Zwrot ku odnawialnej energetyce staje się powoli przedmiotem szerokiego społecznego konsensusu. Ale o tym, czy się powiedzie, ostatecznie zdecyduje wola polityczna PiS.

Zwiększenie inwestycji w OZE, jakie wynika z zaproponowanej przez Komisję Europejską strategii REPowerEU, cieszy się poparciem przytłaczającej większości obywateli – wynika z sondażu IPSOS na zlecenie międzynarodowej inicjatywy More In Common, do którego wyników dotarł DGP. Aż 89 proc. badanych uważa, że rząd powinien więcej niż dotąd inwestować w ich rozwój („zdecydowane” poparcie deklaruje 64 proc. ankietowanych). Przeciwnego zdania było 6 proc. pytanych. 87 proc. respondentów zgadza się ze stwierdzeniem, że większe inwestycje w źródła odnawialne to szansa na niższe ceny energii i uniezależnienie się od Rosji i innych państw.
Przychylność dla zielonych inwestycji ma charakter ponadpolityczny. Za większym niż wcześniej rządowym wsparciem odnawialnej energetyki jest 83 proc. wyborców partii rządzącej, ponad 90 proc. wyborców Koalicji Obywatelskiej, Polski 2050 Szymona Hołowni, Lewicy i PSL i 69 proc. elektoratu Konfederacji.
Zgodnie z propozycją KE z zeszłego tygodnia do końca dekady 45 proc. zużycia energii w UE (w trzech sektorach: elektroenergetyce, ciepłownictwie i transporcie) ma pochodzić ze źródeł odnawialnych. To kolejna w krótkim czasie inicjatywa mająca zwiększyć dynamikę zielonej transformacji. W zeszłym roku UE przyjęła dla OZE cel na poziomie 40 proc. – wcześniej planowany na 2030 r. udział OZE wynosił 32 proc. Głównym filarem nowego planu ma być fotowoltaika. Unijne moce słoneczne miałyby zostać podwojone do 2025 r. i rozbudowane ponad czterokrotnie do końca dekady. A instalacja paneli na dachach nowych budynków ma w ciągu kilku lat stać się obowiązkowa.
Co kolejne podniesienie celu OZE będzie oznaczać dla Polski? Zdaniem ekspertów to kolejny argument za pilnymi zmianami strategii energetycznej naszego kraju. – W Unii szykuje się kolejne „turbodoładowanie” i przyspieszenie transformacji. Polskę tymczasem dzieli wciąż spory dystans od obowiązujących celów – mówi DGP Aleksandra Gawlikowska-Fyk z Forum Energii.
Aktualna Polityka energetyczna Polski do 2040 r. (PEP2040) odnosi się w dalszym ciągu do unijnego celu 32 proc. na 2030 r. i w oparciu o niego wyznacza pułap 21–23 proc. OZE. Według szacunków KE cel 40 proc. dla całej UE oznaczałby dla Polski konieczność podniesienia celu krajowego do co najmniej 31 proc. do końca dekady.
Zgodnie z wizją przedstawioną przez Brukselę najszybciej mają postępować zmiany w energetyce. Jak mówiła Ursula von der Leyen, do 2030 r. tylko źródła słoneczne i wiatrowe odpowiadać miałyby za dwie trzecie unijnego wytwarzania prądu. Przyjęte ostatnio przez rząd założenia aktualizacji PEP2040 mówią o połowie udziału OZE w wytwarzaniu energii elektrycznej w 2040 r. Polsce nie udało się w dalszym ciągu spełnić celów na rok 2020, które mówiły o udziale 19-proc. w wytwarzaniu (na koniec 2020 r. osiągnęliśmy nieco ponad 16 proc., a w 2021 – ok. 17). Dla wszystkich trzech sektorów cel (15 proc.) udało się osiągnąć, ale stało się to na skutek zmiany metodologii wyliczania udziału OZE przez GUS, który uwzględnił w większym stopniu wykorzystanie drewna opałowego w polskich domach.
Czy realizacja przez Polskę nowych celów na 2030 r. jest realna? Gawlikowska-Fyk zwraca uwagę, że plan rozwoju Polskich Sieci Elektroenergetycznych dopuszcza osiągnięcie 50-proc. udziału OZE w wytwarzaniu prądu jeszcze w tej dekadzie. – Zresztą możemy potrzebować jeszcze więcej OZE, by nie zwiększać zużycia gazu. To będzie duże wyzwanie, ale nie jest niemożliwe. Wymaga jednak zmian usprawniających proces inwestycji i przyłączeń do sieci. W przypadku Polski najważniejsze będzie odblokowanie rozwoju energetyki wiatrowej poprzez zmiany w zasadzie 10H – uważa.
W jej ocenie szanse na zielone przyspieszenie w Polsce rosną, bo swoje podejście do odnawialnych źródeł zmieniają rządzący. – OZE były długo postrzegane jako coś narzuconego z Brukseli. Widać, że teraz to się zmienia. Kwestie cen i bezpieczeństwa energetycznego przekonują polityków do korzyści z OZE – przekonuje Gawlikowska-Fyk.
Jak pisaliśmy w DGP w zeszłym tygodniu, resort klimatu chce, żeby liberalizacją ustawy odległościowej jeszcze przed wakacjami zajął się Sejm. Z naszych informacji wynika jednak, że jej szybkie uchwalenie może być utrudnione przez opór części polityków PiS. Przeciwny zmianom przepisów jest m.in. b. minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski.
Zdaniem Gawlikowskiej-Fyk przyspieszenie OZE jest w Polsce potrzebne niezależnie od tego, czy zaproponowane podwyższenie celu unijnego zostanie ostatecznie zatwierdzone i, w pewnej mierze niezależnie od polityków, już następuje. – Na własną rękę OZE chce rozwijać przemysł, ponieważ jest jasne, że mogą one pomóc mu ochronić się przed rosnącymi cenami energii i utrzymać konkurencyjność – mówi.
Za tą tezą przemawiają wyniki zaprezentowanego w zeszłym tygodniu raportu rządowego Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Z jego wyliczeń wynika, że inwestycje w transformację mogą przyspieszyć wzrost gospodarczy o ok. 1,1 pkt proc. rocznie. Szczególnie znaczące korzyści gospodarcze może – według analityków – przynieść m.in. zwiększanie udziału OZE w elektroenergetyce i ciepłownictwie. W opracowanym przez PIE rankingu zielonej ekonomii dla lat 2011–2019 Polska zajmuje 18. miejsce w gronie 27 państw UE. W gronie zielonych liderów znalazły się natomiast m.in. Litwa, Rumunia i Włochy. ©℗
Drożeją surowce dla zielonych technologii
W czasie gdy Polska przekonuje się do rozwoju źródeł odnawialnych, na świecie narastają obawy, jak na ich pozycję wpłyną wzrosty cen niezbędnych w produkcji komponentów OZE, tzw. surowców krytycznych. Według ostatnich wyliczeń Międzynarodowej Agencji Energii (MAE) od stycznia ub.r. lit podrożał o ponad 700 proc., kobalt o 156 proc., a nikiel o 94 proc. Dwucyfrowe wzrosty cen dotknęły też aluminium (76 proc.) i miedź (34 proc.). Dla porównania średnioroczne wzrosty cen tych pięciu metali w ubiegłej dekadzie wyniosły odpowiednio: 13, 6, 3, 1 i 2 proc.
Jeśli trend ten się utrzyma, może zagrozić wzrostem kosztów zielonych technologii. Jak szacuje agencja, w ciągu ostatniej dekady produkcja baterii litowo-jonowej stała się siedmiokrotnie tańsza, ale udział surowców w kosztach rósł, a w zeszłym roku przekroczył najprawdopodobniej 20 proc. Przekłada się to już m.in. na ceny aut elektrycznych. Po raz pierwszy od lat wzrosły też koszty kluczowych komponentów paneli słonecznych (16 proc.) i turbin wiatrowych (9 proc.). – Wyższe ceny surowców nie muszą wykluczać dalszej redukcji kosztów czystych technologii energetycznych, pod warunkiem jednak, że wzmocnione zostaną wysiłki na froncie innowacji, wydajności i ekonomii skali – zastrzega MAE. ©℗
Marceli Sommer