Jak ocenia pan współpracę na linii rząd – samorządy po drugim roku sprawowania władzy przez ekipę Donalda Tuska?

Omówię to na przykładzie. Miniony rok to przede wszystkim pierwszy rok obowiązywania nowej ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej, która została uchwalona na początku grudnia 2024 r. Pierwsze miesiące 2025 r. to opiniowanie przez stronę samorządową Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego kolejnych rozporządzeń. Następnie intensywne szkolenia – trwające nawet po pięć dni – wójtów, burmistrzów, prezydentów miast i starostów. A końcówka roku to dokonywanie zakupów w ramach Programu Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej na lata 2025-2026 w obszarach związanych z zarządzaniem kryzysowym, bezpieczeństwem, inwestycjami. To na pewno trzeba zaliczyć na plus tej współpracy. Na minus oczywiście to, że dostaliśmy te pieniądze tak późno i musieliśmy je bardzo szybko wydawać.

Grzegorz Cichy prezes Unii Miasteczek Polskich, burmistrz Proszowic
ikona lupy />
Grzegorz Cichy prezes Unii Miasteczek Polskich, burmistrz Proszowic fot. Materiały prasowe / Materiały prasowe
Ostatecznie jednak MSWiA przekonało MF i część wydatków wskazano jako niewygasające, chociaż wydawało się, że to się nie uda i trzeba będzie wszystkie rozliczyć do końca roku.

Tak, ale resort finansów zgodził się na „niewygasy” dopiero pod koniec roku dla niewielkiej liczby samorządów i nie miało to aż tak dużego znaczenia. Natomiast dobrze, że ten program został uruchomiony. Samorządy zaopatrzyły się w różny sprzęt – koparki, traktory, ładowarki do worków z piaskiem, paczkowarki do wody pitnej, agregaty, cysterny do wody itd.

A czego nie udało się załatwić i wciąż pozostaje problemem dla samorządów?

To na pewno niewystarczające finansowanie oświaty. Mimo różnych apeli, próśb, nie idzie to w tę stronę, w którą byśmy chcieli. Samorządy zrzeszone w Unii Miasteczek Polskich podnoszą głównie problem niewystarczającego pokrycia kosztów wynagrodzenia nauczycieli. Brakuje dochodów przekazywanych przez MF (dawnej subwencji) na pokrycie wydatków na pensje nauczycielskie, szczególnie w przedszkolach. Dopłacamy do oświaty na poziomie szkół podstawowych od 20 do 40 proc., w zależności od tego, jaką sieć ma gmina. Natomiast do wynagrodzeń nauczycieli w przedszkolach – od 60 do 85 proc., więc to spora różnica. Mówię oczywiście w zaokrągleniu. Biorąc pod uwagę problemy demograficzne, chcielibyśmy przepisów określających minimalną liczbę uczniów w klasie. Apelujemy też o przejęcie przez ZUS czy NFZ nauczycielskich urlopów dla poratowania zdrowia. To są prozaiczne, proste rzeczy. Dało się np. załatwić świadczenia emerytalne dla strażaków ochotników z MSWiA czy dodatki dla sołtysów z KRUS i w tym przypadku też powinniśmy pójść za tym przykładem. Nie chcemy rewolucyjnych zmian, tylko małych kroków. Na minus trzeba też zaliczyć kwestię dwukadencyjności, która jest wałkowana w komisjach sejmowych i senackich. Już dawno zgłaszaliśmy, że jest to złe rozwiązanie i przez ten rok nie poszliśmy do przodu.

Pod koniec roku padły jednak ze strony rządzących deklaracje, że będą szli w stronę zniesienia dwukadencyjności.

Jest jakieś światełko w tunelu, natomiast nie widać ruchu po stronie rządu. To bardziej inicjatywa partyjna PSL-u. Były ponoć targi wewnątrz koalicji, ale jasnej deklaracji ze strony rządu nie dostaliśmy.

W październiku premier Tusk mówił, że trzeba tę „niemądrą decyzję PiS-u” odwołać.

Ale premier przez dwa lata się z nami nie spotkał. Nie usłyszeliśmy bezpośrednio takiej zapowiedzi od szefa rządu czy ministrów Siemoniaka, a później Kierwińskiego.

Czy to uwiera stronę samorządową, że mimo zaproszeń szef rządu nie znalazł jeszcze czasu, żeby pojawić się na posiedzeniu KWRiST?

To jest decyzja pana premiera. Takie spotkanie może odbyć się w mniejszym gronie np. w KPRM. Natomiast dialog między samorządami i rządem trwa. Dobrym przykładem były konsultacje przy okazji nowej ustawy o dochodach JST. Odbyło się kilkanaście spotkań, w tym kilka stacjonarnych w resorcie finansów. Podobnie było z ustawą i rozporządzeniami w ramach ochrony ludności i obrony cywilnej. Natomiast wracając do dwukadencyjności, to spodziewałem się, że będzie to w miarę szybko cofnięte. A czas płynie, kolejne wybory się zbliżają.

Może dlatego, że byłaby to niepopularna decyzja? W debacie publicznej przeważają głosy za utrzymaniem dwukadencyjności.

Tę narrację wprowadziły ruchy miejskie, które nie mogą przebić się do rad miast w dużych ośrodkach. Ich postulaty giną w natłoku działań różnych organizacji. Nie można przekładać problemów dużych miast jak Warszawa, Wrocław, Kraków, Gdańsk na niewielkie miasta czy gminy miejsko-wiejskie i wioski. Rzeczywiście kiedyś było tak, że wójt był największym pracodawcą, bo szalało bezrobocie. Dziś sytuacja jest zupełnie inna i my wręcz szukamy pracowników. Być może należałoby potraktować prezydentów dużych miast tak jak prezydenta Polski i zostawić tam dwukadencyjność, ale w mniejszych samorządach wójtów i burmistrzów potraktować inaczej. Dać nam np. trzy kadencje czy najlepiej znieść to ograniczenie. W kontekście różnych zagrożeń, kryzysów – doświadczenie, wiedza, znajomość ludzi, infrastruktury jest bardzo ważna. Wtedy nie ma czasu na to, żeby tego wszystkiego się uczyć. Jak porównamy sąsiednie gminy o podobnych dochodach, strukturze ludności itd. i w jednej wójt działa stabilnie przez 15 czy 20 lat, a w drugiej jest zmiana co kadencję, to gwarantuję, że te samorządy zupełnie inaczej się rozwijają.

Przykłady pewnie mogą być różne, ale wśród najczęściej powtarzanych argumentów przeciwko zniesieniu dwukadencyjności jest ten, że trudno jest nawet wystartować w wyborach przeciwko włodarzowi, wokół którego przez lata skupiona jest lokalna społeczność, a co dopiero mówić o zwycięstwie.

Można przyjąć, że w latach dziewięćdziesiątych czy na początku dwutysięcznych rzeczywiście wójt mógł zbudować wokół siebie, że tak powiem, grupę wsparcia, udzielając miejsce pracy. Dziś jest zupełnie inaczej. Rotacja pracowników w urzędach, szkołach, we wszystkich gminnych placówkach jest spora. Ludzie, szczególnie młodzi, zdecydowanie częściej zmieniają pracę. W zasadzie nie mamy bezrobocia. W niektórych miejscach, gdyby nie Ukraińcy, to nie miałby kto pracować. Również w lokalnych firmach. Zagrożenia, o którym pan wspomniał już nie ma. Sytuacja zmieniła się diametralnie. Co więcej, co wybory około jednej trzeciej wójtów, burmistrzów czy prezydentów, w tym wieloletnich, odchodzi ze stanowisk. W 2024 roku było to aż 39 proc.

Wspomniał pan o finansowaniu oświaty, ale miniony rok to pierwszy, w którym obowiązywały nowe zasady finansowania samorządów w ogóle. Jak można go podsumować?

Na pewno chcielibyśmy poznać pełną metodologię wyliczania kwot, bo tego nie wiemy. Te kwoty czy wyrównania nie są dla nas do końca jasne. Mamy z tym pewien kłopot – eksperci to liczą i nadal do końca nie wiemy, jak to jest. Stąd też zaskoczenie, że niektóre gminy mają wzrost dochodów, a inne duży ubytek. Tu przydałoby się porządne wyjaśnienie. Była korekta z tytułu CIT, ale jak się okazuje, w małym stopniu dotyczy to naszych samorządów – małych miast czy gmin miejsko-wiejskich. Na pewno znaczący jest udział w dochodach mieszkańców płacących PIT i tutaj jest duży wzrost. Niestety zjadany częściowo np. przez wynagrodzenia nauczycieli czy urzędników. Oczekiwania płacowe są coraz większe, a usługi publiczne coraz droższe. Odśnieżanie, remonty, koszty funkcjonowania DPS-ów – to są lawinowe wzrosty. Do tego samorządom obowiązków przybywa, naszym urzędom przybywa zadań związanych ze sprawozdawczością, rozliczaniami itd., natomiast nie przybywa finansowania. Zmiany podatkowe w ramach Polskiego Ładu były częściowo rekompensowane rządowymi kroplówkami i funduszami inwestycyjnymi. Teraz tych funduszy jest dużo mniej. Dla przykładu KPO nie do końca nas dotyczył, bo owszem pieniądze trafiły do szpitali powiatowych, ale przede wszystkim do dużych miast, metropolii. Tam, gdzie jest transport miejski czy inne duże projekty, inwestycje. Przedsiębiorcy dostali na te słynne już jachty, co tak ekscytowało opinię publiczną, a w samorządach była bardzo duża kolejka na termomodernizację szkół i przedszkoli. I niewielu z nas dostało wsparcie. Była mowa, że po rewizji KPO dostaniemy pieniądze, okazało się, że jednak nie. Z finansowaniem inwestycji nie było więc rewelacyjnie. Za wyjątkiem programu ochrony ludności, Funduszu Rozwoju Dróg czy Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych. Dobrze, że to zostało utrzymane. Poza programami inwestycyjnymi zabrakło też realnej wyceny zadań zleconych. Sporo samorządów zaczęło chodzić z tą sprawą do sądów i wygrywają ze Skarbem Państwa.

Jednym z kluczowych obszarów dla samorządów jest też gospodarka odpadami. Duże obawy wiązano z wdrożeniem systemu kaucyjnego, ten jednak na razie nie za bardzo się przyjął. Jak samorządy patrzą na kolejne lata, biorąc pod uwagę konieczność osiągnięcia wysokich poziomów recyklingu?

Domagaliśmy się na KWRiST, aby Rozszerzona Odpowiedzialność Producenta weszła w życie przynajmniej równolegle z systemem kaucyjnym. W tym momencie sytuacja jest taka, że system kaucyjny jest bardziej na papierze, sporadycznie można znaleźć produkty oznaczone kaucją. Mają być też wyłączone z niego browary, które będą mogły utrzymać swoje systemy kaucyjne. Trzeba więc być może zastanowić się, czy ten system jest nam w ogóle do czegokolwiek potrzebny. Skoro upłynęły październik, listopad, grudzień i nie ma efektów, to może nie ma sensu burzyć systemu, który działa i wprowadzać czegoś na siłę. Czegoś, co na pewno odbija się na budżetach samorządów. Musimy dostosowywać opłaty do ofert składanych przez przedsiębiorców, a ci policzyli, że system kaucyjny będzie kosztował ich 10-20 proc., bo zmniejszy się znacząco ilość odpadów. Zwłaszcza w lecie, jeśli chodzi o butelki czy puszki po napojach, które później były sprzedawane jako surowiec. Te 10-20 proc. firmy odpadowe dołożyły do ofert przetargowych. Na plus natomiast trzeba ocenić to, że poziom recyklingu za 2025 r. ma wynieść 50 proc., zamiast 55 proc. Nie zmienia to jednak faktu, że rosnące wymogi będzie bardzo trudno spełnić w kolejnych latach. Tym bardziej, że mamy w samorządach bardzo duże problemy z tekstyliami, od kiedy mieszkańcy nie mogą wyrzucać ich do odpadów zmieszanych. Tu przydałoby się rozwiązanie systemowe. PCK już uznał, że w większości tekstylia te nie nadają się do ponownego użytku. Rośnie więc góra ubrań, butów, toreb, plecaków na PSZOK-ach. Powinien być wprowadzony ROP, rozwiązania wspierające ponowne wykorzystanie ubrań, ale też recykling elektroniki, sprzętu AGD czy nawet mebli. Gabaryty dużo ważą i ich zbieranie jest kosztowne. A przede wszystkim powinny być większe zachęty do segregowania, kompostowania. Te gminy, które rozwijają takie działania, powinny być dodatkowo premiowane.

A jeśli chodzi o zamieszanie związane z przyjmowaniem planów ogólnych, czy przesunięcie terminu o dwa miesiące cokolwiek zmienia, gminy wyrobią się z przyjęciem tych nowych dokumentów planistycznych?

Znacząco to nie pomoże, ale dobrze, że takie przesunięcie będzie. Akurat Proszowice mają plan miejscowy, teraz robimy miejscowy plan dla 28 miejscowości, czyli wsi, które wchodzą w skład gminy. Przede wszystkim brakuje urbanistów na ten nawał prac zarówno w zakresie planów miejscowych, jak i równolegle przygotowywanych planów ogólnych. Na pewno część gmin nie wyrobi się w terminie, szczególnie te z terenami wiejskimi.

A jak odnajdujecie się państwo jako reprezentanci miasteczek, w dialogu z rządem, będąc pomiędzy interesami dużych ośrodków, metropolii, a gminami wiejskimi?

Na pewno nasz głos jest słyszalny. W ostatnich tygodniach np. w sprawie problemów z programem Czyste Powietrze czy w kwestii bezpieczeństwa korzystania z hulajnóg elektrycznych. Mamy swoją specyfikę i doświadczonych często wieloletnich burmistrzów i wójtów. Jako UMP postulujemy i apelujemy o dofinansowania dla samorządów z Polski lokalnej, powiatowej. Przydałoby się więcej środków kierowanych nie do metropolii, a do miasteczek kilkutysięcznych. Ubywa nam mieszkańców, co przekłada się na problemy z dochodami, kosztami oświaty czy transportem. Na pewno naszą przewagą jest to, że w pracach KWRiST biorą udział bezpośrednio burmistrzowie, a w przypadku dużych miast i prezydentów, to są pojedyncze przypadki. W czasie konsultacji ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej kładliśmy nacisk m.in. na to, żeby szkolenia nie były na poziomie wojewódzkim czy krajowym, ale właśnie lokalnym. Tak się stało i otworzyło to oczy wielu włodarzom, urzędnikom. To duży sukces, o którym warto wspomnieć. Z ważnych tematów braliśmy też udział w rozmowach o ucywilizowaniu procedury zmian granic gmin. Nie może być tak, że większy „pożera” tego mniejszego. Podsumowując, rok 2025 dla Unii Miasteczek Polskich był pracowity i wyjątkowy, również z powodu Jubileuszu 35 lat działalności naszej organizacji.

Rozmawiał Krzysztof Bałękowski