Czy edukację reformowała sanacja, czy komuna, w uzasadnieniach słyszeliśmy te same hasła. „Równanie szans” czy „wychowanie obywatelskie” brzmią dziś jak zgrane płyty. Ale przecież najbardziej lubimy piosenki, które znamy.
Kiedy minister edukacji Anna Zalewska ogłosiła projekt reformy systemu oświaty, między komentatorami rozgorzała dyskusja – do jakiego momentu w historii przeniesie nas ta zmiana. Część wskazywała na czasy transformacji ustrojowej. Miał za tym przemawiać model z 8-letnią szkołą podstawową i 4-letnim liceum. Ci, którzy w oświacie siedzą nieco głębiej, dostrzegali analogie jeszcze dalsze – podobną strukturę szkolnictwo przyjęło po reformach z 1961 r. Szczególnie dociekliwi dopatrywali się nawiązań do roku 1949, kiedy zawrócono przedwojenną, sanacyjną reformę Janusza Jędrzejewicza.
Każde z porównań w jakiejś mierze będzie uzasadnione. Bo w polskiej szkole reformowania edukacji od lat na przemian powtarzają się klisze: o równaniu szans, o dostosowaniu do rynku pracy, albo – w przeciwfazie – o konieczności elitarnego wykształcenia ogólnego.
Chleb człowieka pcha
Z pierwszej wojny światowej Polska wyszła co prawda niepodległa, lecz też zupełnie niejednorodna. Tym, którzy gorzej znają ówczesne realia, najłatwiej tłumaczy się to na przykładzie mapy sieci kolejowej. Tam, gdzie polskimi ziemiami zarządzali prusacy, czarne kreski oznaczające tory są gęste, rozpięte między nawet najmniejszymi miastami. Wystarczy spojrzeć na południe, do dawnego zaboru austriackiego, by sieć rozluźniła się, a w zaborze rosyjskim została jedynie symbolicznie zaznaczona. Podobne rozbieżności trzeba było przezwyciężyć w każdej dziedzinie, także oświacie.