Brakuje pogłębionych analiz, jakiej jakości są egzaminy. Ona często jest niska. W niektórych przypadkach to niemal oszustwo – mówi w rozmowie z DGP Maciej Jakubowski.
Trwają matury. Lubi pan egzaminy.
Egzaminy wprowadziły do szkół niezwykle ważną zmianę – w końcu skupiamy się na efektach nauczania. To filozofia, którą kierują się wszystkie dobre systemy edukacji.
I ich głównym fundamentem są właśnie egzaminy?
Nie. To przede wszystkim decentralizacja systemu kształcenia oraz zapewnienie szkołom autonomii. Tylko w ten sposób można poprawić jakość pracy naszych placówek. Przy czym można to robić na różne sposoby. W niektórych stanach USA testowanie to totalne szaleństwo – tam liczą się tylko wyniki egzaminów, od nich zależy np. płaca nauczycieli. U nas publikujemy wyniki egzaminów na poziomie szkoły i niewiele od nich zależy.
A mimo to nauczyciele się boją o wyniki testów.
Ich reakcje są czasem kuriozalne. Przecież nic im nie grozi za to, że prowadzeni przez nich uczniowie mają kiepskie wyniki.
Takiemu nauczycielowi dyrektor może nie dać premii.
Teoretycznie może, w praktyce tego nie robi. Z badań wiemy, że większość dyrektorów płaci każdemu po równo. A zresztą on i bez egzaminu wie, który pedagog jest dobry, a który nie. A jeśli nie wie, nie powinien być dyrektorem.
To po co nam te testy, skoro niemal nic od nich nie zależy?
Bo mimo wszystko musi być narzędzie do zweryfikowania tego, co uczniowie wynoszą ze szkół. Jakie to będzie narzędzie, zależy od stopnia rozwoju danego kraju. W Finlandii nie ma egzaminów. Co nie znaczy, że uczniowie nie są tam testowani. Tam pedagodzy sami robią testy, by ocenić swoją jakość nauczania.
Sami?
Tak. Tylko że fińscy nauczyciele, podobnie jak singapurscy, to absolutna elita społeczeństwa. Do zawodu idą najlepsi. Jeśli ma się taką selekcję po studiach, to można im zaufać, że sobie poradzą. Żeby do tego dojść w Polsce, potrzeba jeszcze bardzo dużo czasu.
Minister edukacji Anna Zalewska ma dziś ambicję, żeby skonstruować polski miernik jakości nauczania.
Myślę, że przymiotnik „polski” jest bardzo znaczący. Obawiam się, że próby budowania miernika skończą się tym, czym zaowocował system ewaluacji szkół – relatywnością ocen. Z pozoru wszystko wygląda tu pięknie, ale jak się oceny porówna ze wskaźnikami uzyskanymi na podstawie zewnętrznych egzaminów, to dopiero widać, że coś tu nie gra. I to bardzo. Bo zdarzają się szkoły oceniane przez kuratorów wyśmienicie, a ich uczniowie w testach uzyskają przeciętne wyniki.
Test nie pokazuje, jak pracuje szkoła, tylko jak zdolny uczeń do niej przyszedł.
Mamy w Polsce do dyspozycji miarę, która pozwala to zniwelować: edukacyjną wartość dodaną (EWD). Pokazuje ona, czy w danej szkole uczniowi przyrastają podstawowe umiejętności. Jeżeli mamy szkołę, w której przyrost jest mniejszy niż w innych, to widać, że coś jest nie w porządku. Kiedy wprowadzaliśmy EWD, wiele osób było krytycznych wobec egzaminów. Ale jak nauczyciele zrozumieli, o co chodzi, zaakceptowali ten miernik. Zobaczyli, że to jest bardziej sprawiedliwy sposób oceny, bo bierzemy pod uwagę, z jakimi uczniami szkoła pracuje.