Pod koniec kwietnia DGP (73/2016) opublikował wywiad ze mną pt. „Polska nauka na krześle elektrycznym”, w którym opowiedziałem o ciemnej stronie akademickiego świata – byłem zaskoczony skalą pozytywnego odzewu, który wywołał, zaś redakcja zaczęła planować debatę na temat sytuacji w polskiej nauce. Równolegle nadsyłane były do mnie opisy różnych patologii oraz historie ciężkiej doli tych, którzy z różnych powodów nie znaleźli się w gronie pupilków starszych kolegów dzielących etaty i pieniądze. Cóż, jak mawiają złośliwi: Nauka polska doskonale radzi sobie z zadaniem przerabiania diamentów na węgiel.
System ten tkwi mentalnie i organizacyjnie w czasach minionej gospodarki nakazowo-rozdzielczej, więc pisząc więcej na ten temat, postanowiłem posłużyć się pewnymi odniesieniami „z epoki”, i to poczynając od tytułu artykułu.
Jeden dzień Iwana Denisowicza
Po pobycie podoktorskim w Cambridge (Department of Applied Mathematics and Theoretical Physics) zdecydowałem się wrócić do Polski i zbudować, wraz ze współpracownikami, interdyscyplinarne centrum badawcze, którym do dziś kieruję. Od samego początku jednostka ta jest finansowana przede wszystkim ze środków pozyskiwanych od firm i instytucji. Zaczerpnięty z Oxbridge (Oxford i Cambridge) mechanizm jest prosty: my rozwiązujemy ich problemy badawcze, używając matematycznego sposobu myślenia, oni nam płacą. To, co robimy, łączy w sobie zarówno badania podstawowe, jak i stosowane.
Reklama
Stymulację intelektualną i możliwość zajmowania się ciekawymi zagadnieniami dostajemy niejako w prezencie razem ze środkami na badania. Nie są to łatwe do zdobycia pieniądze, a to, co wytworzymy, musi być dostarczone w terminie i praktycznie stosowalne. To nie jest grant, który – jak mawiają doświadczeni polscy uczeni – „zawsze da się jakoś sprawozdać”.

Reklama
Udało się nam doprowadzić do sytuacji, kiedy to działamy bez korzystania z publicznych środków (krajowych czy unijnych) przeznaczonych na finansowanie nauki. Podobnie jak bohater opowiadania Aleksandra Sołżenicyna, cieszę się z każdego dnia, który udało się w polskim środowisku akademickim przeżyć. Bo dajemy konstruktywny przykład, będąc w opozycji do powszechnego w polskiej nauce „niedasiowania” i podejścia „daj mi, daj mi”.
Po co jest ten miś?
Zinstytucjonalizowana Nauka Polska funkcjonuje dzięki nakazowo-rozdzielczemu dzieleniu budżetowych środków według profesorskiej „kolejności dziobania”. Dobrze wyjaśnia to scena z filmu „Miś”, w której prezes Ochódzki opisuje działanie całego systemu:
„Ochódzki: Powiedz mi, po co jest ten miś?
Hochwander: Właśnie, po co?
Ochódzki: Otóż to! Nikt nie wie po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Wiesz, co robi ten miś? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest miś na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie, mówimy, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo. I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest miś społeczny, w oparciu o sześć instytucji, który sobie zgnije do jesieni na świeżym powietrzu, i co się wtedy zrobi?
Hochwander: Protokół zniszczenia.
Ochódzki: Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach. (...) Dostajemy za tego misia jako konsultanci 20 proc. ogólnej sumy kosztów i już. Więc im on jest droższy, ten miś tym... no? Koniaczek?”.
Tym misiem „na miarę naszych możliwości” jest właśnie zinstytucjonalizowana nauka polska. W swojej masie nie tworzy prawie żadnej wartości dodanej, którą można zmonetyzować. Tak więc praktycznie wszystkie pieniądze w systemie są pieniędzmi publicznymi i to liczonymi w dziesiątkach miliardów złotych. To też zresztą jeden z głównych powodów wyjątkowo niskiego kapitału społecznego polskiego środowiska akademickiego, na co zwracają uwagę co niektórzy światlejsi koledzy profesorowie. Znakomicie utrudnia to jakiekolwiek próby zmian czy samouzdrowienia środowiska – wszyscy, którzy po latach zdobyli wpływy, boją się, że w wyniku zmian coś mogą stracić, więc z tym większą energią petryfikują system. Zwłaszcza że stawka do podziału między „towarzystwo” jest na tyle duża (kilkadziesiąt miliardów złotych rocznie), że uzasadnia wykorzystanie wszelkich środków i metod do obrony status quo.
Drugim zwornikiem zinstytucjonalizowanej nauki polskiej jest obowiązujący model kariery naukowej. I mimo że od lat coraz bardziej widać, iż nie tylko nie przystaje ona do współczesnego świata, ale również w Polsce nie spełnia w żadnej mierze swojej funkcji, to jednak stan obecny jest broniony za wszelką cenę. Złośliwi mówią nawet, że prędzej w Kościele katolickim zostanie zniesiony celibat niż w Polsce habilitacja. Przyczyna jest prozaiczna – kontrola nad kasą poprzez eliminację niepokornych i ustalenie wspomnianej kolejności dziobania.
Poważne głosy krytykujące obecny stan rzeczy pojawiają się od lat, wiele razy próbowano różnych reform, niestety bez rezultatu. Niektórzy mówią, że te wszystkie reformy były źle przeprowadzane. Jednak problem jest raczej głębszy – nieważne, co by zrobić, to tego systemu nie da się zreformować, m.in. dlatego, że odradza się on w kolejnych pokoleniach.
Barwy ochronne
Głośny film Krzysztofa Zanussiego opowiada historię konfrontacji postaw między młodym naukowcem a cynicznym docentem. Ten ostatni, grany przez Zbigniewa Zapasiewicza, próbuje przekonać młodego idealistę do postępowania według reguł nauki polskiej.
Już sam fakt, że po ok. 40 latach od nakręcenia dzieło to pozostaje aktualne w swoim opisie skorumpowanego środowiska akademickiego, pokazuje skalę problemu. Częściowo wynika to z mocnych elementów kontroli i stabilizacji wbudowanych w system, lecz częściowo z podatności niektórych młodych naukowców na systemową korupcję. Tak powstaje kasta „pupilków systemu”. Ci, którym udało się załapać, mają bowiem etaty, niejednokrotnie dostęp do sporych środków grantowych i – jeśli będą przestrzegać niepisanych reguł – nadzieję na znacznie więcej w przyszłości.
Zaś tym, którzy się nie załapali, przypina się łatki nieudaczników i frustratów, czemu jednak przeczą liczne obserwacje dotyczące dalszych losów takich osób. Pozwalają one nawet na stwierdzenie, że tracimy ludzi z dużym potencjałem, a zinstytucjonalizowana nauka polska prowadzi, statystycznie rzecz ujmując, selekcję negatywną.
Towarzysz Szmaciak a IV rewolucja przemysłowa
Wśród kolegów naukowców spotkałem wielu kompetentnych i rzetelnych ludzi, nawet wśród profesorów. Jednak tylko nieliczni z nich mieli odwagę cywilną, by działać wbrew utartym regułom zinstytucjonalizowanej Nauki Polskiej. Inni w najlepszym razie, kiedy dzieje się coś niewłaściwego, milczą i odwracają wzrok. Ale nie wiem, czy nie najwięcej jest takich, którzy w pełni akceptują reguły gry z całą przynależną im logiką myślenia i postępowania towarzysza Szmaciaka.
Ta stworzona przez Janusza Szpotańskiego przerysowana postać dobrze oddawała realia działania aparatczyków poprzedniego systemu, korzystania z przywilejów i feudalnego stosunku do innych. Była też synonimem sparszywienia moralnego i degrengolady intelektualnej. „Elita” o takich wartościach na dłuższą metę eliminuje się oczywiście sama, gdyż w końcu nie potrafi sprostać stojącym przed nią wyzwaniom. Widać to wyraźnie choćby po tym, że wszelkie zmiany następują powoli i w efekcie teraz kończymy dość nieudolnie wprowadzać rozwiązania np. w zakresie oceny pracy naukowej czy liczenia publikacji, które na liczących się miejscach na świecie zostały wdrożone jedno, dwa pokolenia temu i obecnie się od nich odchodzi.
Tymczasem tempo zmian technologiczno-cywilizacyjnych na świecie przyspiesza, a nasz dystans do najbardziej zaawansowanych rośnie, co dobrze pokazuje np. raport UBS AG „Extreme automation and connectivity: The global, regional, and investment implications of the Fourth Industrial Revolution”, zaprezentowany na ostatnim Światowym Forum Ekonomicznym w Davos. Mówi on m.in. o stale wzrastającym tempie zmian, wzroście znaczenia tzw. talent economy i coraz większej wadze umiejętności adaptowania się do przyspieszających zmian. Polska w tym zestawieniu wypada źle w niemałym stopniu dzięki skostniałej i archaicznej nauce. Symboliczne jest wręcz, że kiedy prawie cały świat coraz bardziej odchodzi od wagi formalnych kwalifikacji nawet na poziomie akademickim, my zajmujemy się takimi skamielinami jak habilitacja.
Mam nadzieję, że właśnie pytaniu „Co robić?” poświęcona będzie debata, którą planuje DGP. Ja w każdym razie konstruktywne propozycje mam przygotowane.
Przed zakończeniem pora wrócić jeszcze raz do tytułu. W 1955 r. Adam Ważyk opublikował „Poemat dla dorosłych”, który krytykując wypaczenia socjalizmu, rozpoczął okres destalinizacji w Polsce. Mam nieśmiałą nadzieję, że mój skromny głos choćby w niewielkim stopniu przyczyni się do zmiany zinstytucjonalizowanej nauki polskiej.
Polska nauka na krześle elektrycznym
Dlaczego obecny system jest niewydolny? W jaki sposób zamienić „kult papierka”, stopnia naukowego, na docenianie faktycznej wiedzy i dokonań? Jak lepiej wydawać publiczne pieniądze przeznaczane na naukę i jeszcze mieć z nich satysfakcjo nujący procent zwrotu? A może środki na naukę nie muszą pochodzić z budżetu? Może lepiej stworzyć dwa systemy – ten pierwszy, sponsorowany z kasy publicznej, po którym nie spodziewamy się wielkich od kryć ani innowacji, oraz drugi, nazwijmy go Nauka 2.0 – finansowany wyłącznie z pieniędzy prywatnych, działający na zasadzie klient płaci i wymaga. Bo na czym nam naprawdę zależy: na jak największej liczbie dok torów i profesorów czy na dogonieniu i przegonieniu świata? W piątek będą się o to spierać najtęższe umysły w Polsce. Wśród nich: wiceminister nauki Piotr Dardziński, prof. Michał Kleiber, dr Kamil Kulesza, prof. Dominika Maison, Zbigniew Mularzuk, prof. Leszek Pacholski, prof. Wiesław Staszewski. O tym, co mówi ono i jakie wnioski wyciągnięto, przeczytają państwo za tydzień w Magazynie DGP. MS