Nie ma chętnych, by uprzątnąć tereny pogorzelisk. Ale brak woli to jedno, barierą są też pieniądze i kulawe prawo. Po czarnej serii pożarów magazynów i składowisk odpadów, która przetoczyła się przez kraj w ostatnich miesiącach, został brudny ślad.
To nieuprzątnięte pogorzeliska, które często zagrażają środowisku, a leżą miesiącami nieruszone, gdy między samorządami, firmami i administracją centralną trwa przerzucanie się odpowiedzialnością.
Taki scenariusz właśnie ziszcza się w Zgierzu, w woj. łódzkim. Tamtejsze tereny byłego zakładu Boruta – gdzie 25 maja rozgorzał ogień, który zajął 50 tys. ton nielegalnie przetrzymywanych odpadów z zagranicy – są niejako symbolem rządowej wojny z mafią śmieciową. Tam właśnie – po trudnej akcji gaśniczej, w której udział brało kilkuset strażaków – padły deklaracje ukrócenia procederu puszczania odpadów z dymem przez nieuczciwe firmy. Wkrótce ruszyła zaś legislacyjna ofensywa, która przyniosła nowelizacje dwóch ustaw: o odpadach i o inspekcji ochrony środowiska. Wprowadziły one większe sankcje i bardziej restrykcyjne mechanizmy nadzoru nad firmami.