Zamiast prawdziwych uczelni mamy feudalne księstwa, w których za pomocą kar i nagród walczy się z „aspołecznymi” i promuje swoich. O ciemnej stronie świata akademickiego opowiada matematyk dr Kamil Kulesza.

Polska nauka tak się ma do światowej jak rower do mercedesa?

Ja słyszałem inne, bardziej dobitne porównanie: jak krzesło elektryczne do zwyczajnego krzesła. Proszę spojrzeć: według publicznie dostępnych danych profesorów zwyczajnych, czyli belwederskich, mamy kilkanaście tysięcy, podobną liczbę doktorów habilitowanych, osób z doktoratem jakieś 100 tys. Nie licząc studentów, przy nauce kręci się u nas pewnie ponad ćwierć miliona ludzi. Olbrzymi system, na który idą wielkie pieniądze, zależy jak liczyć, ale co najmniej 10 mld zł. Rocznie, i to nie licząc wydatków na szkolnictwo wyższe. Tyle tylko, że niewiele z tego wynika. Ten system jest zły i tylko degeneruje naszą kadrę naukową. Oczywiście, jak wszędzie można i tutaj spotkać przyzwoitych ludzi – choćby ja sam, robiąc doktorat w Polsce, miałem szczęście trafić na promotora, który jest dobrym naukowcem i porządnym człowiekiem. Ale dłuższe obserwacje pokazują, że takie połączenie cech to w Polsce rzadkość.

Mocne słowa – zdegenerowany system. Dlaczego tak pan uważa?

Bo tak został skonstruowany. Ale zacznijmy od początku. Ktoś obronił pracę magisterską i decyduje się na doktorat, dziś zwany studiami trzeciego stopnia. Chce się poświęcić nauce. W czasie doktoratu różnie bywa, zdarzają się patologie, ale często dopóki ktoś robi ten doktorat, sytuacja jest w miarę w porządku. Ale kiedy go już obroni, zaczynają się schody. Bo, że przytoczę tutaj słowa pewnego znanego profesora z dużej polskiej instytucji akademickiej: „doktorów mamy jak psów, służą nam głównie do przenoszenia krzeseł”. Chodzi o to, że doktorant w systemie jest potrzebny – często do zrobienia własnej kariery. Tak zresztą jest na całym świecie, tyle że w dobrych ośrodkach chodzi o robienie nauki, a u nas o spełnianie kryteriów formalnych. W Polsce zanim się dostanie tytuł profesora, trzeba wypromować swoich doktorów. A przecież uzyskanie tytułu profesorskiego to marzenie prawie każdego habilitowanego. Nie wspominając już o tym, że obowiązkiem każdego doktora, który pracuje w Nauce Polskiej, jest się habilitować. To zarówno wymóg formalny, bo bez habilitacji trzeba bodajże po 8 latach opuścić etat, jak i sposób na uzyskanie tzw. samodzielności. Tak zwanej, bo nie ma to zbyt wiele wspólnego z niezależnym i autonomicznym działaniem – de facto chodzi tylko o nabycie różnych formalnych uprawnień, np. do bycia promotorem doktorantów. Więc dla tych, którzy chcą mieć w Polsce etat w nauce, habilitacja jest często tzw. życiową sprawą, bo bez niej bardzo trudno się wspinać po drabince formalnych stopni. A wspinać się trzeba, bo inaczej zwolnią z pracy. W sumie chyba gorzej niż w carskiej Rosji, gdzie Piotr I wprowadził tabelę rang i zasług. Tam każdy urzędnik marzył, żeby z registratora awansować na sekretarza, potem radcę tytularnego, rzeczywistego radcę tytularnego i tak dalej. Stopni było kilkanaście, ale za to zdaje się, że nie było przymusu, aby koniecznie je zdobywać. Celowo nie mówię „piąć się w górę”, gdyż jest wielce dyskusyjne, czy mimo spełniania kryteriów formalnych to jest w ogóle jakiś rozwój w sensie naukowym czy intelektualnym. I właśnie na tym polega błąd wpisany w system: na selekcji negatywnej, promowaniu BMW – tj. biernych, miernych, ale wiernych.