zarabiają za dużo?

Tak, ewidentnie. Stopa zwrotu z zainwestowanego kapitału (WACC) w 2025 r. wyniosła prawie 13 proc. dla Polskiej Grupy Energetycznej czy prawie 12 proc. dla Enei, co jest wartością nieosiągalną w żadnym biznesie przy takim, praktycznie minimalnym, poziomie ryzyka.

Spółki dystrybucyjne to naturalni monopoliści, dlatego ich działalność w całej Unii Europejskiej jest regulowana. Zaproponowaliśmy mechanizm, dzięki któremu WACC nie mógłby być wyższy niż stopa referencyjna NBP, powiększona o 3 pkt proc., co da ok. 7 proc. zwrotu. Według naszych wyliczeń, zmiana przyniesie ok. 150 zł oszczędności na rachunkach w skali roku.

Spółki dystrybucyjne potrzebują jednak tych pieniędzy, aby móc inwestować w sieci, które są wąskim gardłem transformacji.

Gdyby spółki rzeczywiście inwestowały te pieniądze w sieci, to myślę, że trochę inaczej byśmy podeszli do tej części naszej koncepcji. Obecnie w ogóle nie wykorzystują tych zysków na inwestycje, tylko wypłacają je spółkom matkom, a w rozwój sieci inwestują z pieniędzy z taryf. Dziś niemal żadna spółka dystrybucyjna nie musi nawet zaciągać długu na inwestycje. Trudno znaleźć inny biznes, który ma taki komfort funkcjonowania.

"Wszyscy uważają, że to są nadmiarowe zyski spółek dystrybucyjnych"

Działalność dystrybucyjna jest dla grup energetycznych ważnym segmentem, który przynosi zyski. Pomaga w nadrabianiu wyników w biznesie silnie uzależnionym przecież od polityki.

Czymś innym jest budowanie zdolności finansowej grupy przez wpływ na EBITDA, a czym innym finansowanie skrośne (zarobek w jednym segmencie jest przeznaczany na inny segment - red.), które jest zabronione. Mam wrażenie, że niektórzy członkowie zarządów poszczególnych grup energetycznych o tym zapominają, bo momentami z rozbrajającą szczerością przyznawali, że potrzebują tych pieniędzy na finansowanie innych inwestycji.

Byłam wiceprezesem PGE przez ponad cztery lata i na żadnym etapie nie notowaliśmy tak wysokiego poziomu WACC jak obecnie, a i tak spółka realizowała wszystkie plany inwestycji w sieci.

Prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych, Grzegorz Onichimowski, skomentował w rozmowie z Business Insiderem, że w sprawie opłat dystrybucyjnych nie można wylać dziecka z kąpielą, a stawki taryf i zwrotu z zainwestowanego kapitału nie są materią ustawową, tylko zależą od decyzji prezeski URE. Dodał, że autorzy propozycji, gdy byli w spółkach skarbu państwa, podpisywali z prezesem URE kartę efektywnej transformacji, która gwarantowała stabilność systemu opartego na WACC do 2030 r.

I tu się zgadzamy. Ja też uważam, że nie należy wylewać dziecka z kąpielą. Należy intensywnie inwestować w sieci. Jest jednak różnica między WACC na poziomie 5,7 proc. w 2022 r.,a WACC na poziomie 12,9 proc w 2025 r.

Dziś rzeczywiście jest to obszar decyzyjny prezesa URE, a nie regulacja ustawowa, ale nie wszędzie tak jest. Przykładowo, we Francji maksymalny poziom zwrotu zainwestowanego kapitału jest wprost wskazany w ustawie. I patrząc na to, do jakich sytuacji doprowadza prezes URE uważamy, że także w Polsce należy ograniczyć jego możliwości ustawowo. Pozostawianie tak dużej swobody nie wyszło nam na dobre.

Gdyby spojrzeć na całą kwestię poza sporem politycznym, to nie znam ekspertów z rynku, którzy negatywnie by się odnosili do tej części propozycji pana prezydenta. Wszyscy uważają, że to są nadmiarowe zyski i drenowanie naszych portfeli, a wcale dzięki temu nie przyspieszymy transformacji energetycznej, tylko sfinansujemy zyski dla spółek matek grup energetycznych.

Propozycja prezydenta spowodowała spadek kursów spółek energetycznych na giełdzie.

To nie jest zaskakujące. Giełda reaguje na tego typu komunikaty. Zresztą nie tylko na ogłoszenie projektu prezydenta, ale także później, w wyniku powołania zespołu ds. poprawy efektywności kształtowania taryf sieciowych energii elektrycznej przez ministra energii. Oznacza to tyle, że to Eldorado, które trwało przez ostatnie lata, dalej trwać w takiej formie nie będzie. Udało się Prezydentowi skutecznie zwrócić na to uwagę polityków i rozpocząć debatę publiczną. To, że inwestorzy na to reagują, jest oczywiste.

Potrzebujemy funduszu transformacji energetycznej

Propozycja prezydenta zakłada też m.in. obniżenie VAT na prąd z 23 do 5 proc. czy przeniesienie finansowania systemów wsparcia OZE, mocy i kogeneracji z rachunków odbiorców do środków z ETS. Czy to jednak nie oznacza „przejedzenia” pieniędzy, których potrzebujemy na inne cele budżetowe oraz finansowanie transformacji?

Zgodnie z obowiązującymi od 2023 r. przepisami unijnymi, całość wpływów z systemu ETS powinna być przeznaczana na transformację energetyczną. Do dziś nie implementowaliśmy w Polsce tych przepisów i połowa wpływów z ETS rozpływa się w budżecie, a ta druga połowa jest wydatkowana na transformację energetyczną w sposób nieskoordynowany i nieprzemyślany. Jeszcze w czasie pracy w PGE zabiegaliśmy o utworzenie specjalnego funduszu transformacji energetycznej, na który przekazywane byłyby wszystkie wpływy z ETS. Podobną propozycję składaliśmy również w tym roku w ramach inicjatywy SprawdzaMY Rafała Brzoski. Niestety, za każdym razem ta propozycj była odrzucana, głównie przez opór Ministra Finansów. Żałuję, bo uważam, że takie rozwiązanie zapewniłoby pełną przejrzystość i racjonalność w wydatkowaniu środków.

Mimo wszystko, czy pieniądze z ETS nie powinny być wydawane na nowe inwestycje w transformację, a nie finansowanie np. opłaty mocowej?

Rynek mocy, który finansuje opłata mocowa, to nic innego jak wsparcie, a w zasadzie umożliwienie transformacji energetycznej. Słyszymy polityczne głosy oburzenia, że jest to finansowanie węglówek czy gazówek, ale te węglówki i gazówki to niezbędne w naszym systemie moce dyspozycyjne, które zapewniają stabilność systemu przy rosnącym wytwarzaniu z OZE.

Na rynku dostępnych jest dziś bardzo wiele źródeł finansowania transformacji energetycznej – choćby środki z Krajowego Planu Odbudowy czy Funduszu Modernizacyjnego. Trafiają one zarówno do spółek dystrybucyjnych, jak i inwestorów w odnawialne źródła energii. Mam wrażenie, że większym problemem jest wydawanie tych pieniędzy niż ich dostępność.

"VAT na energię elektryczną jest w Polsce najwyższy w całej Europie"

Innym aspektem jest obniżenie stawki VAT na energię. W sytuacji nadmiernego deficytu, problemem z realizacją zakładanych dochodów z VAT i konieczności ponoszenia wysokich wydatków na transformację czy obronność wydaje się to być ryzykownym posunięciem.

Według naszych wyliczeń, koszt takiego rozwiązania to 3,5-4 mld zł rocznie. To rozwiązanie dopuszczalne przez przepisy unijne, a VAT na energię elektryczną jest w Polsce najwyższy w całej Europie, co stanowi dodatkową blokadę dla elektryfikacji.

Mówimy o wydatku, który nasz budżet już raz udźwignął – w 2022 r., gdy zastosowaliśmy tarczę antyinflacyjną. Uważamy, że w budżecie, który zakłada ponad 920 mld zł wydatków, jest to kropla. W dodatku te pieniądze odłożą się w portfelach gospodarstw domowych i zwiększą konsumpcję.

Propozycja prezydencka przez ostatnie dni była szeroko dyskutowana. Czy na tej podstawie widzi pani potrzebę jakiejś korekty?

Niestety zabrakło mi konstruktywnego odniesienia się do propozycji przez rząd. Mamy za to dużo głosów pochwalających zaproponowane rozwiązania.

Brakuje nam więc merytorycznej dyskusji, którą chcielibyśmy prowadzić, bo nie uważamy, że mamy monopol na wiedzę, a nasze rozwiązania na pewno są najlepsze. Zaprosiliśmy przedstawicieli rządu do pałacu prezydenckiego na spotkanie na ten temat w pierwszej połowie grudnia. Mam nadzieję, że będą chcieli o tym dyskutować.

Pojawia się argument, że propozycje przedstawione przez prezydenta mogą wprawdzie obniżyć rachunki w krótkim okresie, ale nie rozwiązują głębszych problemów systemowych. Nie gwarantują też trwałego spadku cen energii w przyszłości, które i tak będą uzależnione od konieczności modernizacji oraz rozbudowy całego systemu elektroenergetycznego.

Uważam, że jest to propozycja o charakterze systemowym, która również w przyszłości pozwoli na obniżenie rachunków za energię. Nie oznacza to jednak, że inne zmiany nie są możliwe lub konieczne. Szczególną uwagę zwracamy obecnie na opłatę jakościową i sposób alokacji kosztów dla przedsiębiorstw energochłonnych. To właśnie one płacą dziś najwyższą stawkę, ponieważ jej podstawą jest wolumen zużytej energii. Naszym zdaniem należy szybko zająć się tym problemem i przygotować odpowiednie rozwiązania. Obecne regulacje sprawiają, że firmy energochłonne tracą konkurencyjność, mimo że nie destabilizują systemu – ich profil zużycia energii jest stały i przewidywalny. Tymczasem to właśnie one w największym stopniu ponoszą koszty utrzymania odpowiedniej jakości sieci.

To jednak kolejny przykład dotyczący opłat. A co z ułatwieniem budowy nowych źródeł OZE czy magazynów?

Jesteśmy w merytorycznym kontakcie z Ministerstwem Klimatu i prowadzimy rozmowy na temat różnych projektów legislacyjnych przygotowywanych przez resort. Naszym celem jest, aby były to rozwiązania, które ostatecznie zyskają akceptację wszystkich stron i zostaną podpisane przez pana prezydenta. Kancelaria prezydenta nie sprzeciwia się propozycjom, które usprawniają proces inwestycyjny i w racjonalny sposób likwidują bariery. Ministerstwo w ostatnim czasie działa dość aktywnie – obecnie w toku jest kilka ustaw. Jedną z nich jest tzw. ustawa biogazowa, która zawiera również rozwiązania dla inwestorów w inne źródła odnawialne. Dyskusje nad jej ostatecznym kształtem wciąż trwają.

"Żałuję, że Ministerstwo Energii znacząco okroiło jego pierwotną wersję ustawy sieciowej"

Ustawą biogazową nazywa pani okrojoną z zapisu o 500 m ustawę nazywaną wcześniej wiatrakową?

W projekcie ustawy znajdują się zapisy dla biogazu, biometanu, ale też innych OZE.

Do tego na etapie prac rządowych znajduje się projekt ustawy sieciowej. Żałuję, że Ministerstwo Energii znacząco okroiło jego pierwotną wersję, która przewidywała bardziej zdecydowane rozwiązania dotyczące blokowania mocy przyłączeniowych. To były dobre i potrzebne rozwiązania. Liczę, że do tej dyskusji uda się wrócić na etapie prac parlamentarnych.

Czy również projekty ustaw przewidujące ułatwienia dla rozwoju energetyki wiatrowej na lądzie – o ile nie będą oznaczały zmniejszenia minimalnej odległości od zabudowań do 500 metrów – mogą liczyć na poparcie prezydenta?

Wszystko zależy od ostatecznego kształtu projektu. Trzeba pamiętać, że prezydent nie ma możliwości zawetowania pojedynczego przepisu – decyzja, zgodnie z Konstytucją, dotyczy całej ustawy. Oznacza to, że nawet jedna nieakceptowalna zmiana może przesądzić o jego stanowisku. Co do zasady jednak nie można powiedzieć, że prezydent jest przeciwny usprawnianiu procesu inwestycyjnego. Wręcz przeciwnie – każde racjonalne rozwiązanie, które realnie ułatwia inwestycje, zawsze znajdzie jego poparcie.

Rozmawiała Aleksandra Hołownia