Samorządy wykonują dwa rodzaje zadań. Do pierwszej grupy zaliczyć można np. zarządzanie lokalnymi drogami, zapewnianie transportu zbiorowego czy kształtowanie ładu przestrzennego. Są to zadania własne, czyli takie, za które lokalne władze są bezpośrednio odpowiedzialne.

Druga grupa to zadania zlecane im przez administrację centralną. Do nich zalicza się np. wydawanie dowodów osobistych, prowadzenie ewidencji ludności czy wypłaty różnego rodzaju świadczeń.

Oczywiście nawet jeśli rząd zleci realizację jakiegoś zadania gminie, to nie oznacza to, że uniknie w ten sposób kosztów. Teoretycznie (zgodnie z art. 49 ust. 1, 5 i 6 ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego) samorządy powinny otrzymywać dotacje celowe z budżetu państwa w wysokości zapewniającej realizację zadań zleconych. Ale od wielu lat wiadomo, że to fikcja. Samorządy szacują, że co roku dopłacają do tego „interesu” ok. 10 mld zł.

Ile dostają samorządy na zadania zlecone

Ile dostają samorządy na zadania zlecone

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Miliardy dla gmin

W 2016 r. lokalne władze dostały z centralnego budżetu 36,9 mld zł, co stanowiło 17 proc. ich dochodów ogółem (skutek wprowadzenia programu „Rodzina 500 plus”). Dla porównania łączne wydatki poniesione przez samorządy na inwestycje wyniosły w tym samym roku 24,4 mld zł, czyli były o ponad 12 mld zł niższe.

NIK postanowił sprawdzić, jak w rzeczywistości wygląda finansowanie zadań zleconych – przeprowadził kontrole w Ministerstwie Finansów, u wybranych wojewodów i w samorządach. Zaskoczenia nie ma – niedobory występują, a podejmowane przez MF próby ustandaryzowania wyceny niektórych zadań (by wszyscy otrzymywali identyczną dotację) w zasadzie spełzły na niczym.

Przy okazji NIK sformułował jednak propozycję, która – gdyby została przyjęta i wcielona w życie – może okazać się niemałą rewolucją. Izba sugeruje rządowi przekształcenie zadań zleconych w zadania własne. Jak by to działało w praktyce?

Najprościej wyjaśnić to na przykładzie. Tylko w tym roku wypłaty z programu 500+ pochłoną ok. 23 mld zł. 1,5 proc. tej kwoty gminy mogą przeznaczyć na obsługę (przyjmowanie wniosków, wynagrodzenia pracowników, zakupy sprzętu itp.). Po zmianach proponowanych przez NIK wypłaty 500 zł na dziecko stałyby się zadaniem własnym gmin. Pieniądze na świadczenia nadal dawałby rząd, ale już w innej formie. To oznacza, że koszty obsługi zadania byłyby pokrywane przez samorząd. – Ale przy okazji trzeba też adekwatnie zwiększyć ich wpływy z tytułu dochodów własnych lub subwencji ogólnej – zastrzega NIK.

Nie mówią „nie”

Takie rozwiązanie zagwarantowałoby lokalnym władzom większą elastyczność w gospodarowaniu pieniędzmi, a jednocześnie przecięłoby odwieczny konflikt o poziom (nie)dofinansowania zadań zleconych. Bo to, co dziś trafia do samorządów jako dotacja na realizację konkretnego zadania, mogłoby być księgowane jako dochody własne. Różnica jest fundamentalna – dotacja celowa to pieniądz „znaczony”, do wydania na konkretny cel, podczas gdy swoimi środkami samorząd może dysponować znacznie swobodniej. Lokalny urząd wówczas sam mógłby zdecydować, gdzie pieniędzy odjąć, a gdzie dosypać.

Co o takiej koncepcji sądzi resort finansów? Oficjalnie ucina temat. – Aktualnie informacja o wynikach kontroli NIK jest przedmiotem analiz – odpowiedział nam wydział prasowy resortu.

Za to już wiadomo, że propozycja spotyka się z dużym zainteresowaniem samego PiS. – Ciekawa idea. Podział na zadania zlecone i własne jest często sztuczny, ludzie tego nie rozróżniają – komentuje Marcin Horała, poseł partii. Podobnie ocenia pomysł jego partyjny kolega Jerzy Wilk (i jednocześnie były prezydent Elbląga). Przy czym zwraca uwagę na jego skutki finansowe. – Pytanie, czy takie proste zwiększenie dochodów własnych samorządom nie zaburzy systemu. Dzisiaj dotacje nie mają wpływu np. na janosikowe, które biedniejsze jednostki otrzymują od bogatszych. A zwiększenie wszystkim dochodów własnych może spowodować przekroczenie pewnych progów i część gmin janosikowego nie otrzyma. Trzeba to zbilansować – argumentuje poseł.

Strach i niepewność

Najbardziej zainteresowani, czyli samorządowcy, podchodzą do propozycji NIK ostrożnie. – Obawiam się, że ta koncepcja skończy się tym, że dostaniemy zadania, ale nie pieniądze. Bo znów będzie problem z wyceną kosztów ich realizacji – komentuje Marek Olszewski, szef Związku Gmin Wiejskich RP. Jego zdaniem warunkiem powodzenia całej operacji jest zwiększenie środków po stronie dochodów własnych samorządów, także przez zwiększenie ich udziału we wpływach z PIT albo na przykład przyznanie im części wpływów z VAT.

Z kolei burmistrz Gubina Bartłomiej Bartczak zwraca uwagę na to, kto formułuje propozycje likwidacji zadań zleconych. – Nie jest to strona zainteresowana, czyli samorządowcy, tylko NIK. A jako instytucja kontrolna wie, co mówi, bo dogłębnie zbadała problem – wskazuje.

Rozwiązanie, za którym lobbuje Izba, może jednak napotkać inne przeszkody niż kwestia finansowa. – W przypadku przekształcenia zadań zleconych we własne odwołania byłyby składane do samorządowego kolegium odwoławczego, a nie do wojewody lub innego, wskazanego w ustawie organu administracji rządowej. Oprócz tego zostałyby również ograniczone uprawnienia wojewody, który obecnie ma możliwość przeprowadzania kontroli zadań zleconych pod względem legalności, rzetelności i gospodarności, a po przekazaniu zadań samorządom sprawowałby kontrolę tylko pod względem ich legalności – przyznaje NIK.