Nowy rok to idealny czas na wprowadzenie nowelizacji ustawy o nieodpłatnej pomocy prawnej. Co prawda nikt nie jest z niej zadowolony, ale przynajmniej umożliwia dalsze przepychanki i oskarżenia między samorządami zawodowymi a władzą ustawodawczą, kto bardziej nie rozumie aktualnych potrzeb prawnych społeczeństwa. Zapewne najłatwiej byłoby zapytać samych wykonawców pomocy prawnej, ale... komu to potrzebne.
Ustawa przetrwała już kilku ministrów sprawiedliwości, pandemię, która przyniosła największe zmiany w systemie, przeżyła też wynoszącą ponad 60 proc. inflację na przestrzeni ostatnich 10 lat w Polsce, ale parafrazując pewnego rapera, nie zmienia się prawie nic, a dalej trzeba żyć.
Pudrowanie boomera
Świat się zmienia w zawrotnym tempie, nieodpłatna pomoc prawna – niekoniecznie. Największe modyfikacje zostały oczywiście wymuszone przez pandemię – po raz pierwszy umożliwiono udzielanie porad zdalnych czy konieczność zapisów do punktów na konkretne godziny. Wszystkie inne działania ministerstwa to tylko kosmetyka.
Tegoroczne propozycje resortu są krytykowane ze wszystkich stron. Sam – jako prawnik obsługujący punkty porad prawnych przez ponad połowę czasu istnienia systemu – nie do końca rozumiem wszystkie zarzuty konstruowane przez samorządy zawodowe.
Wydaje się, że najlepszym pomysłem byłoby po prostu zapytać faktycznych wykonawców pomocy, jakie kierunki zmian wydają im się najbardziej korzystne. Przyznam, że nie słyszałem, aby samorządy radcowski czy adwokacki pytały faktycznych wykonawców tej pomocy o ich propozycje i sugestie. Ministerstwo także nie. Od lat głos tych, którzy udzielają porad prawnych w ramach systemu, jest po prostu ignorowany.
Za czasów Adama Bodnara resort utworzył funkcję pełnomocnika ds. urzędówek, jednak takiej funkcji nie doczekał się system nieodpłatnej pomocy prawnej. Wykonawców pomocy nie ma też w grupach roboczych pracujących nad nowelizacjami ustawy o nieodpłatnej pomocy prawnej. Najwięcej do powiedzenia mają politycy i urzędnicy, którzy system znają tylko z teorii. To tylko pokazuje stosunek ministerstwa do tego systemu.
Nie wymagam, aby każdy, kto pracuje nad ustawą, przynajmniej przez kilka tygodni pełnił dyżury, ale naprawdę najłatwiej zapytać wieloletnich praktyków. A przyznajmy, że dla wielu prawników udzielanie porad prawnych w ramach systemu nieodpłatnego poradnictwa prawnego to nadal istotna część pracy.
Świadczyć pomoc zdalnie już umiemy
Porady zdalne są osią zła, przynajmniej według samorządów zawodowych. To całkiem zabawne. Bo nie znam kancelarii prawnej, która w 2026 r. odmówiłaby porady prawnej udzielanej na odległość – przez internet, w ramach wideokonferencji, telefonicznej czy nawet e-mailowej. Także zarzuty samorządów są dla mnie zupełnie nieadekwatne. Może to ochrona własnej części tortu? Nie wiem, ale jestem pewny, że dzisiaj nie ma kancelarii prawnej, która nie jest przystosowana do udzielenia porady prawnej dzięki systemom informatycznym.
W przeciwieństwie do wielu punktów nieodpłatnej pomocy prawnej, gdyż w ramach systemu problemem może nie być nie tyle możliwość wymuszenia porady, czym straszą samorządy – bo to zdarzało się wcześniej, nawet stacjonarnie – ile brak wyposażenia punktu w odpowiednie narzędzia. W wielu punktach nie ma stałego łącza internetowego, w niektórych punktach nie mają drukarki, telefonu ani nawet podłączenia do programów prawniczych. Prawnikom wielokrotnie zdarza się korzystać z własnego sprzętu do udzielenia porady. I tutaj jest realny problem.
Prawnicy potrafią udzielać porad prawnych zdalnie. Robią to od czasu pandemii. Oczywiście taka porada na odległość może być obarczona pewnego rodzaju ryzykiem błędu, w sytuacji gdy prawnik nie ma przed sobą kompletu dokumentów. Podobnie jednak bywa w przypadku porad stacjonarnych, gdy beneficjent pojawia się w punkcie bez jakiejkolwiek dokumentacji. Każdorazowo informuje się o takim fakcie klienta.
Także podnoszone przez samorządy larum wskazujące, że może to prowadzić do obniżenia poziomu świadczenia usług, nie ma żadnego uzasadnienia merytorycznego, gdyż petenci każdorazowo są informowani o tym, że najlepiej pracuje się na dokumentach, które zawsze można przesłać e-mailem (jeśli punkt akurat ma dostęp do łącza internetowego) lub pojawić się po poradę osobiście.
Poza tym zwiększenie możliwości udzielania porad prawnych poprzez nowe narzędzia techniczne jest zrozumiałe z uwagi na postęp techniki. To nie powinna być kwestia, o którą warto się spierać. Jest mnóstwo innych problemów.
Rzeczywiste punkty zapalne
Jest kilka kwestii, które ministerstwo zrobiło źle – mimo sprzeciwu samo rządów zawodowych. Pierwsza i najważniejsza kwestia to oczywiste zwiększanie dostępu do pomocy prawnej.
Nie rozumiem zupełnie zachwytu resortu nad liczbą udzielanych porad prawnych. Wiceminister Myrcha chwali się, że jest ich coraz więcej, ale to jest oczywiste, gdy dereguluje się obostrzenia w dostępie do nich. Do 2025 r. konieczne było podpisanie oświadczenia o braku posiadania środków na opłacenie porady prawnej. Należy przyznać, że oświadczenia wymagane od 2016 r. były swego rodzaju fikcją, ale w 2026 r. nawet tę fikcję postanowiono usunąć w przypadku udzielania porad zdalnych.
Prawnicy wielokrotnie informują samorządy o udzieleniu porady w sprawach złożonych, w których ze stanu faktycznego jednoznacznie wynika, że beneficjenta stać na prywatną pomoc prawną. Jeśli opiniuje się umowę deweloperską opiewającą na kwotę ponad 0,5 mln zł, to nie ma wątpliwości, że taka osoba może uzyskać poradę poza nieodpłatnym systemem. Ale decydenci są głusi na te uwagi.
A trzeba przyznać, że osoby, które posiadają środki na prywatną pomoc prawną, po prostu zabierają miejsce osobom faktycznie pomocy nieodpłatnej potrzebującym. Pamiętać należy także o tym, że w niektórych przypadkach bardzo liczy się czas. Na przykład w sytuacji występowania terminów sądowych ważny jest każdy dzień. W punktach pojawiali się wielokrotnie beneficjenci z nakazami zapłaty, od których należy złożyć sprzeciw w ściśle określonym terminie. Dzisiaj beneficjent otrzymujący pomoc prawną, mimo że posiada własne środki na pomoc prywatną, nie ponosi żadnych konsekwencji prawnych. A przecież w świetle prawa moglibyśmy mówić o poświadczeniu nieprawdy, tak jak w przypadku innych rodzajów pomocy społecznej.
Nieodpłatna pomoc prawna i magia liczb
Jak wskazano powyżej, resort sprawiedliwości egzaltuje się zwiększającą się liczbą udzielanych porad prawnych. Nie ma wątpliwości, że ich liczba będzie systematycznie rosła, gdy będzie się obniżało wymogi co do spełnienia warunków przez beneficjenta. Może więc warto zaprezentować liczby z innej strony. Inflacja w Polsce w latach 2016–2025 osiągnęła ponad 60 proc. Kwota bazowa przeznaczona przez państwo na jeden punkt w 2016 r. – czyli pierwszym roku funkcjonowania systemu – wynosiła 5150 zł miesięcznie. W 2026 r. to kwota 6310 zł. Około 90 proc. przeznaczane jest na wynagrodzenie prawnika, czyli wzrost wyniósł ok. 20 proc. Rzeczywiste wynagrodzenie prawnika za dyżury jest więc realnie niższe w 2026 r. niż w 2016 r.
Oprócz corocznej liczby udzielanych porad ministerstwo powinno zacząć badać liczbę kandydatów do ich udzielania. W początkowych latach funkcjonowania systemu chętnych prawników było wielu. Wynagrodzenie spokojnie starczało na opłacenie danin publicznych, comiesięcznego czynszu za pokój we wspólnotach biurowych i opłat za artykuły biurowe. Dzisiaj ta sama wykonywana praca pozwala opłacić tylko zobowiązania publicznoprawne.
Ale nie chodzi tylko o wynagrodzenie prawników. Skoro ponad 90 proc. kwoty bazowej jest przeznaczane na wynagrodzenie prawników, to oznacza, że samorząd lokalny musi przygotować punkt do obsługi beneficjentów za jej niecałe 10 proc. Nie dziwi więc, że punkty są prowadzone w byłych gabinetach lekarskich w przychodniach, w serwerowniach urzędów czy pokojach o rozmiarze 2 mkw. Często bez sprawnych urządzeń biurowych, podłączenia do internetu, a tym bardziej dostępu do programów prawniczych. Czy ministerstwo jest świadome, że jeśli dopuszcza dostęp do porad zdalnych, to punkty muszą być wyposażone w takie urządzenia? A jak wygląda sytuacja podczas porad domowych, które także są dostępne? Kto ma dowozić prawnika do domu beneficjenta? Zapewne resort liczy na to, że prawnicy za własne pieniądze dotrą do klienta i w miejscu jego zamieszkania udzielą mu porady prawnej.
Zasadniczo takie skonstruowanie ustawy o nieodpłatnej pomocy prawnej i wypracowany przez lata model pracy prawników w takiej formie, jaka jest teraz, przesądza o tym, że udzielający porad powinni otrzymywać do podpisania umowę o pracę. Prawnicy muszą wykonywać ściśle określoną pracę w ściśle określonym miejscu i czasie, pod kierownictwem zazwyczaj oddelegowanego pracownika samorządowego, który kontroluje obecność prawnika w punkcie i odbiera od niego oświadczenia beneficjentów o udzielonych poradach prawnych. Jednakże taki prawnik podpisuje umowę zlecenia na określony czas – na rok. Nie ma prawa ani do urlopu, ani do choroby. W sytuacji gdy nie może się stawić na dyżurze, jest zobowiązany do zapewnienia zastępstwa.
Oczywiście nikomu nie zależy na uregulowaniu pomocy prawnej w innej formie niż umowa zlecenia, gdyż umowa o pracę wykluczałaby z kręgu podmiotów udzielających pomocy adwokatów, ale kwestia chorób prawników czy ich urlopów, a co za tym idzie niemożności stawienia się w punktach, także powinna być w pewien sposób dookreślona. Ministerstwo ma zaplanowany budżet na kolejne lata, co jednoznacznie pokazuje, że system w najbliższym czasie niewiele się zmieni. Obawiam się, że system nieodpłatnej pomocy prawnej może spotkać to samo co opiekę zdrowotną. A władza ustawodawcza obudzi się dopiero wtedy, gdy zabraknie chętnych do jej świadczenia. ©℗